<?xml version="1.0" encoding="ISO-8859-2"?><rss version="2.0"><channel><title>Nowe oraz uaktualnione artykuły z dawne-zawiercie.pl</title>
     <link>http://www.dawne-zawiercie.pl</link>
     <description>[Nowe oraz uaktualnione artykuły z dawne-zawiercie.pl]</description>
     <language>pl</language><item>
        <title>O nas</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/o_nas</link>
        <description>Inicjatywa stworzenia strony dokumentującej minione dzieje Zawiercia od dawna szukała możliwości realizacji. Brakowało natomiast środków finansowych.
Głównym celem jaki sobie założyliśmy jest uchronienie od zapomnienia ważnej historii miasta. Chcemy by strona w nowoczesny sposób szerzyła wiedzę o dawnych dziejach Zawiercia i jego mieszkańców. Chcemy zamieszczać stare fotografie, opowieści o minionych czasach, prezentować ciekawostki z życia mieszkańców miasta.
Strona została stworzona przez Centrum Inicjatyw Lokalnych. Pomysłodawcami i inicjatorami są Janusz Bieńkowski i Paweł Abucki.
Strona powstaje dzięki pomocy Jadwigi i Sławomira Gębka.
Zapraszamy do współredagowania serwisu wszystkich pasjonatów historii Zawiercia jak również wszystkich tych, którzy chcą podzielić się opowieściami i fotografiami o  minionym Zawierciu.
Jeśli interesujesz się historią Zawiercia i chciałbyś nieodpłatnie popracować nad stroną, zapraszamy. Centrum Inicjatyw Lokalnych wystawi za włożony wkład zaświadczenie. Można u nas również odbyć praktykę.
Kontakt z redakcją: 
e-mail: redakcja@dawne-zawiercie.pl lub przez zapytanie
tel. 695-549-929
 
Twórcy strony:
 
 
 
 
 
 
Partner strony:

 
Sekcja historyczna 
Towarzystwa Miłośników Ziemi Zawierciańskiej
   
Wsparcia finansowego udzielili:
          
Wsparcie medialne: 

    
        
            
            
            
            
            
            
            
            
            
                
            
                
            
        
        
             
        
    


 </description>
        </item><item>
        <title>Stefan Stefanski</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/stefan_stefanski</link>
        <description>Stefan Stefański urodził się w 1919r. Ukończył Seminarium Nauczycielskie w Zawierciu przy ulicy Parkowej (obecnie Zespół Szkół Samochodowych). Kolega Stanisława Wołka - nauczyciela chemii w zawierciańskich szkołach. Na początku 1939r. wstąpił do KOP-u (Korpus Ochrony Pogranicza) i stacjonował na wschodniej granicy Polski. Pod koniec 1939r. przysłał ostatni list do rodziny, mieszkającej w Zawierciu przy ulicy Kijowskiej 8/1. Zginął wiosną 1940r. w Ostaszkowie. Znajduje się na liście ofiar i zaginionych jeńców obozów Kozielsk, Ostaszków, Starobielsk.



</description>
        </item><item>
        <title>Konkurs</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/konkurs</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Sekcja historyczna Towarzystwa Miłośników Ziemi Zawierciańskiej</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/sekcja_historyczna_towarzystwa_milosnikow_ziemi_zawiercianskiej</link>
        <description>Działalnośc sekcji</description>
        </item><item>
        <title>Zarzad sekcji</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/zarzad_sekcji</link>
        <description>Maciej Świderski - przewodniczący</description>
        </item><item>
        <title>Historia</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/historia</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Pocztówki</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/pocztowki</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Gajecka Maria</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/gajecka_maria</link>
        <description>Ur. 17 kwietnia 1922 r. w Zawierciu w rodzinie robotniczej. W wieku 4 lat straciła ojca. Szybko musiała zarabiać sama na życie. Pracowała jako krawcowa i szwaczka. W 1945 r. rozpoczęła pracę w Hucie "Zawiercie". Początkowo w walcowni, potem jako referent wydziału trasportowego, sekretarz i przewodnicząca Rady Zakładowej. W późniejszych latach awansowała na stanowiska dyrektorskie: z-cy dyrektora ds. socjalnych, i z-cy dyrektora ds. administracyjno-handlowych.
W latach 1971-73 przewodnicząca Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Zawierciu, w latach 1973-1975 naczelnik miasta, a w latach 1975-82 prezydent miasta. Po przejściu na emeryturę poświęciła się pracy na rzecz Towarzystwa Miłośników Ziemi Zawierciańskiej będąc do śmierci przewodniczącą Zarządu.
Działalność polityczną i społeczną rozpoczęła w 1945 r. w PPR, a potem PZPR. W latach 1951-1971 członek prezydium Zarządu Głównego Związków Zawodowych. Przez wiele lat szefowała Frontowi Jedności Narodu w Zawierciu. Poseł na sejm V i VI kadencji.
Matka Marii (lekarz pediatra) i Urszuli (lekarz stomatolog)
Zmarła 18 grudnia 1991 r.



</description>
        </item><item>
        <title>Fotografie z rodzinnych albumów</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/fotografie_z_rodzinnych_albumow</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Ks. Bolesław Wajzler</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/ks_boleslaw_wajzler</link>
        <description>Od Żarnowca do Oświęcimia - historia życia ks. Bolesława Wajzlera

Początki Zawiercia pełne są ludzi, o których nie dość napisać w kilku zdaniach. Zawsze byli gotowi służyć miastu i jego mieszkańcom na co najmniej kilku polach i to z dużymi sukcesami. Na temat tego fenomenu nie czas się teraz rozpisywać, ale warto przypomnieć zasługi kogoś, kto sprawnie umiał pogodzić powołanie kapłańskie z powołaniem nauczycielskim, harcerskim i społecznym. Jego postawa nie złamała się nawet pod ciosami niemieckich oprawców.
Kapłan
Ksiądz Bolesław Wajzler urodził się 1 lutego 1881 r. w Żarnowcu. Jego rodzice byli rolnikami. Seminarium Duchowne ukończył w Kielcach. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1903 r. Kolejne pięć lat upłynęły księdzu Wajzlerowi na pełnieniu posługi duszpasterskiej jako wikariusz i prefekt kontraktowy w różnych parafiach na terenie Zagłębia Dąbrowskiego.

W zawierciańskich szkołach od 1908 r. był prefektem etatowym. Z naszego miasta został przeniesiony do Chruszczobrodu, gdzie był proboszczem w latach 1916-1917. Powrócił jednak do Zawiercia, gdzie oddał się przede wszystkim działalności pedagogicznej.

W roku 1926 został mianowany kanonikiem honorowym kapituły wiślickiej. Kiedy erygowano diecezję częstochowską, ks. Bolesław Wajzler został do niej inkardynowany i mianowany egzaminatorem prosynodalnym.

Po śmierci ks. prał. Franciszka Zientary, został on proboszczem zawierciańskiej parafii w roku 1938. Pełnił tę funkcję do momentu aresztowania przez hitlerowców  w 1940 r.

Nauczyciel
Omawiając postać ks. Bolesława Wajzlera w kontekście działań obywatelskich, zacząć należy od wysiłku, jaki włożył w rozwój edukacji w Zawierciu. Dla niej bowiem zasłużył się najbardziej - jako opiekun duchowy, nauczyciel, harcerz, filantrop i po prostu wierny przyjaciel. Nie było to łatwe w realiach zaborów, pełnych zakazów nałożonych na polskie szkolnictwo.

Na początku pobytu w naszym mieście, ks. Wajzler pracował w szkole TAZ nr 2 (był tam członkiem rady pedagogicznej w 1913 r.), w gminnej szkole nr 1 oraz w szkole nr 4, należącej do huty szkła. Nie ograniczał się jedynie do pracy w szkołach podstawowych. Wykładał też w Prywatnym Gimnazjum Męskim Towarzystwa andbdquo;Szkoły Średniejandrdquo; w Zawierciu w latach 1907-38, w Państwowym Gimnazjum i Liceum Koedukacyjnym, był tam członkiem 34-osobowego Komitetu Budowy w latach 1933-1934.

Był inicjatorem powstania, a następnie pracował w Seminarium Nauczycielskim Żeńskim, pierwszej tego typu placówce w Zagłębiu, której był dyrektorem od 1917 do 1922 roku. Nauczał religii, historii i łaciny. Szkoła ta powstała dzięki złagodzeniu restrykcji przez władze niemieckie i austriackie. Mieściła się w budynku obecnego Gimnazjum nr 2. Był też członkiem grona pedagogicznego w Szkole Rzemieślniczej Macierzy Szkolnej od 1927 do 1938 r.

Od 27 stycznia 1919 do 5 marca 1920 r. pełnił natomiast funkcję przewodniczącego Dozoru Szkolnego, trzymającego zwierzchność nad wszystkimi szkołami w Zawierciu. Działał w Radzie Wykonawczej Dozoru Szkolnego, powołanej do załatwiania bieżących spraw. Był także ks. Wajzler inicjatorem powstania w 1928 r. Towarzystwa Narodowego Uniwersytetu Robotniczego, którego celem było popularyzowanie wiedzy.

Dbał też, by młodzi zawiercianie byli przygotowani do życia w społeczeństwie. Już w okresie I wojny światowej prowadził kursy handlowe dla młodzieży. Po przyjęciu patronatu przez diecezję częstochowską nad Gimnazjum Męskim im. Tadeusza Kościuszki w Wieluniu, ks. Wajzler przekazał mu ok. 300 książek.

Wykładał też na wakacyjnych kursach dla nauczycieli. Ksiądz Wajzler był również członkiem korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie.


Dobroczyńca

Uczennice z seminarium wspominają ks. Wajzlera nie tylko jako wspaniałego i kompetentnego pedagoga, ale przede wszystkim jako człowieka, który po prostu żył życiem swoich podopiecznych i nigdy nie przechodził wobec nikogo obojętnie. Chętnie udzielał korepetycji z matematyki, fizyki, psychologii. 

Dla każdej z dziewcząt był prawdziwym oparciem nie tylko jako duchowy przewodnik, ale bardzo często pomagał im finansowo, zwłaszcza kiedy zaprzestano wypłacania stypendiów. Drobne datki wręczał anonimowo za pośrednictwem dyrektor, Henryki Jakliczowej. 

Znany jest przypadek, kiedy oddał podarowaną mu sutannę na płaszcz dla ubogiej uczennicy seminarium. Sam mówił: andbdquo;Mnie wystarcza jednaandrdquo;. Często podczas przerw rozdawał dzieciom dyskretnie kanapki. Szczególną troską otaczał sieroty i dzieci chore, zabiegał o ich leczenie, podręczniki, ubranie, jedzenie.

Harcerz
Z młodzieżą pracował również jako członek harcerstwa. Opiekował się drużyną harcerską im. Romualda Traugutta oraz był aktywnym członkiem Koła Przyjaciół Harcerstwa. Ks. Wajzler był kapelanem Zagłębiowskiej Chorągwi Harcerzy oraz komendantem Męskiego Hufca Harcerzy (1928-37). 

Jego gawędy, związane najczęściej z tematyką historyczną, budowały patriotycznego ducha w młodych ludziach z rodzin robotniczych i rzemieślniczych. Warto wspomnieć, iż zawsze przy okazji harcerskich uroczystości ks. Wajzler wygłaszał uroczyste homilie. 

Jako radny miasta zabiegał, by Zarząd Miasta wspomagał finansowo obozowo-kolonijne akcje harcerskie. Był również opiekunem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej.


Społecznik

Do zasług ks. Wajzlera należy też niewątpliwie dodać działalność w wielu stowarzyszeniach społecznych. Był jednym z założycieli i członków zarządu pierwszego oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego w Zawierciu, powstałego w czerwcu 1910 r. 

Udzielał się w Chrześcijańskim Towarzystwie Dobroczynności, które miało za zadanie pomagać ubogiej ludności w niezwykle trudnym okresie I wojny światowej. Był duchowym przywódcą akcji charytatywnej andbdquo;Ratujmy dzieciandrdquo;, organizowanej przez Radę Miejscową Opiekuńczą, a także jednym z trzech  delegatów do Powiatowej Rady Opiekuńczej w Sosnowcu. 

Do wybuchu II wojny światowej sprawował funkcję opiekuna Towarzystwa Śpiewaczego andbdquo;Liraandrdquo;. Zorganizował także VII Diecezjalny Kongres Eucharystyczny, który odbył się w dniach 28-29 czerwca 1939 r.

Należał do zarządu spółdzielni andbdquo;Przyszłośćandrdquo;. Współpracował z Towarzystwem Gimnastycznym andbdquo;Sokółandrdquo;, Związkiem Strzeleckim, Związkiem Byłych Legionistów Polskich. 

Spore zasługi miał ks. Wajzler także jako działacz władz miasta. Był radnym wielu kadencji, od 1919 do 1939 r. Należał do Zarządu Miasta (1930-1934), a po jego rozwiązaniu był członkiem Rady przybocznej Tymczasowego Przełożonego Zarządu Miasta, Franciszka Langerta. Działał też w magistrackiej komisji opieki społecznej.


Męczennik
Nie tracił ducha nawet w najcięższym dla siebie okresie życia, czyli po wybuchu II wojny światowej. Choć był jednym z pierwszych zakładników, traktowanym ze szczególnym okrucieństwem przez hitlerowców i kierowanym do najbardziej upokarzających prac, zawsze był dobrej myśli.

Po zwolnieniu z aresztu ciągle był prześladowany, lecz mimo to dla wszystkich wiernych był oparciem, wygłaszał płomienne patriotyczne kazania. Według relacji A. Przybyłowej, gdy pewnego razu na Mszę weszli dwaj niemieccy żołnierze z psem, śmiejąc się głośno, ks. Wajzler odwrócił się i powiedział o nich ironicznie: andbdquo;Oto są kulturtrandauml;gerzy!andrdquo; (nosiciele kultury). Po tych słowach obaj wyszli. 

Był skarbnikiem i kapelanem Związku Walki Zbrojnej oraz interesował się działaniami tajnej organizacji andbdquo;Płomieńandrdquo;, która została zdekonspirowana 18 września 1940 r. - wtedy doszło do ponownego aresztowania ks. Wajzlera. 

Po kilkudniowym przesłuchaniu został przewieziony do Opola, a stamtąd po ciężkim śledztwie wywieziono go 21 lutego 1941 r. do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Nosił numer obozowy 10421. Swoje porcje żywnościowe oddawał młodym. Twierdził, że on nie musi przeżyć, ale młodsi tak, aby po zakończeniu wojny mogli budować Polskę. Jego zaocznie wydany wyrok śmierci podpisał H. Heydrich.

Współwięźniowie - B. Stróżecki, E. Wójcicki i E. Zieliński, opowiadali, że był bity i poniżany przez oprawców oraz szczuty psem. Pracował przy kopaniu rowów, noszeniu cegieł itp. Według relacji współwięźniów, po kilku dniach twarz księdza była nie do poznania - cała pokryta siniakami, a z ran stale sączyła się krew.

Ks. Bolesław Wajzler zmarł śmiercią męczeńską 8 marca 1941 r., po 16 dniach pobytu w obozie.
Bohater
Prochy wielkiego kapłana zostały przywiezione w urnie do Zawiercia, ale nawet po śmierci był niebezpieczny dla okupantów, którzy nie wyrazili zgody na jego pogrzeb w kościele w Zawierciu, obawiając się, że uroczystość zamieni się w patriotyczną demonstrację. O sprowadzenie doczesnych szczątków ks. Wajzlera zabiegał ks. Wacław Bogucki, niestety bezskutecznie. Został pochowany w rodzinnej parafii w Żarnowcu. Dopiero pod koniec lat 60. prochy zostały przeniesione do kapłańskiego grobowca w Zawierciu - w uroczystości brał udział biskup Franciszek Musiel.

Ksiądz Bolesław Wajzler - kandydat na ołtarze, jest kolejnym przykładem patrioty i społecznika, jakiego szczęście miała gościć zawierciańska ziemia. Jego imię nosi obecnie cicha ulica, prowadząca wzdłuż torów kolejowych, nieopodal Urzędu Pracy.

autor: Damian Domżalski

Bibliografia:

Grzegorz Florczyk, andbdquo;Dzieje szkoły i historia budynku Gimnazjum nr 2 w Zawierciuandrdquo;, Zawiercie 2004.

Krzysztof Fidura, andbdquo;Dzieje parafii p.w. św. Piotra i Pawła Ap. w  Zawierciu (do 1946 roku)andrdquo;, Częstochowa 2007.

Maria Czapla-Markiewiczowa, andbdquo;andraquo;Płomieńandlaquo; w Zawierciuandrdquo;, Kraków 2009.

andbdquo;Monografia Zawierciaandrdquo;, praca zbiorowa pod red. K. Imielskiego i Z. Jagodzińskiego, Zawiercie 2003.

Kronika przekazana przez harcerki i harcerzy zawierciańskich 08.01.1938 r. dyrektorowi Sewerynowi   Wesołowskiemu, prezesowi Koła Przyjaciół Harcerstwa w Zawierciu.
 

 
</description>
        </item><item>
        <title>Opowiadania</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/opowiadania</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Praca konkursowa 1</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/praca_konkursowa_1</link>
        <description>Joanna Ćwikła 
lat 23

Są to zdjęcia rodzinne na których jest mój tata z rodzicami. Fotografie przedstawiają basen kąpielowy  pierwszy w Zawierciu i jedyny w tym czasie). Z relacji mojego dziadka od, którego zasięgłam informacji wynika, że basen ten był wybudowany w okresie II wojny światowej na terenie Huty Szkła Gospodarczego w Zawierciu. Po wojnie do połowy lat 60-tych (do czasu wybudowania stadionu i basenu na terenie (OSiR) służył mieszkańcom Zawiercia i okolic. Poza możliwością pływania, organizowane tam były zabawy taneczne, występy orkiestr, loterie i inne atrakcje. Na teren basenu wejście było od strony ul. Żabiej. Pod koniec lat 60-tych basen został zasypany odpadami związanymi z wytopem szkła.
Na zdjęciach znajduje się mój tata wraz z rodzicami. Zdjęcia zostały zrobione w roku 1963.
Oddaj głos na tą pracę. 

 

</description>
        </item><item>
        <title>Praca konkursowa 2</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/praca_konkursowa_2</link>
        <description>Magdalena Banyś
lat 24
Na Argentynie, pomiędzy ul. Polską, a Równą, znajduje się obecnie baza autobusów MPK. 40 lat temu istniał tam staw i łąki. Nazywano go potocznie andbdquo;Lodowniąandrdquo;, bo zimą, kiedy staw zamarzał był świetnym lodowiskiem. Przy -20 stopniach, które wtedy były czymś normalnym, dzieciarnia namiętnie grywała w hokeja, ćwiczyła figury łyżwiarskie i urządzała wyścigi. Właśnie tam moja mama, kiedy dostała wymarzone, dopinane do butów łyżwy, w ciągu jednego dnia nauczyła się na nich jeździć. Wiosną podmokła okolica stawu żółciła się od kaczeńców. Było pięknie bo dalej były pola i ogródki działkowe Huty. Nad stawem górowała czerwona kamienica, która stoi do dziś. Wieczorami można było oglądać wylewaną na hałdę gorącą jak lawa szlakę. Latem w pobliżu stawu urządzano pikniki, a dziadek Franciszek łowił ryby. Tata marzył o pirackich wyprawach i miał nie jedną ciekawą przygodę. Najgroźniejszą, kiedy wypłynął w drewnianej balii na środek stawu. Mogła się zakończyć tragicznie, w porę interweniowali dorośli. Nad staw tata wychodził przez furtkę z ogródka. Rodzinny dom stoi od 80 lat, tylko nie ma już furtki i za płotem krajobrazu z jego dzieciństwa.
Tutaj można zagłosować na tą pracę.
 
 
</description>
        </item><item>
        <title>Praca Konkursowa 3</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/praca_konkursowa_3</link>
        <description>Aneta Paszowska kl. II c
Gimnazjum nr 1 w Zawierciu

PECHOWY ROWER

Pierwsza komunia święta to ważne wydarzenie w życiu każdego człowieka. Związane jest z przeżyciami religijnymi, ale każdy andbdquo;komunistaandrdquo; liczy na prezenty, które spełnią najskrytsze marzenia. I tak jest od dawna, tylko teraz podarunki to : komputer, wycieczka do Ziemi Świętej, skuter a kiedyś zegarek, łańcuszek, rower.
W czasach młodości moich rodziców również inaczej wyglądała sama ceremonia, ponieważ i miasto wyglądało inaczej. Niegdyś w Zawierciu był tylko jeden kościół. Główna parafia Św. Piotra i Pawła Apostołów gromadziła ludność z całego miasta. Kolejne parafie powstawały później i z wielkimi trudnościami. Władze komunistyczne nie wyrażały zgody na budowę nowych świątyń. Mieszkający w dzielnicy Borowe Pole i Nowe Zawiercie wierni nie mieli jeszcze wtedy własnej świątyni. Jej budowa rozpoczęła się dopiero w 1982 roku. Na załączonej fotografii widać mojego tatę wraz z kolegami i koleżankami w dniu Pierwszej Komunii Świętej. Zdjęcie wykonano w drodze na uroczystość. Majowy dzień 1974 roku był pogodny, ale duszny. Z dzielnicy Borowe Pole do kościoła należało przejść ok. 3 km. W tym szczególnym dla mojego taty dniu oprócz tego, że z powodu zaduchu zemdlał w kościele nie zdarzyło się już nic nieprzewidzianego.
Przyjęcie odbyło się w domu. Można teraz pomyśleć o wypróbowaniu super- wspaniałego prezentu. Rodzice kupili mojemu tacie wymarzony rower. Nie był to ani najlepszy ani najnowszy model, ale oczekiwany i własny. Miał jeszcze jedną zaletę, był czerwony. Dumny i rozradowany tata, zdjął tylko marynarkę i pojechał pochwalić się kolegom. Pragnął też szybko wypróbować możliwości niemieckiej kolarki. Nie wiadomo teraz, który to z kolegów wpadł na zawadiacki pomysł urządzenia wyścigów. Zapowiadała się świetna zabawa. Po wyznaczeniu trasy zajęto miejsca na starcie. Co to była za przyjemność. Kto szybciej, kto pierwszy? Ostatni zakręt przy ulicy Borowej i Filtrowej, obok nie istniejącego już kiosku Ruchu doszło do katastrofy. Za  blisko do mojego taty podjechał jeden z uczestników zmagań i pedał od jego roweru dostał się w szprychy czerwonej kolarki. Co dalej, to szanowni czytelnicy domyślić się mogą sami. Żałosny był powrót do domu. Koło nie miało ani jednej szprychy, wykrzywiona kierownica, urwany pedał. Spodnie kolegi miały dziwne sitko na kolanie i całkiem nowy kolor. Nie będę opisywać co działo się w domu. Do dzisiaj mój kochany rodzic z żałością wspomina przykry koniec tego pięknego dnia. Rower dało naprawić, ale w tamtych niełatwo było zdobyć części zamienne i pociechą niech będzie to, że kolega zachował nogę w całości a tata roweru już nie.
Tutaj można zagłosować na tą pracę.


 
 </description>
        </item><item>
        <title>Historia OSiR</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/osir</link>
        <description>
Ośrodek Sportu i Rekreacji w Zawierciu
       W latach powojennych w naszym mieście nie było profesjonalnego obiektu rekreacyjno-sportowego. Były boiska przy ul. Senatorskiej oraz w późniejszym czasie przy ul. 11-go Listopada, ale szerszej bazy sportowej tam nie było. Wielu działaczy, sportowców oraz ludzi zafascynowanych sportem marzyło o ośrodku sportowym na miarę czasu. Prężnie działające kluby sportowe (np. KS Warta czy Włókniarz Zawiercie) gromadziły rzesze kibiców, a co za tym idzie obecne obiekty stawały się za ciasne. W listopadzie 1961r podczas obrad w Komitecie Powiatowym PZPR (obecnie budynek Urzędu Skarbowego) zrodził się pomysł budowy w centrum miasta obiektu sportowo-rekreacyjnego. Już po czterech miesiącach w marcu 1962r powstał Społeczny Komitet Budowy Ośrodka Sportowo-Wypoczynkowego. W skład komitetu weszło 21 osób. Przewodniczącym został wybrany I Sekretarz KP PZPR Kazimierz Spałek a Michał Sitarski i Włodzimierz Błasikiewicz zostali wiceprezesami, natomiast na skarbnika powołano Eugeniusza Pietrzaka. Prezydium tworzyli: W. Opoczyński, E. Molenda, J. Ryglewski i H. Mrugała. W skład komitetu weszli również przedstawiciele stowarzyszeń, władz politycznych i administracyjnych oraz zawierciańskich i okolicznych zakładów pracy. Komitet był tworem społecznym, więc nie posiadał odpowiedniego sprzętu, własnych pracowników, a tym bardziej pieniędzy na realizację projektu. Decyzję, którą podjęto by zrealizować podjęte przez siebie wyzwanie było odważne i ryzykowne. Sprawa wyglądała następująco; aby uzyskać z województwa połowę środków na budowę, pozostałą część musiano wyłożyć z własnych zasobów. Postanowiono więc swój wkład oprzeć o czyny społeczne zakładów pracy, organizacji społecznych oraz mieszkańcach Zawiercia. Ruszono z przygotowaniami. Wybrano Zbigniewa Łojewskiego, aby wykonał projekt ośrodka. Następnie wykonano i ustawiono w różnych punkach miastach specjalne tablice informacyjne, na których był wizualny plan budowy, by wzbudzić zainteresowanie mieszkańców. Dużą popularnością cieszyły się cegiełki, których wyprodukowano 87.100. Były one w różnych nominałach i sprzedawane wśród mieszkańców by wesprzeć budowę. Przednia strona przedstawiała plan ośrodka (obecnie niektóre obiekty są trochę inaczej położone, gdyż w trakcie budowy zmieniono plany). Na tylnej stronie znajdował się następujący tekst: andbdquo;Miejski i Powiatowy Komitet Frontu Jedności i Narodu wspólnie z Komitetem Społecznym Budowy Ośrodka Sportowo-Wypoczynkowego w Zawierciu dla uczczenia 1000-lecia Państwa Polskiego buduje na terenie Zawiercia w lasku przy ulicach Okrzei i Sienkiewicza Ośrodek Sportowo-Wypoczynkowy. Budowa ośrodka stanowić będzie wspólny wysiłek społeczny mieszkańców naszego miasta i powiatu. Zakupując cegiełkę- bierzesz czynny udział w realizacji obchodów 1000-lecia Państwa Polskiego. Jesteśmy przekonani, że w tym wielkim czynie nie zabraknie i Ciebie.andrdquo;     Wybrano również teren był to lasek, który znajdował się pomiędzy ulicami Okrzei (Leśną), Sienkiewicza i Nowotki (obecnie Szymańskiego). Każdy zawiercianin znał ten teren, gdyż odbywały się tam festyny, różnorakie imprezy oraz było to miejsce odpoczynku nad małą rzeczką. Widziałem kiedyś stare zdjęcie gdzie na jednej z polanek obok rzeczki krowy pasał andbdquo;Stary Janandrdquo;. Nadszedł rok 1962, który zjednoczył tysiące ludzi we wspólnej pracy i był początkiem wielkich zmian w wyglądzie naszego miasta. Pierwotnym założeniem Społecznego Komitetu było wybudowanie pływalni i budynku przy ul. Sienkiewicza. Odzew i zaangażowanie społeczeństwa jak i zakładów pracy był tak duży, że bardzo szybko poszerzono projekt o stadion, boiska do siatkówki, piłki ręcznej, muszli koncertowej i kortów tenisowych. Nieco później powstał projekt budowy hali sportowej i biur z hotelem, a koszt całego przedsięwzięcia wynosił 35 mln zł. Zawierciańskie zakłady pracy oddelegowały zarówno sprzęt jak i swoich pracowników. Cementownia andbdquo;Wiekandrdquo; przekazała barak na biura, ZAFAMA podarowała wywrotkę Star 20. W zasadzie nie było instytucji czy zakładu pracy w Zawierciu i okolicznych miastach, które by nie brały udziału w budowie. Z dokumentów wynika, że każdy zakład robił kilkumiesięczny plan godzin do odpracowania przez swoich pracowników oraz sprzętu ciężkiego przy budowie. Pracowała również oddelegowana ze szkół młodzież, organizacje oraz Ci, którzy przez sąd mieli nakaz godzin do odpracowania. Na jednym z zachowanych dokumentów czytamy: andbdquo;Cech Rzemiosł  Różnych w Zawierciu. Zaświadczamy, że Młodzież Rzemieślnicza podjęła zobowiązanie przepracowania 8 godzin w 26.04.1964r na Ośrodku Wypoczynkowym w Zawierciu w ramach czynu społecznego dla uczczenia XX rocznicy PRL. Prosimy o przygotowanie frontu pracy dla ok.120 ludzi.andrdquo;  Takie czyny były normalnością, natomiast soboty i niedziele to był już prawie andbdquo;obowiązkowy czyn społecznyandrdquo;.      Powróćmy jednak do budowy. Pierwszym kierownikiem został Czernek Jerzy, a gospodarzem Zarębski Edmund. Pierwsi do pracy ruszyli drwale - i konie, gdyż trzeba było wykarczować las, a że teren był podmokły to końmi wyciągano ścięte drzewa. Następnie przystąpiono do budowy basenu i pawilonu z szatniami i kawiarnią. Do pracy przystąpili również żołnierze, którzy wykonywali prace zbrojeniowe i betoniarskie. Jesienią 1963r zakończono prace przy basenie o wymiarach 50x25m i głębokości od 0,80m do 4,5m. Na wieży, która miała platformy do skakania na wysokości 2,5m, 5m i 10m zawieszono narodową flagę. Oznaczało to, że pływalnia jest gotowa. Z początkiem lat 90-tych ówczesne władze miasta nakazały zlikwidowanie wieży do skoków oraz tarasu na dachu pompowni, która miała służyć do filtrowania wody w obiegu zamkniętym, ale z powodów finansowych nie została ukończona. Równocześnie z pracami wykończeniowymi basenu toczyły się prace przy budowie stadionu. Strategicznym zakładem, który wziął na siebie ciężar robót była Huta Zawiercie. Prawię całą ziemię potrzebną na wały stadionu huta przywiozła własnym sprzętem z terenu rozbudowującego się zakładu. Uroczyste otwarcie stadionu na 16 tyś. osób nastąpiło 1-go maja 1966r z okazji 1000-lecia Państwa Polskiego. Taką też nazwę nosi zawierciański stadion. Podczas otwarcia na murawie występowało ponad 1200 uczennic zawierciańskich szkół w pokazach gimnastycznych. W między czasie trwały prace w przy budowie boisk, kortów, muszli koncertowej oraz ogrodzenia wokół ośrodka. W tym samym czasie powstała nieistniejąca już fontanna andbdquo;rakietaandrdquo;. Kolejnym obiektem ośrodka, który został wybudowany był hotel, biura i hala sportowa. Już pod koniec 1964r zaczęto wnioskować o potrzebie budowy hali. Przysłowiowego wmurowania kamienia węgielnego dokonał Marian Bartolewski- zasłużony profesor i działacz sportowy, który odnosił znaczące sukcesy w piłce siatkowej. Od 2006r hala nosi jego nazwę. Budynki przylegające do hali jak i ją samą budowano w ramach czynów społecznych i uprzejmości zakładów pracy. W ostatnich dniach kwietnia 1968r halę oddano do użytku. Ogólna wartość obiektu wynosiła 8.901.000 zł. Posiadała ona salę o wymiarach 36x18m z widownią na 800 osób z możliwością powiększenia do 1200, małą salę gimnastyczną z urządzeniami do gimnastyki i lekkiej atletyki. W budynku znajdowały się natryski, szatnie, pomieszczenia biurowe, siłownia, sala do podnoszenia ciężarów, kawiarnia oraz mieszkanie służbowe dla gospodarza. Były również pomieszczenia pomocnicze takie jak pralnia, prasowalnia, szatnie dla widzów oraz garaże. Na pierwszym piętrze znajdował się hotel o standardzie II kategorii na 40 łóżek. Pierwszą kierowniczką hotelu była Aleksandra Błasikiewicz. Nosił on nazwę andbdquo;Dom Sportu i Turystykiandrdquo;. W ostatnich latach hotel został rozbudowany.        Przez pierwsze lata budowy nie było dyrektora tylko kierownicy. Po zakończeniu budowy dyrektorowali Tadeusz Kołton i Grzesiak Zbigniew. Obecnie od wielu lat dyrektorem OSiR-u jest Witold Grim. Ale czy budowa ośrodka się zakończyła? Cały czas OSiR się rozbudowuję i powstają nowe obiekty. Do majątku OSiR-u zaliczamy: kompleks przy ul. Moniuszki, hala przy ul. Blanowskiej oddana 1.09. 2001r., basen w lasku blanowickim, hala andbdquo;Wymiennikandrdquo; przy ul. Piłsudskiego, skat park oddany w 2004r., kompleks wielofunkcyjny (zimą lodowisko) przy ul. Wierzbowej oddany 1.06. 2007r. oraz kryta pływalnia ze Spa przy ul. Pomorskiej. Cały obiekt obejmuje ponad 10 ha i są plany dalszych inwestycji. Jako ciekawostkę można podać, że w latach 70-tych do OSiR-u należał ośrodek w Podlesicach oraz hotel za zamkiem w Ogrodzieńcu. Od początku budowy zmieniały się nazwy ośrodka, ale cel się nie zmienił- służyć mieszkańcom. W ciągu tych wielu lat przez boiska i hale OSiR-u przewinęły się rzesze najbardziej znanych sportowców, artystów, piosenkarzy i zespołów z kraju i zagranicy. Myślę, że gdyby przyszło spisać dorobek zawodów sportowych o randze ogólnopolskiej i międzynarodowej oraz wszelkich imprez rekreacyjnych i kulturalnych to zajęło by to wiele, wiele kartek papieru.       
Autorzy: J. i S. Gębka (materiały- zbiory własne).
Zainteresowanych i posiadających inne materiały proszę o kontakt pod adresem: jaslaz@poczta.onet.pl
 

 
</description>
        </item><item>
        <title>Towarzystwo Akcyjne Zawiercie</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/towarzystwo_akcyjne_zawiercie</link>
        <description>W połowie XIX wieku przeprowadzoną została przez Zawiercie kolej żelazna (warszawsko wiedeńska) i od tego czasu Zawiercie zaczęło się rozbudowywać i wzrastać. Niemiecki żyd Mamelok widząc wiele korzyści z nowej linii kolejowej, jak również w wielkiej ilości wody, wybudował przędzalnię bawełny którą napedzała rzeka Warta (stąd te trzy stawy z których brano wodę do napędzania maszyn). Kapitaliści berlińscy Ginsbergowie widząc, że fabryka Mameloka dobrze prosperuje  zakupilii ją . Już w roku 1870 w  fabryce pracowało około  3 tys. robotników. Ludność Zawiercia stale wzrastała. . Ma przełomie XIX -XX wieku Zawiercie liczyło przeszło 30tys. mieszkańców, a w pierwszych latach XX wieku około 40 tysięcy.  Ginsbergowie, właściciele fabryki zmienili nazwę na Towarzystwo Akcyjne "Zawiercie"(T.A.Z.).
Autorzy: J. i S. Gębka (materiały- zbiory własne).
Zainteresowanych i posiadających inne materiały proszę o kontakt pod adresem: jaslaz@poczta.onet.pl



</description>
        </item><item>
        <title>Cech Rzemiosł Różnych</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/cech_rzemiosl_roznych</link>
        <description>Działalność rzemieślników wiąże się z miastem od samych początków jego istnienia. 25 listopada 1919 r. trzynastu rzemieślników z Zawiercia pod przewodnictwem prezydenta miasta Kazimierza Pawłowskiego założyło Cech Rzeźniczy. W 1925 r. zostało utworzone Towarzystwo Rzemieślnicze. 
Przedstawiamy galerię zdjęć z archiwum zawierciańskiego Cechu Rzemieślników i Małych i Średnich Przedsiębiorstw. Składamy podziękowania Zarządowi i Dyrektorowi Cechu Tadeuszowi Rak za udostępnienie zdjęć.
 
</description>
        </item><item>
        <title>Poszukiwany chłopiec</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/poszukiwany_chlopiec</link>
        <description>Publikujemy na prośbę internautki zdjęcie z poszukiwanym prezez nią chłopcem (dziś mężczyzną).
Wszyscy, którzy rozpoznają chłopca ze zdjęcia  proszeni są o kontakt z redakcją.
</description>
        </item><item>
        <title>Muzeum</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/muzeum</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Parki w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/park_w_zawierciu</link>
        <description>Jak parki wygłądają dzisiaj "każdy widzi", a jak wygłądały przed wojną niewielu z nas już pamięta.











Park Miejski im. A. Mickiewicza
Park założył Jakub Loewenstein który na ten cel ofiarował grunty ziemskie.  Park został otworzony 1 IX 1928 r. Pierwszym kierownikiem był Władysław Petrych, to on go urządzał i dbał o jego wystrój sprowadzając do niego rzadkie gatunki drzew i roślin.  W samym centrum parku znajdował się  staw na którym latem pływano na kajakach a zimą przy sztucznym świetle jeżdżono na łyżwach. Obok stawu znajdowała się scena z przesuwanym parawanem przeciwwiatrowym który przesuwano dowolnie aby ochronić grającą orkiestrę od wiatru i deszczu (fragment tej sceny stoi do dnia dzisiejszego). Jako ciekawostkę można dodać, że przed wojną park był oświetlony, ogrodzony i pilnowany przez stróży a wstęp kosztował 2 zł. W czasie wojny do parku wstęp mieli tylko Niemcy. Po wojnie ogrodzenie rozebrano a nową atrakcją stało się mini zoo z ciekawymi zwierzętami. W latach 70-tych staw zasypano a na jego miejscu powstał plac zabaw. 
Park im. T. Kościuszki 
Znajduje się między torami kolejowymi a ul. Kościuszki. Powstał w latach 30-tych ubiegłego wieku. Na starych pocztówkach z lat 20-tych było tam widać jeszcze pojedyncze drewniane domy i okazały staw. W parku tym znajdował się Grób Nieznanego Żołnierza , nie udało mi się kiedy został rozebrany. W czasie II wojny światowej Niemcy wydali zgodę aby z tego parku mogli korzystać Polacy. Po wojnie w okolicy dawnego grobu nieznanego żołnierza został wybudowany Pomnik Żołnierzy Radzieckich przy którym odbywały się różne uroczystości. Po zmianie ustroju pomnik zburzono. Miejsce obelisku można zlokalizować po schodach które pozostały i resztkach żywopłotu. 
Park Bronisławów 
Inicjatorem założenia parku był Bronisław Miciński pracownik T.A.Z. Uroczyste otwarcie parku nastąpiło 25 VIII 1901 r. park znajdował się pomiędzy ulicami Parkową i Wierzbową i obejmował obszar 14 morgów(7 ha). W parku znajdowała się letnia scena gdzie występowały różne zespoły artystyczne. W 1907 r. został przez społeczeństwo Zawiercia ufundowany pomnik A. Mickiewicza dłuta F. Staszewskiego. Uroczystość odsłonięcia pomnika odbyła się 9 VII 1907r. Już przed samą II wojną światową park zaczął popadać w ruinę, zaczęto tam wypasać krowy  a popiersie A. Mickiewicza stało się celem zabaw okolicznych dzieci które rzucały w nie kamieniami. Po pewnym czasie popiersie trafiło w prywatne ręce. Po wojnie teren parku stopniowo został zabudowany przez prywatne domy aż w końcu powstało tam osiedle mieszkaniowe. 
 
Autorzy J. i S. Gębka (materiały- zbiory własne)
Zainteresowanych i posiadaczy innych materiałow prosimy o kontakt : jaslaz@poczta.onet.pl



</description>
        </item><item>
        <title>Miejska Izba Muzealna</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/miejska_izba_pamieci</link>
        <description>Miejska Izba Muzealna w Zawierciu to unikalne miejsce, gdzie można zapoznać się z bogatą historią miasta i jego mieszkańców. Nigdzie indziej nie zebrano tylu różnorodnych zdjeć, pamiątek, dokumentów i eksponatów dotyczących historii miasta. 
Zbiory obejmują szeroki horyzont szasowy - od czasów prehistorycznych po najnowsze. 
Organizatorzy Izby położyli szczególny akcent na ukazanie sylwetek ludzi, którzy swoją pracą zawodową i społeczną przyczynili się do rozwoju w mieście życia gospodarczego, kulturalnego i społecznego. 
Miejska Izba Pamięci znajduje się w w budynku Miejskiej Biblioteki Publicznej. Izba czynna jest w poniedziałki i środy od 8.00 do 16.00 oraz w piątki od 8.00 do 12.00. 
Digitalizacja zbiorów biblioteki prowadzona jest dzięki uprzejmosci dyrekcji Miejskiej Biblioteki Publicznej w Zawierciu. 

 
 



</description>
        </item><item>
        <title>Usytuowanie terytorialne miasta</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/rozwoj_miasta</link>
        <description>Usytuowanie terytorialne Zawiercia
 
XV w - Zawiercie było częścią dóbr majątkowych pilickich usytuowanych w Młopolsce w woj. krakowskim, powiecie lelowskim. Pozostawało w granicach Rzeczypospolitej do 1975 r.
1807-1814 r. - Zawiercie było usytuowane w Księstwie Warszawskim, departamencie krakowskim w powiecie lelowskim.
1815-1915 r. - Zawiercie należało do Królestwa Polskiego - zaboru rosyjskiego.
1816-1837 r. - Zawiercie i Kromołów należały do powiatu pilickiego, obwodu olkuskiego w woj. krakowskim. 7 marca 19837 r. przemianowano województwa na gubernie.
1842 r. - obwody zamieniono na powiaty a powiaty na okręgi. W latach 1845-1866 Zawiercie i Kromołów należały do guberni radomskiej, a do 1885 r. do powiatu olkuskiego.
1867 r. - Królestwo Polskie podzielono na 10 guberni. Utworzono m.in. gubernię kielecką i piotrkowską. Powołano nowy powiat będziński. Zawiercie Małe (Kromołowskie) z Kromołowem należało do powiatu olkuskiego do 1885 r. Gminą tego powiatu był Kromołów z Zawierciem Małym. Zawiercie Duże (Wielkie) do powiatu będzińksiego. Zawiercie Duże zostało przyłączone do gminy Poręba Mrzygłodzka powiatu będzińskiego.
 
 
Małe Zawiercie i Duże (Wielkie) Zawiercie

1827 r. - pojawiły się dwie nazwy: Małe i Duże Zawiercie. Małe Zawiercie położone było wzdłuż rzeki Warty przy drodze wiodącej do Marciszowa. Obejmowało północne tereny Zawiercia nazywane Zawiercie Kromołowskie. W tym czasie posiadało 10 domów i 129 mieszkańców. Duże Zawiercie skupione było wokół drogi prowadzącej do Siewierza. Zajmowało południowe obszary należące do dóbr mrzygłodzkich. Posiadało 56 domów, 289 mieszkańców.
1847 r. - 13 grudnia przejechał pierwszy pociąg przez Zawiercie do Ząbkowic.
1867 r. - Duże Zawiercie należało do gminy Poręba Mrzygłodzka powiatu Będzin guberni piotrowskiej. Zawiercie Małe usytuowano w gminie Kromołów powiatu olkuskiego guberni kieleckiej.
1915 r. - ordynacja miejska z dnia 19 czerwca z dniem 1 lipca scaliła Małe i Duże Zawiercie w jeden organizm miejski
1885 r. - Zawiercie Małe z Kromołowem wyłączono z powiatu okuskiego i włączono do powiatu będzińskiego. Do 1915 roku Zawiercie Małe (kromołowskie) i Duże (mrzygłodzkie) pozostawały w powiecie będzińskim.
1915 r. -  w sierpniu władze okupacyjne podzieliły Królestwo Polskie na dwie strefy okupacyjne: austriacką i niemiecką (dwa generał gubernatorstwa). Pod okupacją austriacką znalazła się południowo - wschodnia część Zawiercia, a pod niemiecką druga część. 20-22 kwietnia w rezultacie umowy pomiędzy Niemcami i Austrią nastąpił kolejny podział powiatu będzińskiego i dąbrowskiego. Austriacy utracili część Zawiercia na wschód od kolei warszawsko-wiedeńskiej z fabryką "Huldczyński". W grudniu podzielono powiat będziński na trzy gminy: Sosnowiec, Będzin i Zawiercie, które były w dalszym ciągu pod okupacją niemiecką. Na terenie okupacji austrowęgierskiejwydzielono m.in. gminę Kromołów, do której włączono południową część Zawiercia od ul. Siewnej (obecnie Pomorska).
1919 r. - Ustawą z dnia 2 sierpnia utworzono na terenie byłego Królestwa Polskiego 5 województw, min. woj kieleckie, w którym wydzielono 16 powiatów w tym powiat będziński. Rozważano także koncepcję utworzenia powiatu zawierciańskiego.
1927 r. - 1 stycznia wyodręniono z powiatu bądzińskiego nowy powiat zawierciański, który miał 943 km. kw. i 111258 mieszkańców. Graniczył z powiatem będzińskim,częstochowskim i olkuskim. Obejmował miasto Zawiercie i 6 dawnych miast, tj. Kromołów, Koziegłowy, Mrzygłód, Włodowice, Żarki i Siewierz oraz 15 gmin wiejskich: Koziegłowy, Koziegłówki, Kromołów, Mrzygłód, Myszków, Mierzęcice, Niegowa, Poraj, Poręba, Pińczyce, Rudnik Wielki, Rokitno Szlacheckie, Siewierz, Włodowice, Żarki. Starostwo zawierciańskie rozpoczęło działalność 15 lutego. Zawiercie liczyło 42 tys. mieszkańców i 466 ha powierzchni.
1939 r. - Dekretem z 19 października utworzono m.in. prowincję śląską z siedzibą we Wrocławiu składającą się z rejencji katowickiej, opolskiej, wrocławskiej i legnickiej. Powiat zawierciański włączono do rejencji opolskiej. Miał wówczas 748,8 km kw. i 112 347 mieszkańców. Granica między terenami przyłączonymi do III Rzeszy, a ziemiami Generalnej Guberni przebiegała na północny wschód od Warty. Władze niemieckie utworzyły koło Zawiercia punkty celne w Ogrodzieńcu i Kromołowie.
1945 r. - powiat zawierciański włączono do woj. śląskiego</description>
        </item><item>
        <title>Tarcze szkolne</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/tarcze_szkolne</link>
        <description>No cóż - tarcza zawsze była obiektem sporów pomiędzy uczniem a szkołą. Jedni nosili ją z dumą natomiast inni używali różnych "forteli" aby jej nie nosić. Ale tarcze były, są i chyba będą...
Przygotowali J.S. Gębka (materiały- zbiory własne)
Jeżeli posiadasz jakieś tarcze daj znać, zamieścimy je. Nasz adres: jaslaz@poczta.onet.pl



</description>
        </item><item>
        <title>Konkursy zakończone</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/konkursy_zakonczone</link>
        <description>Wernisaż wystawy "Dawne Zawiercie w fotografiach i w opowiadaniach"
 
27 czerwca 2008 r. w Galerii Perspektywa w Miejskim Ośrodku Kultury w Zawierciu odbył się wernisaż wystawy "Dawne Zawiercie w fotografiach i w opowiadaniach", zorganizowany przez Centrum Inicjatyw Lokalnych w Zawierciu, przy współpracy Sekcji Historycznej Towarzystwa Miłośników Ziemi Zawierciańskiej.

Wernisaż otworzył Paweł Abucki - pełniący funkcję sekretarza w Centrum Inicjatyw Lokalnych, dziękując wszystkim  za przybycie oraz przybliżając działalność Centrum.

Wśród zgromadzonych gości zjawili się m.in. Pani Barbara Łada - wice prezydent miasta Zawiercie, radni  - Pani Ewa Mićka i Łukasz Konarski oraz dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury w Zawierciu Pan Andrzej Danecki.

Rozstrzygnięty został konkurs na najlepsze opowiadanie o dawnym Zawierciu. Zainteresowani mogli przesyłać swoje prace od 12 maja do 16 czerwca 2008 r.

I miejsce w konkursie zajęła Pani Joanna Ćwikła
II miejsce Pani Magdalena Banyś
III miejsce Pani Aneta Paszowska

Nagrodę internautów otrzymała Magdalena Banyś, na której pracę internauci oddali ponad 100 głosów.

Po wręczeniu nagród nastąpiło zwiedzanie wystawy, która była doskonałą okazją do rozważań i refleksji nad przeszłością Zawiercia.  Można zobaczyć było np. dworzec PKP z lat dwudziestych, widok fabryki Towarzystwa Akcyjnego Zawiercie, Park Miejski, Bocianówkę czy ulice miasta Zawiercie.

Ponadto osoby zwiedzające wystawę miały okazję delektować się muzyką wykonywaną na żywo przez Panów - Tadeusza Pacana i Jerzego Kaziora.

Ten kto nie mógł być na  wernisażu wystawy nadal ma szansę ją zobaczyć. Wystawa będzie czynna do końca wakacji.
 
Wernisaż wystawy oraz konkurs odbyły się w ramach Programu Patriotyzm Jutra i były współfinansowane przez Narodowe Centrum Kultury.
</description>
        </item><item>
        <title>forum</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/forum</link>
        <description>
 
 
Wejdź na forum Dawne-Zawiercie.pl
</description>
        </item><item>
        <title>Osiedle Żabki</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/osiedle_zabki</link>
        <description>Osiedle Żabki wzięły swoją nazwę od skweru z fontanną. Podobno na początku w środku fontanny, na skałce stał krasnal z którego tryskała woda - ale szybko "zniknął" i zostały tylko zielone żabki. Było, jest i chyba będzie to miejsce odpoczynku wielu zawiercian, wiec warto je pokazać.
 
Autorzy : J.S. Gębka (materiały- zbiory własne)
 
Zainteresowanych i posiadaczy innych materiałów prosimy o kontakt : jaslaz@poczta.onet.pl
 



</description>
        </item><item>
        <title>Zakłady Produkcyjne B-D Witold Brodzik</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/zaklady_produkcyjne_bd</link>
        <description>
Zakłady Produkcyjne B-D Witold Brodzik S.J., obchodzą w tym roku jubileusz 25-lecia swojego istnienia. Korzystając z tej okazji zachęcam Państwa do zapoznania się z jej historią i  obecnym profilem działalności.

Historia firmy rozpoczyna się w1983 roku. W czasie, gdy Polska Rzeczpospolita Ludowa nadal realizowała plany pięcioletnie a socjalizm trzymał się mocno, Witold Brodzik, wraz z żoną podjęli decyzję o rozpoczęciu własnej działalności gospodarczej. Wspólnie z żoną otworzyli Warsztat Ślusarski, zatrudniając się w nim i zajęli się produkcją kluczy nasadowych. Z upływem czasu zaczęli zatrudniać pierwszych pracowników i z końcem lat 80-tych w warsztacie pracowało 5 -6 osób. Produkowane wyroby sprzedawane były  za pośrednictwem Spółdzielni Rzemieślniczej na rynki RWPG.

Okres względnej socjalistycznej stabilizacji trwał do 1989 roku. W przełomowym 1989 roku dla właścicieli malutkiego warsztatu stało się jasnym, że należy poszukać nowych rynków zbytu lub zmienić asortyment. Ten burzliwy okres zaowocował podpisaniem kontraktów na produkcję grilli ogrodowych, kompostowników, wieszaków i innych artykułów gospodarstwa domowego sprzedawanych do krajów skandynawskich. Działalność ta nie przynosiła wielkich zysków ale pozwoliła przetrwać do czasu rozpoczęcia współpracy z górnictwem. Na początku lat 90-tych firma zaczęła produkować ROZPORĘ RZL i dostarczać ją do kopalni  Porąbka Klimontów. W kolejnych latach zaczęliśmy dostarczać rozpory do innych kopalń obecnego Katowickiego Holdingu Węglowego.
    
Firma o nazwie Zakłady Produkcyjne B-D Brodzik Dominik S.C. została utworzona  w 1994 roku, z połączenia warsztatów ślusarskich Witolda Brodzika i Stanisława Dominika. Wtedy też prezes Witold Brodziki zadecydował o kupnie pierwszych budynków po andbdquo;starej bawełnieandrdquo;, przy ulicy 11 listopada. Kolejne lata to szybki rozwój firmy, zwiększanie obrotów, zysków i zatrudnienia. Kupowano coraz nowocześniejsze maszyny, zwiększała się też liczba posiadanych hal i pomieszczeń biurowych.

W 2004 roku dotychczasowi wspólnicy zdecydowali o rozdzieleniu przedsiębiorstwa wtedy to powstały Zakłady Produkcyjne B-D Witold Brodzik S.J. - działające w tej formie do dnia dzisiejszego.

Obecnie nasze Zakłady zajmują się głównie produkcją wyrobów metalowych dla górnictwa węgla kamiennego oraz miedzi, takich jak: szeroki asortyment rur produkowanych w najnowszych technologiach: rury kołnierzowe czarne, ocynkowane i malowane, rury podsadzkowe, rurociągi szybkoskrętne zasilające i spływowe, rury kołnierzowe wysokociśnieniowe a także: krążniki do przenośników taśmowych oraz elementy do obudów górniczych tj.: rozpory stałe i regulowane oraz jarzma. Obecnie firma wprowadza na rynek nowy typ prowadników  i dźwigarów. Nowa konstrukcja wyrobu została opracowana z inicjatywy Prezesa, we współpracy z Głównym instytutem Górnictwa. Produkujemy także dla innych odbiorców krajowych i na export.

Drugą gałęzią działalności przedsiębiorstwa jest handel węglem. Powiązana właścicielsko spółka Zakłady Produkcyjne B-D Brodzik Skład Opałowy SJ jest dealerem Katowickiego Holdingu Węglowego i zbudowała sobie silną pozycję jako lokalny dostawca węgla dla odbiorców w powiecie zawierciańskim i okolicach. Dostarczamy także węgiel dla hurtowych odbiorców w tym wojska, jednostek budżetowych (szkół, szpitali). Obecnie podpisaliśmy kontrakt na dostawy dla Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Dąbrowie Górniczej. 

Bardzo istotnym momentem w historii firmy był zakup w 1995 r Wytwórni Wód Mineralnych Jura Skałka we Włodowicach. Zupełnie inna gałąź działalności to dla nowych właścicieli wyzwanie o strategicznym znaczeniu.

W 2002 roku zarządzanie wytwórnią rozpoczęła Prezes Alicja Brodzik, która postawiła na jakość, solidność i nowoczesność. Poddano  gruntownemu remontowi ciąg do produkcji wody i napojów, zmodernizowano węzły technologiczne, usprawniono logistykę.

Produkowaną wodę i napoje poddano wszechstronnym badaniom: fizyko - chemicznym, mikrobiologicznym i radiometrycznym w akredytowanych laboratoriach krajowych i zagranicznych. Badania wody wykazały jej krystaliczną czystość, doskonałe walory smakowe oraz zawartość niezbędnych dla zachowania zdrowia i dobrej kondycji fizycznej minerałów.
W tym roku PZH zakwalifikowało naszą wodę do kategorii wód mineralnych.

Początkowo posiadaliśmy jedną linię do rozlewania wody w butelki szklane obecnie Jura Skałka dysponuje 3 liniami produkcyjnymi, rozlewającymi wodę i napoje z dużą wydajnością, zarówno do opakowań szklanych jak i PET. To pozwoli  kierownictwu firmy zbudować silną pozycję wśród dostawców wody mineralnej na terenie Polski południowej. 

Znak firmowy B-D kojarzony jest z profesjonalizmem, najwyższą jakością i fachową obsługą w każdym obszarze działalności. Wdrożyliśmy system zarządzania jakością ISO 9001:2000, posiadamy także Europejski certyfikat spawalniczy.

Potrzeby i oczekiwania naszych Klientów spełniamy poprzez dostarczanie wyrobów najwyższej jakości oraz terminowość i niezawodność dostaw. Naszą ambicją jest wysoka jakość wyrobów i stosowanie najlepszych z dostępnych, przyjaznych środowisku osiągnięć technicznych i technologicznych, we wszystkich prowadzonych przez nas procesach. W 2000 roku została wyróżniona Medalem Europejskim za rozporę rurową RD.

W sierpniu 2002 roku firma otrzymała statuetkę Cezara Śląskiego Biznesu za całokształt prowadzonej działalności, a w 2005 roku diament do statuetki Cezara Śląskiego Biznesu, za utrzymywanie wiodącej pozycji na rynku.

Takie działanie firmy uzależnione jest od odpowiedzialności  i zaangażowania całej załogi. Każdy pracownik na swoim stanowisku jest odpowiedzialny za jakość wyrobu i dobrą organizację pracy. Stałe  podnoszenie kwalifikacji pracowników pozwoli nam na wprowadzanie do produkcji coraz bardziej technologicznie zaawansowanych wyrobów - co jest drogą do dalszego  rozwoju firmy.




</description>
        </item><item>
        <title>Kościół p.w. św. Piotra i Pawła Ap.</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_pw_sw_piotra_i_pawla_ap</link>
        <description>Dawne Zawiercie leżące po lewej stronie Warty zwane było Małe Zawiercie należało do parafii rzym. kat. w Kromołowie a Duże Zawiercie które powstało po prawej stronie Warty przydzielono czasowo do parafii. rzym. kat. w Mrzygłodzie. W 1886 r. powstał komitet budowy kościoła w Zawierciu. Budowę w stanie surowym ukończono w 1900 r. a w 1903 r. podjęto decyzję o utworzeniu parafii p.w. św. Ap. Piotra i Pawła w Zawierciu. Prace wykończeniowe przy kościele trwały aż do roku 1919. pierwszym proboszczem został ks. Franciszek Zientara.
 
 
Autorzy : J.S. Gębka (materiały- zbiory własne)
 
Zainteresowanych i posiadaczy innych materiałów prosimy o kontakt : jaslaz@poczta.onet.pl
 



</description>
        </item><item>
        <title>Proporczyki</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/proporczyki</link>
        <description>







Proporczyki były pewnym andbdquo;symbolemandrdquo; minionych lat (piszę andbdquo;byłyandrdquo; ponieważ dzisiaj nie są już tak popularne). Każde miasto, zakład pracy, klub sportowy itp. wydawały swoje proporczyki. Z okazji większych imprez sportowych czy kulturalnych były wydawane okolicznościowe proporczyki. Wielu młodych ludzi ( ja również) zbierali proporczyki. Ostatnio przeglądałem swoje zbiory i stwierdziłem, że jest tam sporo proporczyków z Zawiercia które zamieszczam w tej galerii. Z tego co wiem proporczyków z Zawiercia jest o wiele wiele więcej - może więc warto przejrzeć szafy i piwnice by uzupełnić tę galerię. Ze smutkiem należy stwierdzić, że niektóre zakłady czy kluby już nie istnieją - ale proporczyki zostały.
Przygotowali J. S. Gębka (materiały- zbiory własne)
Jeżeli posiadasz jakieś ciekawe egzemplarze napisz : jaslaz@poczta.onet.pl
 



</description>
        </item><item>
        <title>Szkoła Podstawowa nr 4</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/szkola_podstawowa_nr_4</link>
        <description>Początek XX w. przyniósł istotną zmianę sytuacji prawnej i własnościowej Huty Szkła (dawniej S. Reich i S-ka) oraz warunków życia zatrudnionych robotników.
"W dniu 3 lipca 1900 r. założone zostało Towarzystwo Akcyjne Huty Szkła w Zawierciu." W tym też roku na dziesięciu parcelach przy późniejszej ulicy Pileckiej (obecnie Powstańców Śląskich, a w dalszym biegu Paderewskiego) Towarzystwo Akcyjne wybudowało pierwsze domy fabryczne. Trzy budynki murowane oraz siedem drewnianych, przy czym dla zwykłych robotników przeznaczone były oczywiście te ostatnie. "W roku 1905 zbudowano 5 dalszych, piętrowych i murowanych domów robotniczych...".
Wydarzenia rewolucji 1905r.i żądania polskiej szkoły doprowadziły do tego, że fabryka wynajęła budynek przy ul. Towarowej. Wynajęto trzy izby i tam rozpoczęła pracę dwuklasowa szkoła fabryczna dla dzieci pracowników huty. Jerzy Abramski podaje, że prawdopodobnie do 1902 roku została otwarta jednoklasowa szkoła ogólna "szklarni zawierckiej". Stopniowo Zarząd Towarzystwa Akcyjnego Reichów realizował pewne inwestycje, które dziś nazywamy socjalnymi. Stało się to możliwe dzięki inicjatywie dyrektora firmy "Reich i S-ka", Teodora Mioduszewskiego.
W 1912 r. obok kolonii domków fabrycznych wybudowano piętrowy budynek przeznaczony dla dwuklasowej szkoły fabrycznej. Do użytku oddano go w roku 1913. Całość sfotografowano i uwieczniono na dużym tableau. Znajduje się ono obecnie w Miejskiej Szkole Podstawowej nr 4.
W 1914 r. po wybuchu I wojny światowej Niemcy zamienili budynek szkolny na szpital. Praktycznie nieznane są nam teksty źródłowe i dokumenty, które mogłyby wzbogacić historię naszej szkoły w okresie międzywojennym.
Z protokołów Komitetu Wykonawczego Dozoru Szkolnego podległego Ministerstwu Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (oddział w Zawierciu) z lat 1920-1925, wiadomo, z jakimi trudnościami borykało się nasze szkolnictwo i jaki był jego stan.
W październiku 1920 roku w Szkole nr 4 nadal mieścił się szpital wojskowy, z tego względu komplety tej szkoły zdecydowano rozmieścić w sposób następujący: w godzinach poobiednich 5 klas uczyło się w gmachu seminarium nauczycielskiego, reszta - w gimnazjum męskim i żeńskim.
I tak zawierciańskie szkoły powszechne (3) i 1 prywatna fabryk Huldczyńskiego - były nad wszelką miarę przepełnione. W roku 1920 było w Zawierciu ponad 5 tysięcy dzieci w wieku szkolnym, podczas, gdy miejsce w szkołach mogło znaleźć tylko około 3,5 tysiąca dzieci. Nic więc dziwnego, że Dozór Szkolny wystąpił o dokonanie robót remontowych i przeróbek w Szkołach nr 2 i nr 4, a to w celu uzyskania dodatkowych pomieszczeń na klasy i mieszkania dla nauczycieli.
Na zebraniu w dniu 18 maja 1921 roku próbowano obliczyć, o ile kompletów więcej musiałaby przyjąć każda za szkół powszechnych, by w nowym roku mogły pomieścić wszystkie dzieci w wieku szkolnym. I tak:
Jeśli szkoła nr 2, nr 3 i nr 4 przyjmie dodatkowo 14 kompletów (po około 50 uczniów!), to brakujące 10 kompletów przypadałoby wówczas na Szkołę nr 1 i szkołę prywatną "Fabryk Huldczyńskiego". Podobnie musiałaby wyglądać sprawa nauczycieli - w Zawierciu zatrudnionych było (na dzień 18 maja 1921 roku) 54 nauczycieli, nadal brakowało 21 nauczycieli. Sprawa zaangażowania nowych nauczycieli nie wyglądała zachęcająco, a to ze względu ma kompletny brak mieszkań. Ci, którzy przyjeżdżali, by zbadać miejscowe warunki, już nigdy więcej nie wracali.
W mieście istniały w tym czasie 2 ochronki, ale postanowiono rozpatrzyć wniosek o utworzenie jeszcze jednej ochronki - tym razem z przeznaczeniem dla dzieci żydowskich.
Zdecydowano również, by do Szkół nr 1, nr 3 i nr 4 skierować lekarzy szkolnych, ponieważ szkoły te dotychczas pozbawione były stałej opieki lekarskiej.
Znaczący okazał się fakt uchwalenia (27 kwietnia 1922 roku) przez Radę Miejską "przymusu szkolnego". Przypuszczano, że aż około 1200 dzieci "... jest jeszcze poza szkołą..." z powodu braku miejsca.
W związku z tym postanowiono przebudować dom mieszkalny przy ul. Pastewnej nr 4 na szkołę 7 - klasową o 7 salach oraz gruntowną przeróbkę 2 mieszkań w Szkole nr 1 (przy ul. Szkolnej) na 2 klasy, co w rezultacie mogło dać 9 klas i przy nauce na dwie zmiany, miejsce dla prawie 1000 uczniów.
Wakacyjne posiedzenie Dozoru Szkolnego (z 17 lipca 1923 roku) zaowocowało ustaleniem i przyjęciem do wiadomości 5 obwodów szkolnych. Wiadomym się stało również, że w tym czasie w Zawierciu było 5950 dzieci w wieku do 14 lat, z czego w zawierciańskich szkołach pomieścić się mogło zaledwie 4500 uczniów.
Zdecydowano, że młodzieży od V do VII klasy należy umożliwić ukończenie szkoły, co zaś do dzieci młodszych oraz zaniedbanych i opieszałych w nauce - decyzję każdorazowo miała podejmować Rada Pedagogiczna danej szkoły.
Koniec roku 1923/24 (23.06.1924) objawił nagą prawdę: zapowiadało się, że klasy w przyszłym roku liczyć będą po 60, a nawet więcej uczniów. Było to zresztą sprzeczne z obowiązującą Ustawą o Ustroju Szkół Powszechnych.
Zamknięcie szkoły fabrycznej Huldczyńskiego znacznie pogorszyło sprawę. (uczyło się tam około 700 dzieci). Ponadto, goszczące od 1916 roku w gmachu Szkoły nr 2 seminarium nauczycielskie (od roku 1921 - upaństwowione), wykorzystało swój umowny termin i powinno opuścić gmach, a to w racji tego, że w ww. Szkole nr 2 uczyło się prawie 2000 dzieci i młodzieży, a mimo to wiele z dzieci nie mogło podjąć nauki w szkole właśnie z powodu braku miejsca.
Na posiedzeniu 26 lutego 1925 roku podniesiono problem "uroczystości Sienkiewiczowskich", a co za tym idzie - problem nadania imienia pisarza którejś ze szkół miejskich.
Wybór padł na Szkołę nr 4.
Tego samego dnia ogłoszono również, że wraz z początkiem roku szkolnego 1924/25 została przejęta przez rząd szkoła prywatna 7 - klasowa fabryki rur i żelaza Huldczyńskiego i zyskała nazwę: 7 - klasowa Szkoła Publiczna nr 5 (na 1 rok).
Uchwalono (27.03.1925 roku), że od przyszłego roku szkolnego w Szkole nr 4 otwarta zostanie klasa VII - a to na wyraźne i rzeczowe prośby rodziców dzieci mieszkających w tym rejonie.
Dalsza historia Szkoły nr 4 przedstawiona jest na podstawie Kroniki Szkolnej pisanej przez kierownika szkoły po wojnie, p. Stanisława Nawrota oraz protokołów posiedzeń Rad Pedagogicznych od 19.03.1945 r.... Więcej z historii szkoły na stronie sp4.zawiercie.pl/historia.html
Prezentacje przygotował S. Gębka
Podziękowania dla dyrekcji szkoły oraz dla pani Moniki Liman i Jolanty Dąbrowskiej
Materiały: kroniki szkolne oraz własne



</description>
        </item><item>
        <title>Ernest Erbe</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/ernest_erbe</link>
        <description>





.O
	{font-size:149%;}




 

 




.6}-->












120 lecie Odlewni Żeliwa SA w Zawierciu
W minionym studwudziestoleciu Odlewnia trwale wpisała się w rozwój polskiego przemysłu, a odlewnictwa w szczególności.
Sto dwadzieścia lat istnienia stawia nasze Przedsiębiorstwo w gronie najstarszych zakładów przemysłowych południowych regionów naszego kraju.
W swej wieloletniej historii trwania w procesach produkcyjnych Odlewnia przechodziła różne okresy: wzlotów i międzynarodowych sukcesów, trudnych czasów wojennych jak i kryzysów gospodarczych okresu międzywojennego.
Początek dziejów Odlewni Żeliwa SA sięga 1886 roku kiedy to Ernest Erbe założył na gruntach należących do wsi Łośnica niewielką kuźnię produkującą sprzęt oraz narzędzia rolnicze dla okolicznej ludności wiejskiej.
Wybór miejsca nie był przypadkowy. Położenie przy szlaku kolei warszawsko andmdash; wiedeńskiej, liczna tania siła robocza, istnienie na tym terenie wcześniej powstałych zakładów, były czynnikami decydującymi o powstaniu kuźni,
Dobra koniunktura na wytwarzane wyroby sprzyjała systematycznej rozbudowie zakładu i rozszerzeniu asortymentu produktów, doprowadza do uruchomienia odlewni, w której w 1892 roku zostaje rozpoczęta produkcja białego żeliwa ciągliwego, a od 1901 roku wytwarzane są łączniki z tego tworzywa.
W ówczesnym Królestwie Polskim zakład staje się monopolistą na produkowane wyroby.
Rozbudowa zakładu, zasadnicza zmiana profilu produkcyjnego, rozszerzenie asortymentu wyrobów uzasadniała zmianę nazwy przedsiębiorstwa zandbdquo;Kuźnia Ernest Erbe" na andbdquo; Fabrykę Łączników i Wyrobów Lano-Kutych Ernest Erbe" w Zawierciu. Początkowo metal wytapiano w piecach tyglowych opalanych węglem, następnie rozwijając produkcję do wytopu żeliwa zastosowano żeliwiak.
Dążenie do poprawy jakości wytapianego metalu doprowadziło w 1895 r. do uruchomienia pierwszego pieca martenowskiego.
W kolejnych latach rozwoju produkcji powstały kolejne dwa piece martenowskie, które pracowały do 1974 roku.
Firma rozwija się dynamicznie, otwiera swoje własne przedstawicielstwo handlowe i składy w Warszawie, St. Petersburgu, Moskwie i Rostowie, w 1913 r. wydaje swój pierwszy katalog wyrobów, których jakość, szczególnie łączników ze znakiem EE zaliczana jest do najlepszych na świecie.
Wydarzenia historyczne drugiej dekady XX wieku nie ominęły naszego kraju jak i naszego zakładu.
Z wybuchem pierwszej wojny światowej rozwój przedsiębiorstwa uległ całkowitemu zahamowaniu. Produkcja obejmuje jedynie wykańczanie zapasów magazynowych, większość załogi została zwolniona bądź przeszła do innych zakładów Zagłębia. Ponowne wznowienie produkcji następuje po zakończeniu wojny osiągając w 1920 roku pełną zdolność produkcyjną Fabryka poza łącznikami wytwarza odlewy dla wojska, kolejnictwa i energetyki oraz elementy do produkowanego w Polsce motocykla andbdquo;Sokół" .
Zakład modernizuje się, rozwija asortyment wytwarzanych odlewów, jak również i eksport swoich wyrobów do takich państw jak Anglia, Holandia, Belgia, Kraje Skandynawskie, Turcja, Bułgaria, Egipt, Indie, Peru, Syjam oraz Urugwaj. Wyroby Fabryki zdobywają nagrody i wyróżnienia. Na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 roku zakład otrzymał złoty medal, w 1932 roku dyplom



I-szej klasy na Krajowych Targach Katowickich, srebrny medal na Targach Lewantyńskich w Tel-Avivie.
Rozwija się sieć handlowa. Fabryka ma własne oddziały w Warszawie, Poznaniu, Katowicach, składy konsygnacyjne w Krakowie, Lwowie i Częstochowie, własne przedstawicielstwa w Radomiu, Wilnie i Wolnym Mieście Gdańsku.
W 193G roku Fabryka staje się Spółką Akcyjną o kapitale zakładowym 2,3 min 6wczesnych złotych.
Wybuch II wojny światowej to bardzo ciężki okres dla Fabryki i jej załogi. Fabryka przechodzi pod zarząd wojskowy, zmienia profil produkcyjny, uruchomiona zastaje produkcja nowego tworzywa, dla potrzeb wojska jakim było staliwa wytapiane w piecach martenowskich, przeznaczone na odlewy skorup pocisków moździerzowych oraz artyleryjskich. Z żeliwa białego odlewano natomiast skorupy granatów.
Okres okupacji to działanie na terenie Fabryki ruchu oporu, działalność sabotażowa. Wielu pracowników swą działalność patriotyczną p2ypłaciła aresztowaniami, a nawet życiem.
Po zakończeniu działań wojennych ~Fabryka Łączników i Wyrobów Lano andmdash; Kutych Ernest Erbe" zostaje objęte Tymczasowym Zarządem Państwowym
Po kilku tygodniach uruchomiono produkcję części maszyn rolniczych, które to wyroby wymieniano na żywność stanowiącą, formę wynagrodzenia dla pracowników. Zakład systematycznie zwiększa asortyment swych wyrobów, osiągając w 1948 roku poziom 3 tys. ton odlewów. W tym też okresie do Fabryki przyłączono istniejący dotychczas jako oddzielne przedstawicielstwo zakład andbdquo;Ferrum" będący dziś Spółką zwaną andbdquo;Wiktoryjką".
Połączone zakłady otrzymały nazwę andbdquo;Odlewnia Żeliwa Ciągliwego i Wytwórnia Łączników"., która to nazwa obowiązywała do momentu utworzenia w 1995 roku Spółki noszącej aktualną nazwę andbdquo;Odlewnia Żeliwa SA" w Zawierciu, która była jednoosobową Spółką Skarbu Państwa objętą w 1998 roku działalnością Narodowych Funduszy Inwestycyjnych.
Rok 1996 związany jest z szeregiem zmian organizacyjnych odlewni, ze struktury której wydzielają się Spółki:
- Odlew Rem w 1996 r.
- Omega-Soft w 1996 r.
- Modlew w 1998 r.
- Odlewnia Żeliwa andbdquo;Wiktoryjka" w 2000 r.
W 2003 roku Odlewnia zostaje wykupiona od NFI i wchodzi w skład Grupy Kapitałowej andbdquo;Gwarant". 
 
Więcej informacji w książce "Odlewnia Żeliwa Ciągliwego i Wytwórnia łączników w Zawierciu (1886-1986)" Longina Rosikona
 

 
Prezentacje przygotował S. Gębka
Podziękowania dla dyrekcji oraz dla pani Iwony Jędryszczak
Materiały: kroniki zakładu oraz własne
Zainteresowanych oraz posiadaczy innych materiałów prosimy o kontakt : jaslaz@poczta.onet.pl
 
 
 




</description>
        </item><item>
        <title>Komitet Obywatelski Niesienia Doraźnej Pomocy dla Bezrobotnych</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/komitet_obywatelski_niesienia_doraznej_pomocy_dla_bezrobotnych</link>
        <description>Wielki kryzys gospodarczy, który rozpoczął się w roku 1929 spowodował znaczny wzrost bezrobocia na terenie Zawiercia co spowodowało, iż znaczna część miejscowej ludności znalazła się na skraju nędzy. Wkrótce okazało się, że państwowa opieka społeczna nie jest wstanie sama poradzić sobie ze skutkami kryzysu. Z tego powodu powołano do życia w dniu 

15 marca 1930 roku Komitet Obywatelski Niesienia Doraźnej Pomocy dla Bezrobotnych. Inicjatorem powstania był starosta zawierciański Stanisław Konopacki.   W skład Komitetu weszło 37 osób, wśród nich znaleźli się m.in. Franciszek Langer, Stanisław Holenderski, Kazimierz Sachse, Seweryn Wesołowski, Bronisław Peltyn, Zenon Stattler, a także proboszcz parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła Franciszek Zientara. Komitet zorganizowany był w 5 sekcji: ogólnokwalifikacyjną, dożywiania bezrobotnych, opieki nad dzieckiem i matką, finansową oraz opieki lekarskiej.

W ramach swej działalności Komitet wydawał paczki żywnościowe, dożywiał dzieci z najuboższych rodzin, a także wraz z Tymczasowym Zarządem Miejskim opracował program robót celowych. Komitet przyczynił się również do udostępnienia bezrobotnym za minimalną opłatą robotniczych ogródków działkowych wraz z materiałem nasiennym i sadzeniowym. 

Warto odnotować iż Komitet Obywatelski Niesienia Doraźnej Pomocy dla Bezrobotnych nie był pierwszą tego typu organizacją na terenie Zawiercia. W latach I wojny Światowej, kiedy w wyniku działań wojennych zostały zamknięte zawierciańskie fabryki, pomocą dla bezrobotnych zajęło się Chrześcijańskie Towarzystwo Dobroczynności. Otworzono wówczas bezpłatną kuchnię dla najuboższych za którą odpowiadali: Stanisław Szymański, Józef Brzeziński, Jan Pasierbiński oraz Bronisław Szulc.
Tekst: Adam Bieńkowski, Zdjęcia: archiwum prywatne Barbary Francik



</description>
        </item><item>
        <title>Ulice Zawiercia wczoraj i dziś</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/ulice_zawiercia_wczoraj_i_dzis</link>
        <description>Zawiercie, które jako miasto powstało w roku 1915 z połączenia dwóch robotniczych osad przez prawie 95 lat swojego istnienia zmieniało się nieustannie. Teraz dzięki uprzejmości pani Barbary Francik, która udostępniła zdjęcia ukazujące ulice i budynki dawnego Zawiercia można zaobserwować te zmiany. W poniższej galerii widać więc jak pokryte błotem ulice naszego miasta, które przemierzają konne furmanki zamieniają się w pokrytą asfaltem jezdnie po której mkną kilkunasto tonowe ciężarówki. Widać niepozorne dziś budynki niegdyś będące symbolem nazistowskiej okupacji. Na koniec dostrzec można, iż niektóre z przedstawionych budynków zmieniły swoje oblicze, inne zaś całkowicie zniknęły z planu miasta.   
Na przedstawionych zdjęciach, pochodzących przeważnie z czasów okupacji niemieckiej widać w większości obiekty znajdujące się przy dzisiejszej ul. Powstańców Śląskich. Niegdyś była ona częścią obecnej ul. Ignacego Paderewskiego, z której została wydzielona w roku 1977. Za czasów okupacji ulicę Paderewskiego przemianowano na Hermann Goering Strasse. Wraz z ulicami Słowackiego, Pomorską, Chmielną  oraz 3 Maja (przemianowaną na Adolf Hitler Strasse) stanowiła swego rodzaju dzielnicę niemiecką. Znajdowały się tam placówki administracyjne, sądownicze i policyjne oraz siedziby takich organizacji jak NSDAP oraz Hitlerjugend.
Pod koniec marca 1941 roku Zawierciu nadano niemiecką nazwę Warthenau. W maju tego samego roku na polecenie ówczesnego burmistrza W. Fricka w obrębie ulic Nowy rynek, Aptecznej, Widok, Marszałkowskiej, Ciemnej, Ciasnej, Stary Rynek i Górnośląskiej utworzono getto. W Czerwcu roku 1942 rozpoczęły się pierwsze wywózki ludności żydowskiej do obozów zagłady, które kontynuowane były, aż do likwidacji getta w roku 1943.
Zawiercie zostało wyzwolone spod okupacji niemieckiej przez Armie Czerwoną 20 Stycznia 1945 roku. Wraz z ustanowieniem nowej, komunistycznej władzy po raz kolejny zmieniono nazwy niektórych ulic. Hermann Goering Strasse Przemianowano na ul. Armii Czerwonej, a noszącą podczas okupacji imię Adolfa Hitlera ul. 3 Maja nazwano ku czci innego krwawego dyktatora ulicą Józefa Stalina.
Dziś zarówno ulica 3-maja jak i Paderewskiego (bez odłączonej od niej ul. Powstańców Śląskich) powróciły do swych dawnych nazw. Jednak te z czasów okupacji oraz rządów komunistycznych pozostaną częścią ich historii, a także przemian zarówno tych wielkich jak i tych nieznacznych które dokonały się w naszym mieście. Dzięki poniższej galerii można zobaczyć, chociaż w niewielkim stopniu jak zmieniało się obliczę naszego miasta.
opracował Adam Bieńkowski



</description>
        </item><item>
        <title>Kaplica p.w. Matki  Boskiej Prządki w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kaplica_pw_matki__boskiej_przadki_w_zawierciu</link>
        <description>Najbardziej okazałym obiektem sakralnym tego typu na terenie naszego miasta jest z pewnością Kaplica Matki Boskiej Prządki znajdująca się na skraju paku miejskiego im. Tadeusz Kościuszki, nieopodal Bazyliki św. Ap. Piotra i Pawła. Nie bez znaczenia jest wybór patronki kapliczki. Zawiercie swój rozwój zawdzięcza m.in. istniejącej tam przędzalni, która dawała zatrudnienie wielu mieszkańcom miasta i okolic. Matka Boska Prządka jest wszak Opiekunką włókniarzy. Jak głosi napis wyryty na metalowej tabliczce umieszczonej na fasadzie budowli, w roku 1831 ustawiono krzyż pod którym chowano zmarłych w czasie zarazy.  Na jego miejscu została ustawiona kaplica w 1844 r. Wraz z rozwojem fabryki rozbudowana została także i kaplica miało to miejsce w 1883 r. Wówczas stała ona  w innym miejscu niż obecnie, a mianowicie przy ulicy Łośnickiej. dziś Piłsudskiego. Służyła ona na początku swego istnienia jako filia kościoła parafialnego w Kromołowie. Jej pierwszym duszpasterzem był późniejszy proboszcz parafii św. Ap. Piotra i Pawła w Zawierciu ks. Franciszek Zientara. Na początku były w niej odprawiane jedynie nieszpory, następnie msza poranna lub wieczorna. Jednak liczba katolików w Zawierciu wzrastała, dlatego proboszcz kromołowski ks. prałat Karol Barcz, podjął decyzję, że jedna msza niedzielna będzie odprawiana w zawierciańskiej kaplicy przez księdza Zientarę.
    
Po wybudowaniu kościoła kapliczka stała się zabytkowym obiektem sakralnym. W 1925 r. została odnowiona i wyremontowana. W 17.11.1986 r. ks. bp dr Stanisław Nowak Ord. Diec. Częstochowskiej konsekrował nową kaplicę  p.w. MB Prządki Patronki Włókniarzy.

Wewnątrz budowli, w jej centrum znajduje się ołtarz z figurą Najświętszej Panienki ozdobiony kwiatami. Na ścianie za nim widnieje wizerunek patronki kaplicy, a nad nim zawieszony jest krucyfiks. Autorem obrazu jest mgr inż. arch. Marta Ciszewska. Na wyraźnie napisaną prośbę nie zostawia się tam żadnego rodzaju wotów, kaplica służy jedynie do modlitwy. Sam ołtarz jest oddzielony od przedsionka stalową kratą w trosce o bezpieczeństwo.



</description>
        </item><item>
        <title> Kaplica p.w. św. Jana Nepomucena</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/_kaplica_pw_sw_jana_nepomucena</link>
        <description>Pomiędzy ulicami Szkolną, Porębską i Wojska Polskiego znajduje się inne urokliwe miejsce, które przypomina Nam o katolikach zawierciańskich minionych czasów. Jest to pięknie odnowiona kapliczka, p.w. św. Jana Nepomucena . Niegdyś stała ona w centrum Starego Rynku, obok wejścia do podziemnej stacji pomp wodociągowyc,h potem została przeniesiona ze względu na wzmożony ruch samochodowy w mieście.
W latach 70. XX w. kapliczkę rozebrano. Ta, którą widzimy dziś jest jej wierną kopią. Budowla została ogrodzona niewielkim stalowym płotkiem; wewnątrz znajduje się figura Jezusa z ranami po ukrzyżowaniu oraz z otwartym dla każdego Miłosiernym Sercem. Dzięki dużym oknom w stylu neogotyckim, umieszczonym w każdej ze ścian oraz pomalowaniu wnętrza na biało, kaplica jest zawsze pełna światła, a oblicze Zbawiciela niezwykle promienne. Figura przybrana jest kwiatami podobnie jak ta w kapliczce w parku Kościuszki.
Na szczycie budowli jest umieszczony koniczynowy krucyfiks, a we wnękach w dachu pokrytego blachą, znajdują się figurki Matki Boskiej. Ważna jest lokalizacja tego pięknego sakralnego obiektu. Nieopodal znajduje się bowiem I L.O. im. Stefana Żeromskiego w Zawierciu oraz Zespół Szkół im. Hugona Kołłątaja w Zawierciu, biegną w tej okolicy też drogi do dzielnicy Marciszów i do miasta Poręba. Kaplica przypomina każdemu przechodniowi, że Bóg nie zapomina o uczniach i podróżnych.



</description>
        </item><item>
        <title>Stanisław Szymański</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/stanislaw_szymanski</link>
        <description>Choć nie był Stanisław Szymański rodowitym Zawiercianinem,  to jego życie nierozerwalnie złączyło się z naszym miastem. Poświęcił mu swój czas, pieniądze i pasje. Dzięki temu człowiekowi mała fabryczna osada stała się miejscem, w którym żyło się lepiej wszystkim mieszkańcom, co również sprzyjało osiedlaniu się tu kolejnych osób. Przyjrzyjmy się zatem jak przebiegała jego społeczna działalność.

Urodził się w 1862 r. Uzyskał wykształcenie inżynierskie. Od 1907 r. był on generalnym dyrektorem fabryki Towarzystwa Akcyjnego andbdquo;Zawiercieandrdquo;. Do naszego miasta przybył z Warszawy. W czasie pobytu w Zawierciu od samego początku aktywnie włączył się w jego rozwój zarówno na polu gospodarczym, jak i kulturalnym i społecznym. Nie było to jednak łatwe, bowiem czasy w których przyszło mu działać były naznaczone licznymi przeciwnościami i restrykcjami ze strony zaborców, najpierw rosyjskich, a po wybuchu I wojny światowej niemieckich.

Jako dyrektor nie był bynajmniej przykładem fabrykanta-tyrana. Zawsze bowiem dbał o swoich pracowników. Niezbitym dowodem na potwierdzenie tego stwierdzenia jest fakt budowy osiedla pracowniczego przy obecnej ulicy Westerplatte, Niedziałkowskiego oraz 11 listopada (tzw. andbdquo;Białe Kamieniceandrdquo;).
    
Mało tego, był też głównym pomysłodawcą budowy szkoły dla dzieci robotników z TAZ, która została oddana do użytku 12.12.1907 r. (obecnie gimnazjum nr 2). Z tej okazji dyr. Szymański wygłosił płomienną patriotyczną mowę nie bacząc na to, że czasy były niespokojne. Nie był też i potem bierny na polu edukacji. Stał bowiem w nowowybudowanej szkole na czele 27-osobowej rady pedagogicznej. Dbał o rozwój artystyczny dzieci ze szkoły TAZ, zapewnił wykształconą kadrę pedagogiczną dla dziecięcego chóru prowadzonego przez nauczyciela i chórmistrza R. Lamparskiego.
    
W czasie, gdy Stanisław Szymański był dyrektorem TAZ do publicznego użytku oddano też łaźnię miejską będącą miejscem spotkań zawierciańskiej elity, a także dom ludowy andbdquo;Włókniarzandrdquo;, skupiający pracowników TAZ i będący dla nich centrum kultury. Tam też swoje koncerty dawał wspomniany wyżej chór dziecięcy.
    
Stanisław Szymański działał też na niwie turystyki. W dniu  04.06.1910 r. współuczestniczył w założeniu pierwszego oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego w Zawierciu, którego został prezesem. Przewodniczył również zawierciańskiemu kołu opieki nad ruinami zamku w Ogrodzieńcu.
    
Wielką troskę o najuboższych mieszkańców Zawiercia wykazywał zwłaszcza w czasach wielkiego kryzysu, gdy na miasto przyszła fala bezrobocia. W 1910 r. był jednym z założycieli Chrześcijańskiego Towarzystwa Dobroczynności, zajmującego się budowaniem ochronki dla dzieci osieroconych oraz bezrobotnych rodzin z Zawiercia. Był prezesem tej organizacji do roku 1931, potem zastąpił go na tym stanowisku inny działacz społeczny dr Konrad Pasierbiński. 
    
W wyniku wybuchu I wojny światowej zawieszono działalność większości fabryk w Zawierciu, m.in. huty Huldczyńskiego. Widmo głodu spowodowało, że już od 18.09.1914 r. w domu ludowym została założona bezpłatna kuchnia. Jej założycielami oprócz Szymańskiego byli dr Józef Brzeziński, Jan Pasierbiński,  Helena Malczewska i Bronisław Szulc.
    
Szymański brał również udział w życiu Rady Miejscowej Opiekuńczej. Pomagał ludziom potrzebującym bez względu na pochodzenie i wyznanie, co było pięknym przykładem w wielowyznaniowym Zawierciu, gdzie choć panującą religią był katolicyzm, to inne obrządki nie były dyskryminowane. Prezesem sosnowieckiego oddziału Rady Miejscowej Opiekuńczej Szymański został mianowany 26.02.1916 r. 
    
Po nadaniu Zawierciu praw miejskich 01.07.1915 r. nie zaniechał działalności na rzecz jego rozwoju i pracy w strukturach samorządowych. Został wybrany 04.10.1915 r. przewodniczącym pierwszej Rady Miejskiej w Zawierciu, a wraz z Ernestem Erbe i Marcinem Ginsbergiem, dwoma burmistrzami niemieckimi, był członkiem zarządu miejskiego.
    
Kolejnym przykładem patriotyzmu Szymańskiego jest to, że złożył swój podpis pod protestem w sprawie zawarcia pokoju w Brześciu, wydanym przez magistrat 05.03.1918 r.

Przyczynił się również do powstania żeńskiego seminarium nauczycielskiego w Zawierciu w 1916 r. Był pośrednikiem w zdobywaniu na seminarium środków pieniężnych od Komitetu Obywatelskiego Rozbrajania Niemców w Warszawie oraz Polskiej Macierzy Szkolnej, jak również z Komitetu Pomocy z Vavey w Szwajcarii. Był wieloletnim prezesem koła opiekuńczego rodziców w prywatnym gimnazjum męskim andbdquo;Szkoła Średniaandrdquo; w Zawierciu. Działał tam wraz z Włodzimierzem Sulimą Popielem, kierownikiem Urzędu Skarbowego w Zawierciu, prof. Stanisławem Rączką i Z. Statlerem.
    
Kiedy w 1919 r. powołano samorządowy organ dozoru szkolnego, którego zadaniem była kontrola wszystkich placówek edukacyjnych bez względu na wyznanie, w zarządzie tej organizacji zasiadał obok ks. Franciszka Zientary - miejscowego proboszcza, rabina, prezydenta miasta - Władysława Tuwana i inspektora szkolnego. Został również wieloletnim prezesem dozoru szkolnego po ks. Bolesławie Wajzlerze. 
    
Wnosił swój wkład w działalność licznych organizacji społecznych. Był bowiem m.in.: prezesem Rady Nadzorczej Towarzystwa Pożyczkowo-Oszczędnościowego, członkiem zarządu powiatowego Koła Macierzy Szkolnej w Zawierciu, prezesem OHP w TAZ. Był czołowym działaczem lokalnej Chrześcijańskiej Demokracji i miał wpływy w zarządzie centralnym partii w Warszawie. 
    
O wymienionych dokonaniach Stanisława Szymańskiego dowiadujemy się m.in.: z protokołów dozoru szkolnego (1919- 1935), fotografii księgi pamiątkowej szkoły TAZ oraz dokumentów przechowywanych w Miejskiej Izbie Muzealnej ulokowanej w jego dawnej willi, dziś siedzibie Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej w Zawierciu. Jego wszechstronności w działaniu zawdzięczamy rozkwit życia kulturalnego i społecznego w mieście. Dzięki działalności Szymańskiego w wielu organizacjach na wysokim sycyebku, o Zawierciu usłyszały też inne regiony,

Można powiedzieć, że Szymański jest jedną z ikon tego miasta. Swoim życiem pokazał, że wspólnymi siłami można się przeciwstawić złu w ludzkim życiu, społecznej niesprawiedliwości i zawieruchom historycznym. Ten wielki społecznik nie na darmo jest teraz patronem szkoły, którą sam otwierał w czasach niewoli. Teraz jego pogodne oblicze widnieje z portretu na honorowym miejscu w budynku Gimnazjum nr 2. Młodzi zawiercianie mają w nim świetlany wzór człowieka czynu, prawa, uczciwości i sprawiedliwości, cech będących ciągle na piedestale wzorowego obywatela.
Damian Domżalski
Powyższy tekst ukazał się w 1 nr magazynu Zawiercianin
Źródła:
1. Monografia Zawiercia, 2003 r.
2. Grzegorz Florczyk, Dzieje szkoły i historia budynku Gimnazjum nr 2 w Zawierciu, Zawiercie, 2004 r.
 
Z galerji zasłużonych mężów. Wybitny działacz społeczny na terenie Zawiercia. 
Po ćwierćwieczu pracy zawodowej i społecznej, opuścił Zawiercie dyrektor Zarządu Tow. Akc. andbdquo;Zawiercieandrdquo;, p. Stanisław Szymański , Towarzystwo Akcyjne nie zostało przez to osierocone, gdyż p. Szymański zatrzymuje nadal stanowisko dyrektora naczelnego zakładów, miasto Zawiercie jednak poniosło niepowetowaną stratę. P. Szymański był bowiem zasłużonym działaczem o głębokim poczuciu obowiązku obywatelskiego, nadzwyczajnej energii i współczującem dla niedoli ludzkiej sercem.
Mieszkańcy Zawiercia dobrze pamiętają, czem był dyrektor Szymański dla miasta przed wojną i podczas wojny, a więc w czasach kiedy praca społeczna przedstawiała wiele trudności i narażała na przykrości i prześladowania. Śmiało powiedzieć można, że nie było ani jednego poczynania obywatelskiego, któremby P. Szymański uczestniczył, najczęściej na stanowisku kierowniczem.
Najulubieńszem polem do działalności była oświata. Trwałemi pamiątkami jej są dawna szkoła fabryczna Tow. Akc. andbdquo;Zawiercieandrdquo;, dziś szkoła powszechna Nr.2 i Seminarium nauczycielskie żeńskie im. Osuchowskiego.
Szkoła fabryczna Tow. Ake.  andbdquo;Zawiercieandrdquo; była przed wojną najlepszą uczelnią początkową w całym zaborze rosyjskim i, jako szkoła wzorowa, stała się miejscem licznych wycieczek nauczycielskich; pomimo bacznej opieki władz rosyjskich, była naprawdę polska z języka i z ducha. P. Szymański od początku ją organizował, sam angażował nauczycieli, sprawdzał kwalifikacje specjalistów do różnych przedmiotów, czuwał nad życiem szkolnem i osobiście przewodniczył na wszystkich posiedzeniach Rady Pedagogicznej. Doskonale prosperujące dziś Seminarium nauczycielskie żeńskie było także założone przez P. Szymańskiego za okupacji niemieckiej, ponieważ zachodziła obawa, że z powodu braku sił polskich Niemcy zechcą pchać do nas swoich nauczycieli.
Najwydajniejszą jednak była praca P. Szymańskiego podczas wojny, gdy przedsięwziął akcję przeciwgłodową na terenie Zawiercia. Kiedy w chwili wybuchu wojny zatrzymano wszystkie warsztaty, a Zawiercie zostało bez pieniędzy i artykułów spożywczych, których nie można było dowieść, kiedy liczne rzesze robotnicze stanęły wobec widma najbrutalniejszego głodu. Dyr. Szymański zorganizował Komitet Wzajemnej Pomocy a potem Pow. Radę Opiekuńczą. Swą energią zdołał zgromadzić znaczne fundusze z źródeł miejscowych z Komitetów zagranicznych, a nawet kasy okupantów, i uratować od głodu wiele tysięcy dorosłych i dzieci. Sama Kuchnia Ludowa wydawała przez czas wojny, od 2000 do 4260 porcji dziennie. Dziś Zawiercie znalazło się w sytuacji podobnej, jak przed 15 laty. Z powodu kryzysu warsztaty unieruchomiono i głód znów zagląda do rodzin robotniczych. Położenie nadzwyczaj ciężkie i trudne do opanowania! O tyle jednak jest lepiej niż wówczas, że cały ciężar inicjatywy i walki z głodem nie spada wyłącznie na barki prywatne, lecz wzięły je w swoje ręce kompetentne czynniki rządowe i samorządowe.
Grono przyjaciół i współpracowników społecznych P. Szymańskiego licząc się z tą ciężką sytuacją i chcąc iść po linji jego dążeń i usiłowań, nie urządziło uczty pożegnalnej, lecz pieniądze na ten cel złożone przekazało Komitetowi niesienia pomocy bezrobotnym.
Powyższy artykuł ukazał się w magazynie "Świat", nr 43 24.X.1931 r.                                                                                                 
    

   
 

 
</description>
        </item><item>
        <title>Huta Zawiercie</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/huta</link>
        <description>Rozwój hutnictwa w Królestwie Polskim a w szczególności na terenie Zawiercia zawdzięczamy w dużej mierze otwarciu w 1848 r. linii kolejowej zwanej Drogą Żelazną Warszawsko-Wiedeńską. Innym ważnym czynnikiem korzystnym dla rozwoju przemysłu było zniesienie przez rząd carski w 1850 r. granicy pomiędzy Królestwem a Rosją co stwarzało duże możliwości handlu ze wschodem. Dzięki tym korzystnym sytuacją w  latach 70-tych XIX w. na teren Zawiercia zaczął napływać kapitał niemiecki. Jednym z kapitalistów niemieckich był Samuel Huldschynsky (Huldczyński) który podjął starania o budowę zakładu hutniczego w Zawierciu. W dniu 7 listopada  1897 r. zostało utworzone Towarzystwo Akcyjne Sosnowieckich Fabryk Rur i Żelaza i tę datę niektóre żródła  podają jako umowny początek powstania Huty Zawiercie. W 1899 r. spółka podjęła decyzję o budowie huty w Zawierciu.
Pierwszymi przedstawicielami S.A. na teren Zawiercia zostali inż. Oskar Preis i Julian Appler (późniejszy pierwszy dyrektor huty). Początki budowy huty sięgają 1899 r. W tym też czasie rozpoczęto budowę bocznicy kolejowej, wielkiego pieca, prażarki rudy. W 1901 r. uruchomiono wielki piec i w tymże roku nastąpił pierwszy spust surówki. Wybudowano też warsztaty mechaniczne które wyposażono w tokarki, strugarki, szlifierki i inne nowoczesne urządzenia (głownie niemieckie).
W 1900 r. rozpoczęto budowę stalowni a już w 1903 r. dwa piece martenowskie (każdy 40 ton) były gotowe do pracy. Walcownia średnia i mała produkowała głownie kształtowniki.  Pogarszające się warunki pracy w latach 1904-05 zapoczątkowały strajki co doprowadziło do aresztowań przez władzę rosyjskie. Rok 1905 przyniósł zmiany kontroli nad Towarzystwem Sosnowieckich Fabryk Rur i Żelaza. Przejęła ją Oberschlesische Eisenach- Bedarf A.G. Następował jednocześnie dalszy rozwój huty. W 1906 r. powstała walcowani bednarki. W 1907 r. trzeci piec martenowski a w 1908 czwarty, w 1909 powstała lemieszownia. Ważnym elementem było również wybudowanie w 1903 r. na terenie huty ambulatorium wraz z gabinetami lekarskimi. Wybudowanie szpitala fabrycznego nastąpiło w 1912 r. Również dzięki staraniom pracowników w 1904 r. powstała jednoklasowa szkoła.
Od 1914 -18 huta była nieczynna. Pracowały tylko urządzenia zaopatrujące domy fabryczne w prąd i wodę. Od 1919 r. zaczęto stopniowo uruchamiać hutę. W swojej długoletniej historii huta andbdquo;przeżywałaandrdquo; różne okresy (w latach 30 miała być nawet zlikwidowana) , ale ze wszystkich andbdquo;zawieruchandrdquo; dziejowych wyszła obronną ręką.  Do dzisiejszego dnia z ówczesnej huty niewiele (a może nic) już nie zostało . Stare budynki i urządzenia zostały zastąpione nowoczesnymi a dawny obraz Huty "Zawiercie" można obejrzeć jeszcze tylko na starych zdjęciach.

Autorzy : J.S. Gębka (materiały- zbiory własne)

Zainteresowanych i posiadaczy innych materiałów prosimy o kontakt : jaslaz@poczta.onet.pl



</description>
        </item><item>
        <title>Kościół p.w. Trójcy Przenajświętszej w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_pw_trojcy_przenajswietszej_w_zawierciu_skarzycach</link>
        <description>Losy parafii, którą mam zamiar teraz opisać od zawsze były niezwykle silnie związane z kościołem św. Mikołaja BW w Zawierciu-Kromołowie. Mowa tu oczywiście o świątyni p.w. Trójcy przenajświętszej w Zawierciu- Skarżycach. Ten zacny stary kościół podobnie jak i jego andbdquo;protoplastaandrdquo; z Kromołowa, są strażnikami pamięci o dawnych dniach zawierciańskiej ziemi. Dlatego też ważne jest, aby nie zapomnieć o tak wspaniałej perle w naszym narodowym skarbcu.

Początki istnienia...
Szukając początków parafii musimy się cofnąć do okresu reformacji. Nieopodal wieży strażniczej w Skarżycach stała kaplica, a jej kapelanem był mstowski zakonnik ojciec Bartłomiej, który dzielnie wspierał proboszcza kromołowskiego zwłaszcza w okresie świąt i uroczystości odbywających się w kościele św. Mikołaja BW.  Sami zaś właściciele Kromołowa ród Bonerów stopniowo zakorzeniali się w kalwinizm. Widząc to właściciel wsi Skarżyce, Wojciech Giebułtowski herbu andbdquo;Lisandrdquo;, pełniący funkcję sekretarza królewskiego, kazał wybudować dla katolików kościół ku czci Trójcy przenajświętszej.
Kościół miał z początku spełniać jedynie funkcję filii świątyni kromołowskiej. Parafia została erygowana 10 czerwca 1616 r. przez ks. bp krakowskiego Piotra Tylickiego. Dołączono do niej także wsie Morsko, Dupice (obecnie Piaseczno) oraz Żerkowice. Już wcześniej w roku 1598 konsekrowano dużą kaplice pełniącą funkcję kościoła. Następna jej konsekracja po przebudowie i dodaniu trzech kaplic miała miejsce w 1678r. a dokonał jej ks. bp. Sufragan krakowski Mikołaj Obarski.

Czar zabytków...

Już sama bryła kościoła jest bardzo interesująca. Szczególną wymowę mają trzy okrągłe kaplice od strony wschodniej symbolizujące Trójjedynego Boga. Wyniosła wieża jest wyposażona w otwory strzelnicze. Główny ołtarz znajduje się w środkowej kaplicy, największej ze wszystkich. Natomiast w przyległych znajdują się XVII wieczne obrazy Narodzenia pańskiego i pokłonu Pasterzy oraz obraz Jana Chrzściciela. Z tego samego okresu pochodzi także obraz Trójcy Świętej w ołtarzu głównym, wykonanym w stylu klasycystycznym z drzewa z bogatymi złoceniami.
W nawie kościoła uwagę przykuwają piękna barokowa ambona oraz dwa klasycystyczne ołtarze w kształcie sarkofagów. Po lewej stronie podziwiać można obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, będący kopią starożytnego obrazu andbdquo;Salus popluli Romaniandrdquo;, czyli andbdquo;Ocalenie ludu rzymskiegoandrdquo;. Po prawej stronie natomiast znajduje się ołtarz i obraz patrona parafii św. Floriana. W górze Archanioł Michał. Uroczystości ku czci patrona strażaków są ważnym wydarzeniem w życiu parafii; odbywają się one w pierwszą niedzielę maja, wtedy to do Skarżyc przybywają pielgrzymki strażackie z okolicznych miejscowości.
W skarbcu kościoła znajdują się najstarsze ołowiane lichtarze noszące inicjały i herb andbdquo;Abdankandrdquo; ks. Jana Rudzkiego proboszcza parafii w latach 1766-1812. Do znajdujących się tam pamiątek należy wymienić:
-  monstrancję ozdobioną promieniami, gronami winogrona i korona;
-  kielich z napisem andbdquo;Ten kielich nakładem ks. J. Rudzkiego, plebana skarżyckiego - przerobiony i pozłocony roku 1777andrdquo; ;
-  puszkę pochodzącą z XVII w. w koszulce srebrnej;
-  ornaty XVII i XVIII wieczne posiadające bogatą symbolikę.

Powojenne losy kościoła...

Czas zaborów i wojen bardzo odbił się na stanie świątyni. Wszystkie historyczne zawieruchy sprawiły, że kościół wymagał gruntownego remontu. Odnowa Kościoła została zapoczątkowana przez ks. Alfonsa Niedermana (1935-71). To dzięki niemu dokonano remontu wieży i pokryto dach blachą. Oczyszczenia świątyni podjął się ks. Henryk Wysowski (1791-1980), wg Koncepcji  inż. Arch. Stanisława Pośpieszalskiego. Kontynuatorami tych prac byli księża Józef Duda (1980-1982) i Wiktor Tamzik (1982-1988).
W 1997 r. ks. proboszcz Mirosław Sikora odnalazł obraz Matki Boskiej Skarżyckiej w ołtarzu głównym pod obrazem Trójcy Przenajświętszej. Odnalezione dzieło jeszcze w tym samym roku zostało odnowione w Częstochowie. Jego renowacji dokonała Grażyna Łazarowicz, historyk sztuki. Obecny proboszcz i kustosz świątyni ks. Stanisław Wybański zbudował przy kościele polową kapliczkę z kopią Cudownego Obrazu Matki Boskiej Skarżyckiej. Opracował też i wydał publikację andbdquo;Nabożeństwo do Matki Boskiej Skarżyckiejandrdquo;(1999 r.). Jest także kompozytorem wielu pieśni maryjnych do słów papieża Jana Pawła II.
Kościół parafialny p.w. Trójcy Przenajświętszej w Zawierciu- Skarżycach, został ustanowiony przez księdza arcybiskupa metropolitę częstochowskiego Stanisława Nowaka dekretem z 15 sierpnia 1999 r. Sanktuarium Najświętszej Marii Panny Skarżyckiej. Doroczna Jej uroczystość obchodzona jest 5 sierpnia, a pierwszej z nich przewodniczył ks. bp prof. Antoni Długosz.

Działalność duszpasterska w Sanktuarium w XXI w.

Kościół św. Trójcy jest ważnym ośrodkiem kulturalno-religijnym regionu. Szczególne znaczenie zwłaszcza dla młodzieży ma znajdujący się w Skarżycach ośrodek oazowy z św. Krzyżem w nazwie. Istnieje on tam już od lat 80. ubiegłego wieku. Co roku w okresie wakacji młodzi ludzie skupieni w Ruchu Światło-Życie, przyjeżdżają w to miejsce aby wspólnie przez trzy tygodnie poświęcić swój czas Panu Bogu i medytacji Pisma Św., ale także poznawaniu swego powołania życiowego i pracy w grupie w chrześcijańskiej atmosferze. 21 lutego 2008 ks. abp Stanisław Nowak poświęcił w ośrodku kaplicę.
Ważna dla parafii jest niewątpliwie społeczność strażacka. 09.05.2007r. w czasie Dnia Strażaka i 15. lecia PSP w Zawierciu, ks. proboszcz Stanisław Wybański został wyróżniony Złotą Odznaką Honorowa za zasługi dla Województwa Śląskiego, a Rzymsko-katolicka Parafia Trójcy Przenajświętszej otrzymała List gratulacyjny i okolicznościowy ryngraf. Natomiast 19.08.2007 r. miał miejsce jubileusz 80. lecia OSP w Morsku. Uroczystej Mszy św. Przewodniczył ks. Wybański, a kazanie wygłosił ks. dr Jan Koclęga.
W parafii organizowane są też doroczne pielgrzymki strażaków powiatu zawierciańskiego. Poza tym pątnicy wyruszają na szlak do Lichenia, Mariazel czy Medugorie.
Jak przystało na nowoczesną parafię nie obca jest jej także kultura i media. 31.10-03.11.2007 r. w TVP3 i w TVN emitowane były programy sanktuarium skarżyckim i Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, wypowiedzi udzielał miejscowy proboszcz. Natomiast 04.11. tego roku odbył się koncert andbdquo;Zaduszki Skarżyckieandrdquo; w  wykonaniu artystów andbdquo;Piwnicyandrdquo; z Krakowa.
Kościół p.w. Trójcy Przenajświętszej to jednak przede wszystkim miejsce dla pokrzepienia duszy, zarówno dla świeckich jak i dla kapłanów tutejszych dekanatów. W tym miejscu tradycja i nowoczesność uzupełniają się wzajemnie tak jak i cały Kościół trwały w Ewangelii i zmienny w otaczającej Go rzeczywistości. Tak jak i przed kilkoma wiekami tak i teraz jest jednym z najwspanialszych klejnotów w koronie naszego Białego Orła.
Damian Domżalski
 
 


</description>
        </item><item>
        <title>Ulica Marszałkowska</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/ulica_marszalkowska</link>
        <description>










Ulica Marszałkowska i jej najbliższe  okolice były najczęściej uczęszczanymi ulicami w Zawierciu, między innymi z powodu sporej ilości sklepów, Synagogi żydowskiej wybudowanej ok. 1880 r.  oraz placu targowego. Ulica Marszałkowska  nosiła różne nazwy - w latach okupacji Alte Markt-Strasse, a w latach 1952 - 1990 ul Teodora Duracza (Teodor Franciszek Duracz ur. 9 lutego 1883 w Czupachówce pod Charkowem, zmarł 12 marca 1943 w Warszawie zamordowany przez gestapo. Polski działacz komunistyczny, członek PPS, Komunistycznej Partii Polskiej, uczestnik rewolucji październikowej.)w roku 90 wrócono do pierwotnej nazwy. Pierwsza sieć wodociągowa, jaka została wybudowana w Zawierciu powstała właśnie na ul Marszałkowskiej w 1932 rok. Po niedługim czasie podłączono sąsiednie ulice, między innymi: Hoża, Apteczna, Nowy Rynek, Górnośląska. Ta sieć wodociągowa jest eksploatowana do chwili obecnej.
Jednym z najstarszych placów targowych był Nowy Rynek który powstał ok. 1904 roku na którym do końca lat sześćdziesiątych raz w tygodniu odbywały się targi. W latach 1913 - 1917 pod nr 7 było tam Gimnazjum Żeńskie Wandy Karczewskiej, przeniesione w 1917 roku na ul. Kościelną W roku 1945 założono Gimnazjum Kupieckie, które zostało przemianowane  w latach 1951-70 na Technikum Ekonomiczne. Po wybudowaniu wiaduktu drogowego plac nazwano im. Jarosława Dąbrowskiego.
 Ulica Apteczna nosi nazwę od apteki Jana Pasierbińskiego (obecnie już nieistniejącej). Przed wojną przy ulicy była fabryka mydła, sklep z farbami, hurtownia mąki i cukru oraz piwiarnia.
 Inną ważną ulicą była ul. Hoża. Przy tej ulicy w 1905 roku powstała siedziba Gminy Żydowskiej, która skupiała ponad 8000 osób wyznania mojżeszowego z Zawiercia jak i z okolicznych miejscowości.
W czasie okupacji ul. Marszałkowską wraz z pobliskimi ulicami otoczono murem i utworzono getto (ocalał jaszcze mały fragment muru i brama, którą prawdopodobnie wjeżdżały transporty do obozów zagłady) dla społeczności żydowskiej. W getcie znaleźli się Żydzi z Zawiercia jak i okolicznych miast. Jak podają różne źródła  w getcie umieszczono  ok. 7000 ludzi, a wolności doczekało się tylko 7 osób !!
Autorzy : J.S. Gębka
 
Zainteresowanych i posiadaczy innych materiałów prosimy o kontakt : jaslaz@poczta.onet.pl
 



</description>
        </item><item>
        <title>Huta Szkła </title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/huta_szkla_</link>
        <description>










W latach siedemdziesiątych XIX wieku Zawiercie było już znaczącym  ośrodkiem przemysłowym. Kolejnym zakładem, który powstał na terenie Zawiercia była Fabryka Szkła. Pierwszą urzędową wzmiankę o Fabryce Szkła  zamieszcza dokument z 1880 roku. Jest to doroczny raport naczelnika gminy w Kromołowie o stanie przemysłu na podległym mu terenie. Sporządzony został dla naczelnika powiatu w Olkuszu. (Kromołów był w tym czasie jedną z gmin powiatu olkuskiego należącego do guberni kieleckiej a Zawiercie Wielkie należało natomiast do gminy Poręba Mrzygłodzka i guberni piotrkowskiej. Włączenie gminy Kromołów i Zawiercia Małego do powiatu będzińskiego i tejże guberni nastąpiło w roku 1885). Wspomniany raport informuje,iż tutejsza szklarnia mieściła się w jednym murowanym budynku i zatrudniała 22 robotników z czego 17 było fachowcami cudzoziemskimi.      
Inicjatorem rozpoczęcia w Zawierciu wyrobów ze szkła był tutejszy właściciel ziemski Andrzej Chmielewski. Po jego śmierci szklarnia weszła w posiadanie A. Grelaka, ten zaś  w 1883 roku sprzedał ją Markusowi Holenderskiemu i Samuelowi Mendelsonowi. Po niecałym roku 13 grudnia 1883 roku odsprzedali ją przedsiębiorstwu S. Reich i Spółka za 10 tysięcy rubli. Spółka ta była już znanym producentem szkła w Czechach i Morawach.                                                                                  

W latach 1884-1899 Reichowie zaczęli systematycznie rozbudowywać hutę. Wzniesiono nowe hale produkcyjne z 2 piecami mieszczącymi 12 donic do wytopu szkła, wybudowano suszarnie piasku szklarskiego, wypalarnie, magazyny oraz pomieszczenia szlifierni szkła. W następnych latach postawiono trawialnię kryształów, składy kwasu siarkowego, kuźnię oraz budynek mieszczący generator spalin. W 1986 roku ruszyła druga hala produkcyjna dobudowano ślusarnię, stolarnię, malarnie szkła oraz nowe pomieszczenia biurowe i dom mieszkalny dla dyrekcji. Rozbudowę zakończono w 1899 roku postawieniem magazynów wyrobów gotowych i doprowadzeniem bocznicy kolejowej. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego z 1895 roku podaje, że huta szkła Reich zatrudnia 800 robotników. W dniu 3 lipca 1900 roku zostało mianowane andbdquo;Towarzystwo Akcyjne Huty Szkła w Zawierciu dawniej S. Reich et Co.andrdquo; W tym samym roku od Edmunda Marcusa z Będzina dokupiono nieruchomość w Zawierciu, on kupując ponad tysiąc akcji został drugim obok Reicha współwłaścicielem i dyrektorem fabryki. W tym też roku na 10 parcelach wybudowano domy fabryczne przy późniejszej ul. Pileckiej (obecnie część ul. Paderewskiego i Powstańców Śląskich). W 1912 roku wybudowano dwuklasowy budynek szkoły fabrycznej.
W czasie I Wojny Światowej rabunkowa gospodarka okupanta (wywóz maszyn, urządzeń pędnych i elektrycznych) była powodem dużych kłopotów w powojennym uruchomieniu fabryki.
Podczas II Wojny Światowej huta była czynna, i została przejęta przez berlińska centralę HTO a jej niemieckim komisarzem został Hans Gnadiger. W okresie okupacji wielu członków załogi zostało aresztowanych i wywiezionych, a zatrudniono nieletnich (14-18 lat) Polaków, którzy stanowili jedną czwartą załogi.
            Po wojnie w 1946 roku naczelnym dyrektorem został Władysław Żak, a huta przeszła na skarb państwa. Uchwalenie przez sejm w 1950 roku Ustawy o sześcioletnim planie rozwoju gospodarczego i budowy socjalizmu w Polsce zakończyły ponad 60-letnie posiadanie huty przez Reichów, Markusów i Martinich. Dnia 3 maja 1950 roku hucie nadano nazwę: Huta Szkła Gospodarczego i Oświetleniowego w Zawierciu.
W latach 1960-1980 kierownictwo partyjne i polityczne zaplanowało drugi okres uprzemysłowienia kraju, co zapoczątkowało wiele kosztownych inwestycji w hucie na ogólną sumę ponad 382  975,9 zł.
Od 1998 roku huta była Spółką Akcyjną, a po okresie upadłości w 2009 roku została kupiona przez nowych inwestorów. Obecne nazwa firmy to Huta Szkła andbdquo;Zawiercieandrdquo; sp. z o. o.
W tym krótkim rysie historycznym nie sposób opisać dokładnie historii huty, ten rys to w większości andbdquo;sucheandrdquo; fakty (choć wiele innych zostało pominiętych), ale myślę, że choć trochę została przybliżona historia huty szkła.
 
Podziękowania dla dyrekcji Huty Szkła za pomoc w przygorowaniu materiału.
Autorzy:J.S. Gębka
Zainteresowanych i posiadaczy innych materialów prosimy o kontakt : jaslaz@poczta.onet.pl
 
 
 



</description>
        </item><item>
        <title>Książki</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/ksiazki</link>
        <description>










Ten dział jest poświęcony tym wszystkim badaczom historii Zawiercia, którzy nie ograniczają się tylko do oglądania starych zdjęć z Zawiercia, ale chcą zgłębić swoją historyczną wiedzę i dowiedzieć się czegoś więcej o Zawierciu jak i okolicach. Dlatego w tym dziale znajdują się ksiązki dotyczące tak miasta jak i najbliższych okolic. Tematyka jest bardzo szeroka, znajdziemy tu pozycje z lat trzydziestych jak i obecnych i myślę, że każdy może znaleźć dla siebie coś ciekawego. W zamieszczonych tu  pozycjach znajdują się: monografie miasta, szkół, zakładów pracy i różnych instytucji , kilka pozycji o powiecie zawierciańskim, jurze oraz zamkach i warowniach, są też pozycje na temat I i II Wojny Światowej oraz kilka opowiadań jak się to dawniej żyło i mieszkało w Zawierciu.
 
Autorzy: J.S. Gębka (materiały własne)
 
 Zainteresowanych lub posiadaczy innych materiałów proszę o kontakt: jaslaz@poczta.onet.pl



</description>
        </item><item>
        <title>Franciszek Zientara - pierwszy proboszcz Zawiercia</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/franciszek_zientara__pierwszy_proboszcz_zawiercia</link>
        <description> Jednym z najważniejszych elementów łączących ludzi jest ich wiara. Nie inaczej było w Zawierciu. Właśnie człowiek, który całe życie poświęcił służbie Bogu i Kościołowi, bardzo chwalebnie zapisał się w historii naszej andbdquo;małej ojczyznyandrdquo;. Był to ks. Franciszek Zientara, pierwszy proboszcz kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła w Zawierciu.
Pochodzący z małej wsi Kobylniki w powiecie pińczowskim, młody kapłan jako wikariusz kromołowski był na początku współpracy z zawiercianami duszpasterzem kapliczki Matki Boskiej Prządki. Stała ona nieopodal robotniczego osiedla TAZ.
Przed kapłanem z Kromołowa stanęło prawdziwe wyzwanie. Miał bowiem sprawić, by mieszkańcy fabrycznej osady, jaką wówczas było nasze miasto, połączyli siły i wspólnie podjęli trud budowania prawdziwej parafii - andbdquo;Kościoła Duszandrdquo;. Okazało się wkrótce, że ks. Zientara miał szczególny dar przyciągania ludzi - bez trudu skupił wokół siebie inteligencję i przedsiębiorców. Zdobycie zaufania przez kromołowianina nie było łatwe w Zawierciu, bowiem w kontaktach prywatnych bardzo często tamtejsi mieszkańcy nie lubili zawiercian do tego stopnia, że ci ostatni nawet nie mieli dla siebie miejsca w ławach kromołowskiego kościołai.
Udało mu się jednak. Aktywnie współpracował z Drugim Komitetem Budowy Kościoła, zwłaszcza z dyrektorem TAZ, inż. technologiem Piotrem Lubiczem Strzeszewskim, którego we wspomnieniach nazywa andbdquo;opoką dla Zawierciaandrdquo; oraz człowiekiem oddanym budowie całą duszą. Dodatkowym czynnikiem motywującym kromołowskiego wikariusza był fakt, że wyznawcy innych religii mieli już w Zawierciu swoje świątynie. W 1899 r. otwarto zbór ewangelicki, a w 1896 - synagogę.
Wybudowanie świątyni z cegieł nie było jednak zwieńczeniem pracy ambitnego kapłana, lecz zaledwie jej początkiem. Ks. Zientara bowiem usilnie budował życie wewnętrzne zawierciańskiej wspólnoty wiernych. Zawsze służył im radą i pomocą, nikogo nie zostawiał samego. Był gorliwym patriotą, zaangażowanym w działalność narodowo-patriotyczną pod zaborami rosyjskim i niemieckim.
Pierwszym krokiem tego niezwykłego duszpasterza po przybyciu do Zawiercia było utworzenie - wraz z organistą Kazimierzem Czaplą - chóru kościelnego andbdquo;Liraandrdquo; w 1897 r. Następnie powołał orkiestrę smyczkowo-dętą, działającą od momentu zakupu organów w roku 1907.
Dbał nie tylko o sprawy organizacyjne świątyni i o rozwój duchowy parafian, ale także o wykształcenie dzieci robotników. Był członkiem Rady Pedagogicznej szkoły TAZ, Towarzystwa Wpisów Szkolnych, a także powstałego w 1919 r. Samorządowego Dozoru Szkolnego. Organizował również aktywność młodzieży w ramach życia Kościoła. Był bowiem twórcą kilku oddziałów Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej w Zawierciu - żeńskie powstało w 1920 r., męskie pięć lat później, zaś w 1936 r. utworzono oddział w dzielnicy andbdquo;Argentynaandrdquo;. W ramach kół KSM powstawały także biblioteki. Ksiądz Zientara zorganizował również w 1932 r. w Zawierciu okręgowy zlot SMP, z udziałem ks. bp dr. Teodora Kubiny oraz takich miejscowych osobistości, jak dyr. H. Malczewska, Holenderscy, F. Langert, dr Brzeziński, dyr. Jan Nowiński.
Jego działalność na rzecz rozwoju młodych zawiercian i kształtowania u nich lokalnego patriotyzmu doceniali również przedstawiciele innych wyznań. Jednym z przykładów jest artykuł, który ukazał się w polsko-katolickim  (jeden z odłamów chrześcijaństwa) piśmie andbdquo;Tydzieńandrdquo;, w numerze z 22 kwietnia 1901 r.: andbdquo;W Zawierciu odbywa się wielka uroczystość sadzenia drzewek. Po nabożeństwie, które odbyło się o godzinie 9 rano w miejscowym kościele przez księdza Zientarę, dzieci z miejscowych szkółek fabrycznych w liczbie przeszło 500 (obojga płci) w składnym pochodzie, z orkiestrą fabryczną na czele, przy współudziale swoich nauczycieli i po okolicznościowej mowie, wypowiedzianej przed kościołem przez ks. Zientarę, wyruszyły posadzić poświęcone przez niego drzewka, najpierw w aleję kolejową prowadzącą od fabryki akcyjnej andbdquo;Zawiercieandrdquo; do dworca kolejowego i tamże przy pomocy ogrodników posadziły przeszło 200 kasztanów i jesionów. Taką ilość wsadziły po dwóch stronach ulicy osady Zawiercie, w pobliżu kościoła i domów mieszkalnych fabryki. Po skończonym sadzeniu dzieci jeszcze raz zaprowadzono do kościoła, w którym odprawił dziękczynne nabożeństwo ks. Zientara i powtórnie przemówił do dzieci, zalecając im poszanowanie posadzonych drzewek. Inicjatorem uroczystości był pan Strzeszewski, dyrektor fabryki akcyjnej "Zawiercieandrdquo;.
W szczególnie trudnych czasach I wojny światowej i późniejszego Wielkiego Kryzysu, ks. Franciszek działał  aktywnie na polu charytatywnej pomocy dla najbardziej potrzebujących, a tych nie brakowało, bowiem Zawiercie szczególnie mocno dotknął problem bezrobocia. Był członkiem Rady Miejscowej Opiekuńczej, w czasach kryzysu natomiast należał do grupy 37 osób tworzących Społeczny Komitet Obywatelski Niesienia Pomocy dla Bezrobotnych. Zajmował się tam pracą w komisji dożywiania i opieki nad dzieckiem i matką.
Nieobce były mu również sprawy rolników. Założył w Zawierciu w 1906 r. kółko rolnicze. Natomiast po odzyskaniu niepodległości był założycielem i prezesem Okresowego Towarzystwa Rolniczego na powiat zawierciański i będziński (1918). Działał też w Towarzystwie Oszczędnościowo-Pożyczkowym (1901) oraz zaangażował się w tworzenie Narodowego Związku Robotników w Zawierciu w 1905 r., związany był również z Chrześcijańskim Stowarzyszeniem Robotników, założonym w Zawierciu w roku 1910.
Należał także do Chrześcijańskiego Towarzystwa Dobroczynności i Rady Nadzorczej Towarzystwa Rozwoju Zawiercia. Był zwolennikiem i sympatykiem Narodowej Demokracji, Obozu Wielkiej Polski i Stronnictwa Narodowego, założonego przez Romana Dmowskiego.
Za aktywną działalność na rzecz kościoła i środowiska lokalnego, władze diecezjalne nadały mu tytuł honorowego kanonika i Prałata Jego Świątobliwości. Nie zaprzestał jednak i potem działania, był bowiem od 8 kwietnia 1929 r. prezesem Stowarzyszenia Upiększania Miasta. Jego celem miało być wpływanie na rozwój miast pod względem zdrowotnym i estetycznym, przy współpracy z władzami państwowymi i samorządowymi.
Wiek i zmęczenie nie miały wpływu na jego działalność. Do końca był duszą parafii, odprawiał nabożeństwa, dokonywał poświęceń dróg, szkół i mostów, był obecny na każdej uroczystości. Jak podaje andbdquo;Niedzielaandrdquo; (nr 17 z 1938 r.): andbdquo;Już w sędziwym wieku na czele licznych pielgrzymek prowadził swoich wiernych na Jasną Górę do stóp Królowej Polski, szczycił się podczas przemarszów i defilad, oklaskiwany gorąco przez społeczeństwo częstochowskieandrdquo;.
Jego śmierć w wyniku wypadku na drodze okryła żałobą całe miasto i diecezję. Pogrzeb czcigodnego duszpasterza odbył się 14 kwietnia 1934 r. na cmentarzu parafialnym. W ostatniej drodze towarzyszył mu sam arcybiskup Teodor Kubina, ponad stu kapłanów i dziesięć tysięcy wiernych. Nawet po śmierci potrafił zgromadzić całe miasto razem.
Był człowiekiem niezwykłym, który dał impuls do działania rzeszom mieszkańców. Pokazał, jak wiele można zrobić wspólnie. Pozostawił Zawiercie zwarte i gotowe, pełne ducha wspólnoty i jedności, a tylko w takiej atmosferze można budować społeczeństwo obywatelskie.
Damian Domżalski
 
 


</description>
        </item><item>
        <title>Pierwszy proboszcz Zawiercia - Franciszek Zientara</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/pierwszy_proboszcz_zawiercia__franciszek_zientara</link>
        <description> Jednym z najważniejszych elementów łączących ludzi jest ich wiara. Nie inaczej było w Zawierciu. Właśnie człowiek, który całe życie poświęcił służbie Bogu i Kościołowi, bardzo chwalebnie zapisał się w historii naszej andbdquo;małej ojczyznyandrdquo;. Był to ks. Franciszek Zientara, pierwszy proboszcz kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła w Zawierciu.
Pochodzący z małej wsi Kobylniki w powiecie pińczowskim, młody kapłan jako wikariusz kromołowski był na początku współpracy z zawiercianami duszpasterzem kapliczki Matki Boskiej Prządki. Stała ona nieopodal robotniczego osiedla TAZ.
Przed kapłanem z Kromołowa stanęło prawdziwe wyzwanie. Miał bowiem sprawić, by mieszkańcy fabrycznej osady, jaką wówczas było nasze miasto, połączyli siły i wspólnie podjęli trud budowania prawdziwej parafii - andbdquo;Kościoła Duszandrdquo;. Okazało się wkrótce, że ks. Zientara miał szczególny dar przyciągania ludzi - bez trudu skupił wokół siebie inteligencję i przedsiębiorców. Zdobycie zaufania przez kromołowianina nie było łatwe w Zawierciu, bowiem w kontaktach prywatnych bardzo często tamtejsi mieszkańcy nie lubili zawiercian do tego stopnia, że ci ostatni nawet nie mieli dla siebie miejsca w ławach kromołowskiego kościołai.
Udało mu się jednak. Aktywnie współpracował z Drugim Komitetem Budowy Kościoła, zwłaszcza z dyrektorem TAZ, inż. technologiem Piotrem Lubiczem Strzeszewskim, którego we wspomnieniach nazywa andbdquo;opoką dla Zawierciaandrdquo; oraz człowiekiem oddanym budowie całą duszą. Dodatkowym czynnikiem motywującym kromołowskiego wikariusza był fakt, że wyznawcy innych religii mieli już w Zawierciu swoje świątynie. W 1899 r. otwarto zbór ewangelicki, a w 1896 - synagogę.
Wybudowanie świątyni z cegieł nie było jednak zwieńczeniem pracy ambitnego kapłana, lecz zaledwie jej początkiem. Ks. Zientara bowiem usilnie budował życie wewnętrzne zawierciańskiej wspólnoty wiernych. Zawsze służył im radą i pomocą, nikogo nie zostawiał samego. Był gorliwym patriotą, zaangażowanym w działalność narodowo-patriotyczną pod zaborami rosyjskim i niemieckim.
Pierwszym krokiem tego niezwykłego duszpasterza po przybyciu do Zawiercia było utworzenie - wraz z organistą Kazimierzem Czaplą - chóru kościelnego andbdquo;Liraandrdquo; w 1897 r. Następnie powołał orkiestrę smyczkowo-dętą, działającą od momentu zakupu organów w roku 1907.
Dbał nie tylko o sprawy organizacyjne świątyni i o rozwój duchowy parafian, ale także o wykształcenie dzieci robotników. Był członkiem Rady Pedagogicznej szkoły TAZ, Towarzystwa Wpisów Szkolnych, a także powstałego w 1919 r. Samorządowego Dozoru Szkolnego. Organizował również aktywność młodzieży w ramach życia Kościoła. Był bowiem twórcą kilku oddziałów Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej w Zawierciu - żeńskie powstało w 1920 r., męskie pięć lat później, zaś w 1936 r. utworzono oddział w dzielnicy andbdquo;Argentynaandrdquo;. W ramach kół KSM powstawały także biblioteki. Ksiądz Zientara zorganizował również w 1932 r. w Zawierciu okręgowy zlot SMP, z udziałem ks. bp dr. Teodora Kubiny oraz takich miejscowych osobistości, jak dyr. H. Malczewska, Holenderscy, F. Langert, dr Brzeziński, dyr. Jan Nowiński.
Jego działalność na rzecz rozwoju młodych zawiercian i kształtowania u nich lokalnego patriotyzmu doceniali również przedstawiciele innych wyznań. Jednym z przykładów jest artykuł, który ukazał się w polsko-katolickim  (jeden z odłamów chrześcijaństwa) piśmie andbdquo;Tydzieńandrdquo;, w numerze z 22 kwietnia 1901 r.: andbdquo;W Zawierciu odbywa się wielka uroczystość sadzenia drzewek. Po nabożeństwie, które odbyło się o godzinie 9 rano w miejscowym kościele przez księdza Zientarę, dzieci z miejscowych szkółek fabrycznych w liczbie przeszło 500 (obojga płci) w składnym pochodzie, z orkiestrą fabryczną na czele, przy współudziale swoich nauczycieli i po okolicznościowej mowie, wypowiedzianej przed kościołem przez ks. Zientarę, wyruszyły posadzić poświęcone przez niego drzewka, najpierw w aleję kolejową prowadzącą od fabryki akcyjnej andbdquo;Zawiercieandrdquo; do dworca kolejowego i tamże przy pomocy ogrodników posadziły przeszło 200 kasztanów i jesionów. Taką ilość wsadziły po dwóch stronach ulicy osady Zawiercie, w pobliżu kościoła i domów mieszkalnych fabryki. Po skończonym sadzeniu dzieci jeszcze raz zaprowadzono do kościoła, w którym odprawił dziękczynne nabożeństwo ks. Zientara i powtórnie przemówił do dzieci, zalecając im poszanowanie posadzonych drzewek. Inicjatorem uroczystości był pan Strzeszewski, dyrektor fabryki akcyjnej "Zawiercieandrdquo;.
W szczególnie trudnych czasach I wojny światowej i późniejszego Wielkiego Kryzysu, ks. Franciszek działał  aktywnie na polu charytatywnej pomocy dla najbardziej potrzebujących, a tych nie brakowało, bowiem Zawiercie szczególnie mocno dotknął problem bezrobocia. Był członkiem Rady Miejscowej Opiekuńczej, w czasach kryzysu natomiast należał do grupy 37 osób tworzących Społeczny Komitet Obywatelski Niesienia Pomocy dla Bezrobotnych. Zajmował się tam pracą w komisji dożywiania i opieki nad dzieckiem i matką.
Nieobce były mu również sprawy rolników. Założył w Zawierciu w 1906 r. kółko rolnicze. Natomiast po odzyskaniu niepodległości był założycielem i prezesem Okresowego Towarzystwa Rolniczego na powiat zawierciański i będziński (1918). Działał też w Towarzystwie Oszczędnościowo-Pożyczkowym (1901) oraz zaangażował się w tworzenie Narodowego Związku Robotników w Zawierciu w 1905 r., związany był również z Chrześcijańskim Stowarzyszeniem Robotników, założonym w Zawierciu w roku 1910.
Należał także do Chrześcijańskiego Towarzystwa Dobroczynności i Rady Nadzorczej Towarzystwa Rozwoju Zawiercia. Był zwolennikiem i sympatykiem Narodowej Demokracji, Obozu Wielkiej Polski i Stronnictwa Narodowego, założonego przez Romana Dmowskiego.
Za aktywną działalność na rzecz kościoła i środowiska lokalnego, władze diecezjalne nadały mu tytuł honorowego kanonika i Prałata Jego Świątobliwości. Nie zaprzestał jednak i potem działania, był bowiem od 8 kwietnia 1929 r. prezesem Stowarzyszenia Upiększania Miasta. Jego celem miało być wpływanie na rozwój miast pod względem zdrowotnym i estetycznym, przy współpracy z władzami państwowymi i samorządowymi.
Wiek i zmęczenie nie miały wpływu na jego działalność. Do końca był duszą parafii, odprawiał nabożeństwa, dokonywał poświęceń dróg, szkół i mostów, był obecny na każdej uroczystości. Jak podaje andbdquo;Niedzielaandrdquo; (nr 17 z 1938 r.): andbdquo;Już w sędziwym wieku na czele licznych pielgrzymek prowadził swoich wiernych na Jasną Górę do stóp Królowej Polski, szczycił się podczas przemarszów i defilad, oklaskiwany gorąco przez społeczeństwo częstochowskieandrdquo;.
Jego śmierć w wyniku wypadku na drodze okryła żałobą całe miasto i diecezję. Pogrzeb czcigodnego duszpasterza odbył się 14 kwietnia 1934 r. na cmentarzu parafialnym. W ostatniej drodze towarzyszył mu sam arcybiskup Teodor Kubina, ponad stu kapłanów i dziesięć tysięcy wiernych. Nawet po śmierci potrafił zgromadzić całe miasto razem.
Był człowiekiem niezwykłym, który dał impuls do działania rzeszom mieszkańców. Pokazał, jak wiele można zrobić wspólnie. Pozostawił Zawiercie zwarte i gotowe, pełne ducha wspólnoty i jedności, a tylko w takiej atmosferze można budować społeczeństwo obywatelskie.
Damian Domżalski



</description>
        </item><item>
        <title>Helena Malczewska and#8211; kobieta nieustraszona</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/helena_malczewska_8211_kobieta_nieustraszona</link>
        <description>Kiedy przybliżamy współczesnym mieszkańcom Zawiercia i okolic sylwetki i działania osób najbardziej zasłużonych dla miasta, najczęściej są nimi mężczyźni. Jednak chwalebny wyjątek stanowi postać Heleny Malczewskiej, kobiety naprawdę niezwykłej, śmiało realizującej przyświecające jej idee, bez względu na różnorakie problemy. Młodzi zawiercianie znają ją jako patronkę II Liceum Ogólnokształcącego, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, jakie zasługi są udziałem pani Malczewskiej.
Nie wiemy co tak naprawdę spowodowało, że Helena Malczewska znalazła się w Zawierciu. Urodziła się 28 lutego 1869 r. we wsi Sobaków, w parafii Gorzkowice, nieopodal Piotrkowa Trybunalskiego, w domu Piotra i Władysławy Malczewskiej z d. Żabickiej.1  Rodzina ta była niezwykła - wszystkie trzy córki państwa Malczewskich założyły polskie szkoły w różnych częściach kraju. Właśnie dzięki swojej heroicznej postawie na polu edukacji bohaterka tego artykułu zasłużyła się najbardziej dla Zawiercia. W 1898 r. założyła pierwszą, czteroklasową szkołę średnią w tym mieście - gimnazjum dla dziewcząt. Wyprzedziła tym samym o wiele lat takie placówki, jak Prywatne Gimnazjum Męskie, Gimnazjum Wandy Karczewskiej czy Seminarium Nauczycielskie.2  Dla dziewcząt w tamtym czasie ukończenie gimnazjum dawało szanse na lepszą przyszłość.
Żyjące absolwentki wspominają ją jako kobietę bardzo sumienną i dbającą o porządek. Wrażliwa na potrzeby innych, dla swoich uczennic była jak matka. Zawsze troszczyła się o ich sytuację materialną, a ta była w wielu przypadkach ciężka, zwłaszcza w dobie kryzysu. Każdą swoją podopieczną Pani Malczewska znała osobiście. Często obniżała pobierane opłaty. Jawi się jako osoba postępowa, lojalna, doskonała organizatorka, wrażliwa i dążąca z pomocą wszędzie, gdzie widziała tego potrzebę.3
Organizowała m.in. lekcje zarobkowe dla zdolnych uczennic w domach bogatych zawiercian, by miały środki na czesne, dla absolwentek szukała pracy.4  Starała się przede wszystkim o dobór jak najlepiej wykwalifikowanej kadry nauczycielskiej, choć tacy ludzie nie byli nisko opłacani. Pani Przełożona (bo tak był nazywana), pomimo sporych problemów finansowych, jakie miała jej szkoła, robiła wszystko, by poziom nauczania w placówce był wysoki, co przynosiło owoce, wiele absolwentek stanowiło kwiat inteligencji polskiej. Jak dowiadujemy się z materiałów przekazanych przez p. Jerzego Abramskiego, andbdquo;Kurier Zagłębiaandrdquo; w numerach 244 i 261 pisał o wysokim poziomie czteroklasowej pensji, zaś sama Helena Malczewska była osobą niezwykle cenioną w Kuratorium w Krakowie, które darzyło ją ogromnym zaufaniem. Pełniła rolę doradcy oraz pełnomocnika jako opiniodawca.
Żyła bardzo skromnie, niemal całe fundusze inwestując w szkołę. Budynek placówki należał do niej i został odpowiednio zaadaptowany do celów edukacyjnych, a Pani Helena dbała o jak najlepsze wyposażenie placówki. Pieniądze na prowadzenie szkoły były pozyskiwane na wiele sposobów: od pobierania czesnego w różnej wysokości, przez organizowanie dochodowych imprez, aż do zbierania na tacę w kościele. Wszystko to dla dobra młodych zawiercianek, bo nic z tych pieniędzy nie zatrzymywała dla siebie. Jeżeli pojawiły się nadwyżki pieniędzy, przeznaczane były na pilne cele charytatywne. Problemy finansowe nigdy nie osłabiły ducha Heleny Malczewskiej. Dobudowano z czasem salę gimnastyczną, pomieszczenia sanitarne, biblioteka w latach 1935-1936 liczyła 800 tomów w języku polskim i niemieckim.5
W roku szkolnym 1918/1919 otworzono pierwszą klasę maturalną w historii szkoły. W kolejnych latach egzamin maturalny odbywał się pod przewodnictwem delegata Kuratorium. Do szkoły uczęszczało w tym czasie 200 uczennic.
Gimnazjum Żeńskie było miejscem, gdzie młode dziewczęta mogły również nauczyć się tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka, co było ważne dla mieszkańców wielowyznaniowego Zawiercia. Uczennicami pensji były zarówno córki inteligencji, jak i robotników, katoliczki, żydówki i protestantki. Różnic w ich traktowaniu nie było, a dziewczęta innych wyznań składały oświadczenia, że uczą się swojej religii, bowiem dla Pani Malczewskiej wychowanie religijne było bardzo ważne.
Mimo iż praca w szkole zabierała Pani Przełożonej mnóstwo czasu, była ona również aktywna na rzecz Zawiercia. Działała m.in. w Zarządzie Rady Miejskiej Opiekuńczej, która w latach wojny ratowała od głodu setki ludzi. Należała do Oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego w Zawierciu od dnia jego powstania, tzn. od 04.06.1910 r. Razem z nią do Oddziału należała jej zaufana sekretarka, oddana pracy w Gimnazjum, Stefania Grodzka.
Helena Malczewska podjęła równocześnie opiekę nad szpitalem andbdquo;Czortkówandrdquo; i była przewodniczącą Oddziału Polskiego Czerwonego Krzyża, założonego 03.03.1920 r. Natomiast od 1923 r. była członkiem Koła Przyjaciół Harcerzy.6 Wspaniałym świadectwem patriotycznego wychowania młodzieży w gimnazjum Malczewskiej było założenie w konspiracji organizacji harcerskiej jesienią 1916 r. przez nauczycielkę Leokadię Gibkę
Młode dziewczęta były też kształcone w duchu rozwoju kulturalnego. 29 lutego 1916 r. wystąpiły w Domu Ludowym, prezentując spektakle andbdquo;Zaczarowana Małgosiaandrdquo; A. Niemojewskiego, andbdquo;Wiara, nadzieja i miłośćandrdquo; Pustowskiego oraz przedstawiły żywy obraz A. Grottgera andbdquo;Głódandrdquo;. Pieniądze z biletów przeznaczono na działalność charytatywną.
Pani Malczewska zmarła 16 lutego 1936 r. i została pochowana na cmentarzu parafialnym w Zawierciu. Nie była rodowitą zawiercianką, ale przez olbrzymi wkład w rozwój miasta zasłużyła na wieczną pamięć mieszkańców.
Była kobietą na miarę swoich czasów. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, do dziś nie znanym historykowi, pojawiła się w Zawierciu. Dla uczennic była matką i nauczycielką w jednym; tolerancyjna, opiekuńcza, surowa, kiedy potrzeba, ale i łagodna, śmiało idąca do przyświecającego jej celu bez względu na przeciwności, powinna być  zawsze pamiętna przez młodzież nie tylko tę uczęszczającą do szkoły, w której sama kiedyś uczyła, ale przez wszystkich chcących zrobić w swoim życiu coś, co inni będą wspominać z uznaniem.
Przypisy:
1 Data podana na podstawie świadectwa chrztu zamieszczonego w: Anna Ładoń-Przybyłowa, andbdquo;Memoriał w sprawie przywrócenia II Liceum Ogólnokształcącemu w Zawierciu imienia Heleny Malczewskiej, w: andbdquo;Zarys dziejów II Liceum Ogólnokształcącego im. Heleny Malczewskiej w Zawierciu 1989-1998, praca zbiorowa pod redakcją Józefa Niedźwieckiego, Zawiercie 1998, s. 6.
2 ibidem, s. 5.
3 ibidem, s. 6. i 9. 
4 ibidem.
5 ibidem.
6 ibidem, s. 9.
autor: Damian Domżalski
www.zawiercianin.pl
Artykuł pierwotnie ukazał się w nr 1 (3) wiosna 2010 kwartalnika "Zawiercianin"
 

 
</description>
        </item><item>
        <title>Zawierciańskie ciekawostki</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/zawiercianskie_ciekawostki</link>
        <description>






                    









Jak w każdym mieście tak i w Zawierciu jest wiele ciekawych miejsc. O niektórych dowiedziałem się od znajomych, a niektóre odkryłem sam. Dlatego ta galeria jest dla tych, którzy chcą wyruszyć w podróż po mieście i samemu odnaleźć te ciekawe miejsca. Jeśli znajdziesz tą ciekawostkę (nie dotyczy tych którzy o niej wiedzą) napisz odpowiedź  i zostaniesz zwycięzcą danego tematu.Tyle wstępu a teraz czas na ciekawostki które będą dodawane stopniowo. Wszelkie odpowiedzi proszę nadsyłać na   jaslaz@poczta.onet.pl   pod  tytułem andbdquo;Zawierciańskie ciekawostkiandrdquo;.
 J. S. Gębka
1. Jest w Zawierciu droga, może już jedyna i ostatnia wybrukowana jeszcze andbdquo;kocimi łbamiandrdquo; (zdjęcia nr 1). Zachęcam do jej odnalezienia.  
Gratulacje za prawidłową odpowiedź!!!
"Fragmenty wybrukowanej ,,kocimi łbami" ulicy przedstawione na 
fotografiach to ulica Staroszkolna dochodząca do ulicy 11 - go 
listopada. W Zawierciu jest więcej fragmentów takich ulic, tyle że 
przykryte są one asfaltem. Ta ulica jest bez wątpienia ostatnią 
zachowaną."
Krzysztof Cichoń z Zawiercia







2.Na  jednej z najstarszych ulic w Zawierciu znajduje się kamienica w której klatka schodowa wyłożona jest płytkami z ciekawym napisem i miało też tam miejsce osobliwe wydarzenie opisane w gazecie w 1934 r.                     








Gratulacje za prawidłową odpowiedź    



    !!!!                



                





"Fragmenty klatki schodowej przedstawione na zdjęciach pochodzą z  budynku nr 10 znajdujacego się przy ulicy Marszałkowskiej."
Damian Ociepka
Chciałbym uzupełnić odpowiedź: Owe osobliwe wydarzenie było opisane w Ekspresie "Zagłębia" nr 342/1934 z dnia 14 grudnia. W budynku Jakubowicza i Kurnica (Marszałkowaska 10) oberwał się balkon na drugim piętrze i spowodowal ciężkie obrażenia dziesięciu osób. 
 
 








 




3. Jest w Zawierciu budynek na którym znajduje się żydowska gwiazda Dawida.  Zachęcam do jej odnalezienia. 

 

Bylo kilka odpowiedzi ale nieprawidlowych. Ta jest prawidlowa:
andbdquo;Gwiazda Dawida znajduje sie w budynku usytuowanym na ulicy Marszalkowskiej obok dawnej synagogiandrdquo;
Jozef Grynbaum





 




</description>
        </item><item>
        <title>Polskie Towarzystwo Krajoznawcze w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/polskie_towarzystwo_krajoznawcze_w_zawierciu</link>
        <description>Polskie Towarzystwo Krajoznawcze powstało w 1906 r. Powołano je do życia w Warszawie, a swoim zasięgiem obejmowało zabór rosyjski. Jednym z głównych jego celów było ukazywanie piękna ziemi polskiej oraz rozbudzanie uczuć patriotycznych poprzez poznawanie Polski.
Towarzystwo wielką wagę przywiązywało do wychowywania młodzieży. Liczne grono działaczy społecznych podjęło się roli przewodników i wychowawców. PTK prowadziło działalność popularyzatorską, wydawniczą i turystyczną. W szczególności Towarzystwo organizowało i prowadziło muzea krajoznawcze, m.in. w Kaliszu (1908), Suwałkach (1908), Piotrkowie Trybunalskim (1909), Łowiczu (1910), Sandomierzu (1921), Nowogrodzie nad Narwią (1927) i Warce. Ich zbiory gromadzone były przez członków z danego terenu. Towarzystwo również wydawało przewodniki, informatory i pocztówki, a od 1910 r. własne pismo krajoznawcze andbdquo;Ziemiaandrdquo;.
Już 4 czerwca 1910 r., a więc zaledwie cztery lata po utworzeniu PTK, w Zawierciu powstał Oddział Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Aby wyjaśnić genezę tak szybkiego powołania oddziału PTK w naszej miejscowości (bo Zawiercie nie było wówczas miastem), należałoby sięgnąć jeszcze głębiej, bo do 1885 r., kiedy 19-letni Aleksander Janowski - urzędnik kolejowy w Sosnowcu, przyjechał z kolegą pociągiem do Zawiercia i udał się na wycieczkę do Ogrodzieńca.
Zachwycił się jego widokiem w lipcowym słońcu, jak pisze we wspomnieniach: andbdquo;Był to widok tak dla mnie niezwykły, tak olśniewający, że pędem pobiegłem ku temu zadziwiającemu zjawiskuandrdquo;. Ponieważ burza  zatrzymała go w Podzamczu i nie zdążyłby na pociąg powrotny, został na noc i jak wspomina, widział zamek w promieniach słońca, w błyskawicach i w świetle księżyca, za każdym razem inny, lecz zawsze piękny. Widział też, jak chłopcy rzucają kamieniami do tablicy fundacyjnej i wówczas zrodził się zamysł, by chronić takie zabytki przed zniszczeniem przez powołanie stowarzyszenia uświadamiającego wartość zabytków.
Udało się to dopiero w 1906 r., kiedy Rosja wyszła osłabiona z wojny z Japonią i poluzowała rygory obowiązujące w zaborze rosyjskim. Wówczas z inicjatywy Aleksandra Janowskiego powstało w Warszawie Polskie (!) Towarzystwo Krajoznawcze, z symbolem przedstawiającym w centrum ruiny ogrodzienieckiego zamku z otokiem, na którym umieszczono herby Warszawy, Krakowa i Poznania, czyli miast będących stolicami terenów objętych zaborami.
Głównym organizatorem wycieczek PTK był Janowski, stąd nic dziwnego, że ich celem często bywała Jura. W dniach 15-16 maja 1910 r. wycieczka taka z Warszawy przyjechała pociągiem do Zawiercia, skąd udała się do źródeł Warty oraz do Podzamcza i Pilicy, gdzie nocowano w pałacu Arkuszewskich. Opis tej wycieczki znajdziemy w andbdquo;Ziemiandrdquo;, gdzie czytamy: andbdquo;Przyjeżdżających spotkali delegaci Resursy miejscowej pp. Przyborowski i Izaak. W resursie przyjmowano gości śniadaniem, a obowiązki gospodarzy pełnili pp. Dyrektorowie Ginsberg i Szymańskiandrdquo;. Można domniemywać, że ta wycieczka zainspirowała zawierciańskich krajoznawców, którzy podejmowali jej uczestników w Zawierciu, do utworzenia oddziału PTK, bo już pół miesiąca później taki oddział został powołany.
Co ciekawe, w tymże numerze andbdquo;Ziemiandrdquo; czytamy: andbdquo;Przez 3 dni 17,18 i 19  maja r.b. bawiła w Warszawie wycieczka szkoły z Zawiercia. Komisja wycieczkowa wystarała się o pozwolenie na zwiedzanie filtrów, a p. Al. Janowski oprowadził 40 osób tej wycieczki po Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, dzielnicy staromiejskiej, Powązkach i Wystawie w Zachęcie. Przed odjazdem do Zawiercia młodych gości przyjmowało podwieczorkiem Polskie Towarzystwo Krajoznawcze w swoim lokaluandrdquo;. Jak widać, związki PTK z elitą Zawiercia były silne jeszcze przed powołaniem oddziału w naszym mieście.
Z andbdquo;Roczników PTKandrdquo;, wymieniających nazwiska członków wszystkich oddziałów, wiemy, kto należał do zawierciańskiego PTK. Pierwszym prezesem został ks. Czesław Chodorowski, a w skład Zarządu weszli: Józef Brzeziński, Marcin Ginsberg, Kazimierz Kaznowski, Jan Pasierbiński, Konstanty Piotrowski, Józef Przepieść, Bronisław Szulc, Stanisław Szymański i ks. Bolesław Wajzler (pisany jako Weisler) i Maksymilian Walicki.  Członków było 66. 23 kwietnia 1911 r. odbyły się kolejne wybory, prezesem nadal pozostawał ks. Chodorowski, zastępcami Stefan Przyborowski i Lucyna Kulczycka, skarbnikiem i zarazem sekretarzem Konstanty Piotrowski, a Stefania Grodzka wicesekretarzem. Członkowie Zarządu to: Stanisław Szymański, Jan Pasierbiński, Kazimierz Kaznowski, Tadeusz Walicki, Roman Kulczycki, d-rowa Zasuszyna, Fr. Niwińska, zastępcy: Ginsberg i Jaros. Członków 86. Przewodniczącym sekcji wycieczkowej został Walicki (10 wycieczek), fotograficznej Kulczycki, a do odczytowej zaproszono Zasuszynę, Przyborowskiego, Kaznowskiego i Walickiego.
W dniach 6-8 maja 1911 r. przyjeżdża do Zagłębia i Zawiercia kolejna wycieczka z Warszawy. Na dworcu w Zawierciu na gości oczekują delegaci zawierciańskiego oddziału i lokują uczestników na nocleg w Domu Ludowym. W następnym dniu udali się do Siewierza, gdzie poza zwiedzaniem, jak pisze andbdquo;Ziemiaandrdquo;, andbdquo;uprzejme gospodynie z Zawiercia z doktorową Zasuchową na czele pokrzepiały strudzonych gości przywiezionymi zapasamiandrdquo;. Po powrocie z Siewierza wybrano się andbdquo;na zwiedzanie wzorowej szkoły fabrycznej, gdzie 1800 dzieci pobiera bezpłatnie naukę. Zachwycano się gabinetami, jasnym oświetleniem klas, pracami uczniówandrdquo;. I jeszcze jeden cytat dotyczący tej wycieczki: andbdquo;Oddziały Zagłębiowski i Zawiercki zorganizowały pobyt wycieczki świetnie, z wielką życzliwością, nie żałując czasu, pracy i starańandrdquo;.
Oddział andbdquo;Zawierckiandrdquo; w 1911 r. zorganizował 9 wycieczek z 204 osobami. Sekcja odczytowa zorganizowała dwa większe odczyty (w tym A. Janowskiego) i kilka mniejszych. Przewodniczący sekcji fotograficznej, Kulczycki, przygotował serię pocztówek. andbdquo;Rocznik PTKandrdquo; z 1912 r. wymienia w zawierciańskim oddziale sekcję meteorologiczną, odczytową, fotograficzną, wycieczkową oraz bibliotekę i muzeum. Prezesem wówczas był Stefan Przyborowski, wiceprezesem Maria Zasuszyna, sekretarzem Konstanty Piotrowski, skarbnikiem Józef Wycisk, gospodarzem i kustoszem Kazimierz Kaznowski, a członkami: Juliusz Izaak, Roman Kulczycki, Jan Pasierbiński, Stanisław Szymański, Maksym Walicki i W. Żórawski. Wśród członków znajdziemy m.in. nazwiska: Gertychowa, Ginsberg, Mamelok, Pasierbińscy oraz księża: Szklanik, Wajzler i Ziętara. Członków 82. Rok 1913 to dalszy spadek ilości członków do 66, co sytuuje nasz oddział na niechlubnym pierwszym miejscu w kraju pod względem ubytku członków. Skład Zarządu: prezes - Stanisław Szymański, wiceprezes - Roman Kulczycki, sekretarz - H. Plendusówna, skarbnik - Konstanty Piotrowski, gospodarz i kustosz - K. Kaznowski, członkowie: J. Pasierbiński, M. Zasuszyna, J. Wycisk, A. Mazurek, ks. Wajzler, M. Ginsberg, St. Przyborowski, Komisja Rewizyjna: Wesołowski, Mamelok, Budny.
andbdquo;Rocznik PTKandrdquo; z 1916 r. odnotowuje, że zawierciański oddział nie poniósł strat, lecz nie mógł wznowić działalności wskutek nieobecności wielu członków. W latach powojennych ślad o zawierciańskim oddziale pojawia się jedynie w andbdquo;Ziemiandrdquo; nr 18 z 15.IX.1927 r., gdzie czytamy: andbdquo;Oddział w Zawierciu wznowił swą działalność, wybierając Zarząd w następującym składzie: prezes St. Szymański, wiceprezes - Konst. Piotrowski, sekretarz - Miecz. Laubnitz, skarbnik - St. Przyborowski, członek zarządu - Ks. Kan. B. Wajzlerandrdquo;.
Niestety, jest to jedyny rok w okresie międzywojennym, w którym pojawiła się nazwa Zawiercia. Ani wcześniej, ani później w wykazach oddziałów nie natrafimy już na nazwę naszego miasta.
autorzy: Andrzej Stróżecki, Lesław Romanek
Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie zawiercianin.pl



</description>
        </item><item>
        <title>Kościół pw.. św. Stanisława Kostki w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol</link>
        <description>11 czerwca 1985 r. biskup Stanisław Nowak ustanowił wikariat terenowy św. Stanisława Kostki, a jego duszpasterzem ustanowił ks. Kazimierza Bednarskiego. Ks. Kazimierz Bednarski podjął starania o uzyskanie działki, na której mógłby zbudować tymczasową kaplicę, a następnie obiekt sakralno-katechetyczny. 
   21 wrzenia 1986 r. biskup Stanisław Nowak poświęcił plac pod budowę i usytuowany na nim krzyż. Kaplica mszalno-katechetyczna ukończona była w tym samym roku, mimo wielkich szykan, a nawet nakazu władz administracyjnych, jej rozbiórki. 7 grudnia 1986 r. biskup Miłosław Jan Kołodziejczyk dokonał jej poświęcenia i erygowania stacji Drogi Krzyżowej. 
   8 maja 1987 r. biskup Stanisław Nowak ustanowił parafię wyłączając jej teren głównie z parafii w. App. Piotra i Pawła, a następnie w pewnej mierze z parafii NMP Królowej Polski. Pierwszym proboszczem został dotychczasowy wikariusz tego terenu i organizator życia kościelnego ks. Kazimierz Bednarski. 
   30 października 1988 r. biskup Stanisław Nowak poświęcił kamień węgielny i wmurował akt erekcyjny w nowo wznoszonych murach kościoła. Budowa kościoła prowadzona przez ks. K. Bednarskiego dobiegła końca w 1992 r. 18 wrzenia tegoż roku biskup Miłosław Jan Kołodziejczyk poświęcił prezbiterium i tabernakulum w nowym kościele. Pierwszą Mszę w. w nowym kościele odprawił biskup Stanisław Nowak w noc Bożego Narodzenia 1991 r. 
   W następnych latach trwało wykończenie i wyposażenie świątyni. Jej uroczystego poświęcenia dokonał arcybiskup Stanisław Nowak 17 wrzenia 1998 r.
 



</description>
        </item><item>
        <title>Bazylika pw. św. Piotra i Pawła w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/bazylika_pw_sw_piotra_i_pawla_w_zawierciu</link>
        <description>Jeszcze do niedawna największa świątynia rzymskokatolicka w Zawierciu nosiła zaszczytny tytuł andbdquo;Czcigodnej Kolegiatyandrdquo;, lecz teraz jest już podniesiona decyzją papieża Benedykta XVI do rangi Bazyliki mniejszej. Jest to niezwykle ważne wydarzenie w życiu całego miasta, stanowi docenienie wieloletniej pracy księży i świeckich zawiercian  w służbie Bogu i sobie nawzajem. Cóż nie od razu jednak Rzym zbudowano, podobnie jest i z naszym pięknym kościołem; dużo można by rozprawiać o jego historii, a i tak bez liku jest faktów, które pokryła mgła niepamięci.
Mam zamiar nie dopuścić do tego, aby losy tego miejsca zostały zapomniane i choć w małej części przybliżyć je mieszkańcom Zawiercia i całego powiatu, przede wszystkim tym młodym, znającym historię swojego miasta tyko ze strych fotografii.
Zacznijmy zatem od początku...
Trochę historii...
 Zawiercie jest młodym miastem, które prawa miejskie uzyskało dopiero w roku 1915.  Do tego czasu stanowiło jedynie niewielką fabryczną osadę, było podzielone na dwie części Zawiercie Małe i Duże i liczyło ponad 30 tys. mieszkańców. Najbliższy kościół znajdował się w Kromołowie, co znacznie utrudniało mieszkańcom dotarcie do świątyni.
 Dopiero w 1894 r. na terenie Zawiercia Dużego wybudowano kaplicę, stanowiącą filię kościoła parafialnego w  Kromołowie, a jej duszpasterzem został wikariusz  ks. Franciszek Zientara. Obecnie kaplica ta znajduje się przy ulicy Piłsudskiego, która wówczas nosiła nazwę Łośnickiej. Kaplica nie była wszak świątynią jakiej oczekiwali mieszkańcy i podjęto próby utworzenia na terytorium Zawiercia prawdziwego kościoła.
Jako pierwszy, myśl o wybudowaniu świątyni wysunął dyrektor TAZ  Bolesław Masłowski, podczas budowy domów dla pracowników fabryki. W 1886 roku został powołany dziewiętnastoosobowy Komitet Budowy Kościoła w Zawierciu, którego prezesem został dyrektor Masłowski. Ostateczny projekt budowy kościoła zaprojektował, mieszkający w Zawierciu, a pochodzący z Warszawy inż. arch. Hugo Kuder.
  Nie było to jednak takie proste. W czasach, o których mówimy Polska była pod jarzmem zaborców, a nasze miasto leżało na terytorium zaboru rosyjskiego. Nie było też dobrej woli ze strony władz diecezji kieleckiej,  w skład której wchodziło Zawiercie, choć inicjatywa miała poparcie ówczesnego proboszcza parafii w Kromołowie ks. prał. Karola Barcza. Na szczęście delegacja z Janem Wrońskim na czele przy pomocy fortelu zdobyli zgodę na budowę kościoła u zastępcy imperatora Konstantynowa na budowę świątyni.
 Prace budowlane rozpoczęły się 13 czerwca 1886r., ale plac pod budowę został poświęcony przez  ks. Franciszka Zientarę, późniejszego proboszcza  29 września 1895 r. 
 Ważną kwestią były też fundusze na budowę kościoła. Pierwsze środki pochodziły z fundacji właścicieli Towarzystwa Akcyjnego Zawiercie Adolfa i Izydora Ginsbergów.
10000 rubli wywalczyli pracownicy fabryki podczas strajku. Pieniądze napływały również ze składek pracowników cegiełek fundacyjnych dobrowolnych ofiar czy też różnorakich imprez kulturalnych. Wielkim dobrodziejem całej akcji był prezes nowego Komitetu Budowy inż. Piotr Strzeszewski. Zorganizował on od TAZ dodatkowo 45000 rubli, sprowadził materiały, gwarantował wypożyczenie brakujących funduszy, aby  nie doszło do przerwania prac.
 Nie bez znaczenia jest także działalność ks. Zientary. Nie był on bowiem bierną personą stojącą obok, wręcz przeciwnie pełen energii młody wikary skupił wokół siebie mnóstwo chcących działać ludzi, rozprowadzał cegiełki, utrzymywał kontakty z fabrykantami. Swoich parafian potrafił natchnąć duchem działania.
Budowę kościoła ukończono w 1903 r. 13 czerwca została podjęta decyzja o utworzeniu parafii p.w. św. Ap. Piotra i Pawła w Zawierciu, zaś w listopadzie tegoż roku odbyło się w nowym kościele pierwsze nabożeństwo. 8 grudnia 1903r. ks. Zientara został mianowany proboszczem nowowybudowanego kościoła.
Czasy I wojny światowej były ciężkie zarówno dla mieszkańców Zawiercia, jak i dla losów kościoła. Niemcy wiele razy dopuszczali się dewastowania świątyni zniszczyli m.in. piszczałki organów i wywieźli 4 dzwony. Ksiądz Zientara odkupił je z pieniędzy jakie dostał od wiernych parafian z okazji swojego jubileuszu 25-lecia proboszczowania. Pierwszy proboszcz zawierciańskiej parafii zmarł w skutek wypadku 11.04.1938 r. Jego śmierć okryła żałobą miasto. Spoczął na wieczny odpoczynek w grobowcu na cmentarzu parafialnym w Zawierciu.
 Następnym proboszczem parafii został ks. kan. Bolesław Wajzler. Jego posługa przypadała na szczególnie ciężki okres w historii Polski. II wojna światowa rzuciła temu księdzu nowe wyzwanie, któremu on godnie sprostał. Ten wszechstronnie wykształcony człowiek, organizator i dyrektor Seminarium nauczycielskiego Żeńskiego im. Antoniego Osuchowskiego w Zawierciu, oddany działacz harcerski, nauczyciel historii, religii i łaciny; w czasach okupacji wspierał tajną organizację andbdquo;Płomieńandrdquo;, był kapelanem i skarbnikiem Zawiązku Walki Zbrojnej. Został aresztowany i przetrzymywany przez gestapo i w końcu wywieziony do Oświęcimia gdzie zmarł 8 marca 1941r.
 Trzecim proboszczem świątyni (w latach 1941-1980) był ks. dziekan Wacław Bogucki. Najpierw był prefektem w państwowym Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym w Zawierciu. W czasie wojny głosił płomienne patriotyczne kazania, przede wszystkim do swoich uczniów. Po wojnie dokonał remontu wież kościoła, ufundowano nowy ołtarz główny i boczny ołtarz NMP Niepokalanie Poczętej, wykonano nowa polichromię.
 Jako czwarty godność proboszcza tej parafii sprawował ks. prałat Piotr  Daniel Miklasiński wiele jest akcji, jakie podejmował ten ambitny i prężnie działający człowiek, warto wymienić jednak choć kilka najważniejszych: kapitalny remont, nowa polichromia, budowa drugiej plebani, utworzenie kuchni św. Antoniego Padewskiego, podniesienie przez arcybiskupa Stanisława Nowaka 27 grudnia 1992r. kościoła do rangi kolegiaty i ustanowienie  przy niej Kolegiackiej Kapituły Zawierciańsko-Żareckiej, której ks. Miklasiński był prepozytem. Wzniesienie pomnika papieża Jana Pawła II. Wywalczenie u socjalistycznych władz zgody o nazwanie placu nieopodal dworca kolejowego jego imieniem ojca świętego.
 Od 2004 r. proboszczem kolegiaty, a od niedawna bazyliki jest ks. Zenon Marian Gajda. Za jego proboszczowania odnowiono i oddano do użytku ponad stuletnie organy, zainstalowano ogrzewanie kościoła, odnowiona została fasada świątyni, wstawiono stalle kanonickie niezbędne do nadania tytułu bazyliki mniejszej. Kolegiata często gości też w swoich murach artystów jest ostoją wysokiej kultury. Odbywały się w niej m.in.:
koncert mozartowski, występy baletu z filharmonii gliwickiej. Popisy wokalne dają tez miejscowi artyści grupa andbdquo;Fatamorganaandrdquo; oraz andbdquo;Capela Vartiensisandrdquo; pod kierownictwem Leopolda Stawarza.
Od czasów, gdy duszpasterzem zawierciańskiego ludu był ks. Franciszek Zientara wiele się zmieniło. Nie tylko w życiu miasta, ale i Kościoła. W trudnych czasach po upadku socjalizmu i staraniach, odnalezienia się wielu ludzi w nowej kapitalistycznej rzeczywistości, Kościół  wychodzi człowiekowi naprzeciw i stale mówi o Miłości Bożej, ale także pokazuje ją na zewnątrz. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że w parafii działa tak duża ilość różnorakich inicjatyw propagujących katolicki styl życia, pobożność, ducha wspólnoty tak potrzebnego nie tylko w Kościele, ale także w procesie tworzenia społeczeństwa obywatelskiego. Czas zatem aby przybliżyć sylwetki tych właśnie ruchów.
Żywy Różaniec
 Jest to najliczniejsza organizacja naszej parafii skupiająca w swoich szeregach ok. 240 członków podzielonych na 12 kółek, w tym jedno męskie. Celem tej grupy jest modlitwa i praca na rzecz parafii. Wśród intencji zanoszonych we wspólnym odmawianiu Różańca są prośby o dobro Zawiercia Ojczyzny i Świata, za chorych, za kapłanów za zmarłych członków Żywego Różańca, za kapłanów. Członkinie pomagają w kierowaniu kuchnią dla ubogich pw. Św. Antoniego Padewskiego, której kierowniczką jest pani Teresa Rafalska , dbają o czystość kościoła są obecne w czasie pielgrzymek i uroczystości kościelnych. Do zadań mężczyzn należą tymczasem cięższe prace fizyczne i porządkowe.
Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży
 Jest zdecydowanie najaktywniej działającą na łonie parafii organizacją, która korzysta z tego że młodzi ludzie wbrew  pozorom przychodzą do kościoła i we wspólnocie potrafią naprawdę wiele zdziałać. W naszej parafii oddział KSM powstał już w roku 1997, a jego pierwszym prezesem był Mariusz Budziński. Aktualnie pracom KSM przewodzi Damian Domżalski.
 Ruch ten ożywił przedwojenną idee Katolickiego Stowarzyszenia Mężów i Katolickiego Stowarzyszenia Kobiet, proponując młodemu człowiekowi XXI w. Drogę przez  życie razem z Chrystusem nie koniecznie na drodze ascezy i smutku, ale radosnego wspólnego działania dla Pana i bliźniego.
 Działający w bazylice oddział posiada ok. 20 członków w wieku od 13 do 23 lat, którzy dzięki wymianie wzajemnych doświadczeń, pomocy i modlitwie chcą się poświęcić służbie Kościołowi i Ojczyźnie. Do zadań KSM należą przygotowanie inscenizacji, zaduszek, Dróg Krzyżowych, animacja pielgrzymek, modlitwy, rekolekcje, zjazdy, fora młodzieży, zbiórki charytatywne i każdy inny rodzaj posługi do którego zostaną przeznaczeni. Obecnie księdzem asystentem stowarzyszenia jest ks. Roman Rataj.
Służba liturgiczna
 Ważna formacją młodzieżową jest także wspólnota ministrantów i lektorów, którzy często mają w swoich szeregach członków KSM. Trudno jest sobie wyobrazić liturgię bez tych chłopców, którzy poświęcają swój czas na zbiórki i ćwiczenia by, kiedy już staną obok ołtarza wszystko było jak należy i Msza była odprawienia sprawnie i godnie.
 Służba liturgiczna to zaszczyt i odpowiedzialność, ale nie pozbawiona wszak radości.
Wielkim wydarzeniem jest chociażby Wielki Czwartek, który jest także Dniem Ministranta, wycieczki, rajdy rowerowe czy też Ministranckie zawody sportowe.
 W bazylice ministranci i lektorzy to ok. 25 młodych dusz pod przewodnictwem 
duchowym ks. Mariusza Żągwy.
 
Klub Inteligencji Katolickiej
Jest organizacją skupiającą ludzi nauki silnie związanych z wiara na terenie naszej parafii. Działa od kwietnia 2007 roku w ramach działalności KIK odbywają się wykłady, sesje naukowe i konferencje dotyczące życia nauki oraz Kościoła. Klub zaprasza ludzi z terenu naszej najbliższej okolicy jak i z całego kraju m.in. jednym z gości był poseł Marek Jurek.
Trzeci zakon Św. Franciszka z Asyżu
 Powołany przez Bożego Wesołka Trzeci zakon jest formą pobożnej działalności skierowaną w stronę dorosłych, mających zamiar rozwijać swoją duchowość prze rekolekcje wspólną modlitwę ubóstwo propagowanie chrześcijańskiej postawy życia nie tylko w łonie grupy, ale i na zewnątrz. Zakon jest otwarty na nowych członków, ceni sobie wspólnotowe działanie niezbędne w Kościele.
 Jego członkowie są osobami świeckimi nie składają ślubów zakonnych o jakich myśli przeciętny człowiek. Na co dzień są ludźmi, których mijamy po prostu na ulicy pracownikami i pracodawcami, rodzicami, dziadkami.
Chór dorosłych i młodzieżowy andbdquo;Petrusandrdquo;
 Wspaniałe wykonania pięknych pieśni kościelnych zawdzięczamy działalności wyżej wymienionych formacji, a także orkiestrze dętej. Chóry działają od roku 1997 kiedy to posadę organisty w kościele p.w. św. Ap. Piotra i Pawła w Zawierciu objął pan Dariusz Czaj. Jest on dyrygentem obu chórów, a jednocześnie ich nauczycielem. Zwłaszcza praca z młodzieżą zajmuje znaczące miejsce w działalności pana Czaja. Częste próby dają pożądany efekt, co słychać podczas licznych wystąpień młodych artystek i jednego młodego artysty w czasie Mszy Świętych, konkursów i przeglądów piosenki, na których nasz chór zdobywa nierzadko wysokie miejsca. Jego członkinie dzięki nabytym umiejętnościom zdobywają nagrody na świeckich zmaganiach śpiewaczych.
Świetlica integracyjna andbdquo;Betaniaandrdquo;
Także najmłodsi parafianie znajda coś dla siebie pośród licznych ruchów przy czcigodnej zawierciańskiej bazylice. Świetlica integracyjna andbdquo;Betaniaandrdquo; to miejsce do, którego często zaglądają najmłodsi mieszkający w pobliżu, którzy często pochodzą z bardzo biednych rodzin. Świetlica organizuje dla nich imprezy mikołajkowe i sylwestrowe, wyjścia, gry i zabawy, pomoc w nauce i posiłek. Kierowniczką świetlicy jest pani Barbara Mucha, a duchowym opiekunem ks. Robert Mordalski.
 Jak zatem widać zawierciańska bazylika stanowi niepodważalnie serce naszego miasta. To od niej tak naprawdę zaczęła się współpraca mieszkańców, którzy zdecydowali się razem działać we wspólnym celu. W jej murach bez względu na sytuację polityczną i gospodarczą znajdowała się ostoja patriotyzmu oraz wiary. Po dziś dzień świątynia p.w. św. Ap. Piotra i Pawła w Zawierciu jest miejscem szczególnym i potrzebnym. Jej dzwony przyzywają mieszkańców na spotkanie z Bogiem w Najświętszym sakramencie oraz utajonym w drugim człowieku. Już sam fakt jej powstania jest dowodem jedności i zapału naszych przodków.  Teraz zaś majestatyczne wieże kościoła górują nad miastem i stale nam przypominają, o początkach Zawiercia, ale dają też impuls do działania i walki o dobro każdego następnego dnia.                                                          

                                                                                                      Damian Domżalski            
 
 

 
</description>
        </item><item>
        <title>Kościół pw. św. Mikołaja w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_pw_sw_mikolaja_w_zawierciu</link>
        <description>Z historią tej świątyni nierozerwalnie są związane najwcześniejsze dzieje naszego miasta. Kościół p.w. św. Mikołaja Biskupa Wyznawcy w Zawierciu-Kromołowie, jest bowiem najstarszą katolicką budowlą sakralną tej ziemi położonej u źródeł Warty. Warto jest zapoznać się z jego losami, aby móc z prawdziwą dumą i podziwem mówić o Zawierciu nie tylko jako o mieście zbudowanym dzięki kolei warszawsko-wiedeńskiej, ale o sędziwej zacnej osadzie, swymi korzeniami sięgającą pomroków średniowiecza...
Najstarsze podania...
Za zwyczajową datę powstania Kromołowa w literaturze przyjmuje się rok 1193, jednak nie ustalono jak dotąd daty powstania świątyni. Uznajemy, że powstał on na przełomie XII i XIII. Pierwsze skromne zapiski kościelne pochodzą z roku 1250, następnie wzmianki o kromołowskim kościele pochodzą ze spisu wykazu świętopietrza z lat 1325-1327.
Wówczas parafia wchodziła w skład dekanatu irządzkiego, a następnie lelowskiego.
W tym okresie Kromołów był w okolicy osadą dominującą, oprócz niego w skład parafii wchodziły także : Zyrkowicze, Morsko, Skarzicze, Dupice, Łosznycze, Bylanowicze, Bzow, Carlyn i Pomrozycze.
 Jeżeli wierzyć podaniom ludowym to obecny kościół jest już trzecim, który stoi na tym samym miejscu. Pierwszy miał zostać zniszczony  XIII w. po tatarskim najeździe, drugi natomiast miał paść ofiarą żołnierzy biskupa Jana Muskaty. Swój obecny wygląd kościół zawdzięcza przebudowie z XVI w. wiele elementów pozwalających na dokładne określenie wieku budowli niestety zaginęło, ale po wnikliwej analizie najstarszych elementów świątyni można dostrzec cechy stylu romańskiego i gotyckiego.
W 1977 r przy odnowie elewacji odkryto dwa okna odpowiadające wyglądem najstarszemu stylowi  romańskiemu.
 
O patronie świątyni...
 O tym, że patronem kościoła jest św. Mikołaj dowiadujemy się u Długosza w andbdquo;Liber Beneficiorum...andrdquo;  Dlaczego jednak ów święty został wybrany na opiekuna parafii.
Otóż przyjmuje się dwie równie dobre teorie na ten temat.
Pierwsza jest taka, że św. Mikołaj z miry jako patron rybaków był szczególnie czczony przez mieszkańców Kromołowa, gdyż Warta była trzecią co od wielkości spławną rzeką w Polsce.
Drugim powodem mogło być to, że święty ten był też patronem pasterzy chroniącym przed drapieżnikami,  a osada była w tamtych czasach otoczona borem.
  W późnym średniowieczu kościół w Kromołowie został sporym ośrodkiem kultu, a ród Cromoli był wielce zasłużony dla rozwoju parafii, gdyż ich herb andbdquo;Gryf andbdquo; widnieje nad drzwiami do zakrystii, a pod ołtarzem jest zamurowany grób, w którym spoczywa jeden z ich rodu nie wiadomo jednak kim był za życia. 
  
Epizod reformacyjny i dalsze losy kościoła...
 Dość burzliwe dla historii parafii w Kromołowie były czasy reformacji, które przyniosły na te tereny kalwinizm, a katolicy na  ponad 40 lat utracili kościół. Działo się to w latach 1552-1594.
Było to powodem tego, że miejscowi katolicy uczęszczali do kościoła św. Jakuba w Gieble lub do kaplicy w Skarżycach. 
 Katolicy dostali na powrót  swój kościół dopiero po śmierci ostatniego Kromołowskiego, ród bowiem przeszedł na kalwinizm. W 1594 r. zostaje on przekazany katolikom przez Mikołaja Firleja.
 Po okresie wpływów kalwinizmu proboszczem został ks. Gallus ze Szczepanowa. 
Kościół na przestrzeni wieków był uczestnikiem wielu ważnych dla kraju wydarzeń.
Przez Kromołów bowiem wędrowały kupieckie karawany oraz ciągnęła szlachta na sejmy i elekcje do Piotrkowa Trybunalskiego, wiódł tamtędy też szlak polskich chorągwi wojennych, a nawet sam król Jan Kazimierz zatrzymał się w dworku po abdykacji na odpoczynek.
 Ważnymi choć nieszczęśliwymi epizodem w życiu parafii kromołowskiej były wielka kradzież 13 X 1774 roku, po której proboszcz Jan Rudzki nabył nowe naczynia liturgiczne ze srebra; oraz straszny pożar 21 IX 1790 roku, na szczęście parafianie uratowali kościół.
 W czasie zaborów świątynia stała się ostoją patriotyzmu i narodowych wartości, a sam Kromołów ze względu na bliskość pruskiej granicy stał się miejscem przerzutu broni i ludzi w czasie powstania listopadowego. Proboszczem w owym okresie był ks. kan. Izydor Widulski.
Także podczas powstania styczniowego, inny znany z patriotyzmu kapłan ks. Wincenty Bocheński dodawał otuchy i podtrzymywał walczących o wolność. 
 Także w chwili, gdy po 123 latach niewoli nadszedł czas radości w 1918r. kościół p.w. św. Mikołaja BW był miejscem celebracji wyzwolenia.
Zabytki...
 Najstarsza Zawierciańska katolicka świątynia pełna jest pięknych i niezwykle cennych zabytków. Do najcenniejszych należy romańska kropielnica znajdująca się w małej kruchcie, oraz drzwi do zakrystii będące przykładem średniowiecznej sztuki kowalskiej.
W kaplicy św. Izydora możemy podziwiać wspaniałą kamienną chrzcielnicę, zachował się też jeden z dzwonów andbdquo; Św. Mikołaj andbdquo; pochodzący z 1508 r. W kościele znajduje się też sześć barokowych ferotronów ( przenośnych ołtarzyków), natomiast pod kaplicą św. Anny znajduje się średniowieczny owalny grobowiec.
...a współcześnie
 Dziś kościół jest ciągle ostoją tradycji i historii. Stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych regionu. Ważnym wydażeniem była renowacja w latach 1999-2000 barokowych ołtarzy bocznych i ambony. Odnowiona została także plebania. 
Swoją opiekę duszpasterską, świątynia roztacza nad Przedszkolem w Kromołowie, Szkołą Podstawową nr. 13 i Gimnazjum nr. 13.
 W parafii działa też kilka wspólnot KSM w liczbie około 20 członków, Służba Liturgiczna oraz grupa Dzieci Maryji około 25 małych parafian.
Proboszczem parafii jest Ks. Kan. Roman Rakowiecki.
 Młodzież z tamtejszej parafii dba także o inne obiekty na terenie swojej parafii, np. Kaplicę św. Izydora. 

        



</description>
        </item><item>
        <title>Kościół pw. Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_pw_najswietszego_ciala_i_krwi_chrystusa_w_zawierciu</link>
        <description>Biskup Stanislaw Nowak 20 października 1988 r. zlecił ks. Henrykowi Kowalskiemu, wikariuszowi parafii św. App. Piotra i Pawła w Zawierciu podjęcie starań o uzyskanie, na tzw. osiedlu Argentyna odpowiedniego placu pod budowę obiektu sakralno-katechetycznego. 
Parafia została powołana przez biskupa Stanisława Nowaka 16 czerwca 1989 r., teren wydzielono z parafii NMP Królowej Polski, św. Stanisława Kostki i św. App. Piotra i Pawła. Funkcję kościoła parafialnego zaczęła pełnić kaplica tymczasowa 16 x 30 m powierzchni usytuowana na wydzielonej działce.
Pierwszym proboszczem parafii został ks. Henryk Kowalski. W roku 1994 oddano do użytku nowo wybudowany dom parafialny przy ul. Kijowskiej 6. Budowa kościoła parafialnego opóźniała się z powodu trudności jakie stawała była właścicielka działki. Kamień węgielny pod budowę kościoła poświęcił Jan Paweł II w Częstochowie dnia 15 sierpnia 1991 r. w czasie VI Światowego Dnia Młodzieży. Plany świątyni wykonał mgr inż. Włodzimierz Domagała - miejscowy architekt. Poświęcenie placu pod budowę świątyni oraz krzyża dokonał biskup Antonii Długosz 
29 marca 1995 r., a 16 października tegoż roku poświecił już fundamenty powstającej świątyni parafialnej. Dzięki dużemu wysiłkowi wiernych i proboszcza postęp prac był duży. 6 września 1996 r. abp S. Nowak wymurował kamień węgielny do mających już 3 m. wysokości murów powstającej świątyni. Od Bożego Narodzenia 1998 r. - przy trwających pracach wykończeniowych - we wnętrzu świątyni sprawowana jest liturgia. Mimo prac budowlanych duszpasterstwo w parafii rozrastało się (oaza młodzieżowa, Dzieci Maryi, Kręgi, Kręgi Rodzin Ruchu andbdquo;Domowy Kościółandrdquo;, Caritas parafialna, młodzieżowy zespół wokalno-instrumentalny, scholka dziecięca, bractwa modlitewne, biblioteka, świetlica, wypoczynek dla dzieci i młodzieży). Rysem charakterystycznym dla tutejszej parafii jest od lat kontynuowana we wszystkie czwartki roku modlitwa wieczorna połączona z adoracją Najświętszego Sakramentu zwana andbdquo;Nocą Nikodemaandrdquo; oraz nabożeństwa i modlitwy do Dzieciątka Jezus, którego wizerunek jest kopią Cudownej Figury z Bogoty (Kolumbia).
 



</description>
        </item><item>
        <title>Kościół pw. św. Alberta Chmielowskiego w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_pw_sw_alberta_chmielowskiego_w_zawierciu</link>
        <description>Parafia św. Brata Alberta została erygowana przez biskupa Stanisława Nowaka 20 maja 1987 r. Teren jej został wyłączony z parafii św. Apostołów Piotra i Pawła. Pierwszym proboszczem i budowniczym kościoła był ks. Jan Władysław Koźmin.
 W 1985 r. staraniem proboszcza macierzystej parafii  ks. Piotra Miklasińskiego została zakupiona działka pod budowę kościoła, usytuowana między ulicami: Żabią a Obrońców Poczty Gdańskiej. Działkę tę poświęcił biskup S. Nowak 18 sierpnia 1985 r. W tym samym roku został utworzony tu wikariat terenowy, a jego duszpasterzem został ks. J.W. Koźmin, dotychczasowy wikariusz parafii 
św. App. Piotra i Pawła. Zamieszkał on na tym terenie w domu prywatnym przekazanym pod administrację wikariatu przez mieszkankę Warszawy p. I. Malczewską. W tymże domu urodził salę katechetyczną, a liturgię zaczął odprawiać w kaplicy - baraku ustawionym na placu przyszłej budowy. Projekt kościoła  przygotował mgr inż. Arch. Włodzimierz Domagała. Pozwolenie na budowę kościoła władze miejskie wydały 12 października 1987 r. Prace budowlane rozpoczęto w maju 1988 r. W tymże roku, 4 września biskup S. Nowak wmurował kamień węgielny w ścianę powstającej świątyni, zaś sam kościół już wybudowany został poświęcony przez tegoż arcybiskupa 17 czerwca 1992 r.  W latach następnych położono marmurową posadzkę i zakupiono nowe ławki. W 1996 r. staraniem aktualnego proboszcza ks. Jana Niziołka wykonano parking przed kościołem i wybudowano zaplecze gospodarcze z garażami. W 1997 r. zakupiono dwa nowe konfesjonały i nowy dzwon - poświęcenia dokonał biskup Antonii Długosz 17 czerwca 1997 r. W tym samym roku wybudowano plebanię w stanie surowym . W roku następnym były prowadzone prace wykończeniowe w budynku plebanii, zakupiono także drugi dzwon. Poświęcenia nowej plebanii i dzwonu dokonał arcybiskup Stanisław Nowak 17 czerwca 1998 r. Od początku 1999 r. prowadzono intensywne prace nad upiększeniem wnętrza kościoła wg projektu mgr inż. arch. Mariana Kruszyńskiego i mgr inż. arch. Jerzego Kopyciaka z Częstochowy. Wykonano ołtarz główny andbdquo;Ecce Homoandrdquo;, ołtarze boczne: Miłosierdzia Bożego i Matki Bożej Częstochowskiej, nowy ołtarz do odprawiania Mszy św., ambonkę, nowe tabernakulum, chrzcielnicę, zakupiono cztery żyrandole, zamontowano dwa witraże, nową radiofonię, a także ławki boczne. W wigilię wielkiego Jubileuszu 2000-lecia chrześcijaństwa 10 października 1999 r. arcybiskup S. Nowak dokonał uroczystego poświecenia kościoła.
W Jubileuszowym Roku 2000, jako wotum parafii, przed świątynią został wzniesiony pomnik z brązu św. Brata Alberta, autorstwa profesora Czesława Dźwigaja z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Poświęcenia pomnika dokonał arcybiskup Stanisław Nowak 17 czerwca 2000 r.  
 



</description>
        </item><item>
        <title>Kościół pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_pw_najswietszej_maryi_panny_krolowej_polski_w_zawierciu</link>
        <description>Parafię Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Zawierciu, erygował 7 maja 1957 r. biskup Zdzisław Goliński wydzielając z parafii św. Piotra i Pawła wschodnią część miasta z osiedlami: Nowy Świat, Argentyna, Markowizna, Warty Kromołowskiej i Wierczki. Pierwszym jej administratorem został ks. Stanisław Kazimierz Woźny. Funkcje kościoła tej ponad 4 tysiące mieszkańców liczącej wspólnoty pełniła przez kilkanaście lat kaplica cmentarna, do której ks. Woźny dobudował niewielką przybudówkę z desek i płyt pilśniowych. Udzielone w 1957 r. pozwolenie na budowę wkrótce zostało cofnięte i trzeba było i trzeba było o nie walczyć kilkanaście lat. 16 maja 1958 r. udało się nabyć pierwszemu rządcy parafii parcelę budowlaną przy ówczesnej ul. Armii Krajowej 48 oraz - także w tym czasie - dwuizbowy domek poświecił na plac pod kościół oraz plebanię.
W 1968 r. władze wojewódzkie w Katowicach wyraziły zgodę na budowę plebani on normatywie domu jednorodzinnego, a w 1972 r. - po piętnastu latach zabiegów - na kościół. Ale dopiero 16 lutego 1974 r. - a więc po 17 latach upokarzających próśb - Urząd Miasta Zawiercia zezwolił na rozpoczęcie robót. Tego dnia zaczęto kopać fundamenty pod przyszłą świątynię. Ks. Stanisławowi  Woźnemu udało się ukończyć budynek wraz z wikariuszami w 1980 r. Tworzenie parafii płacił kolegami, stawaniem przed prokuraturą, stałą inwigilacją, utratą zdrowia.
W 1982 r. do parafii przyszedł nowy proboszcz ks. Zygmunt Sroka. Zaczynał pracę w murach świątyni przykrytych tylko dachem, bez okien, drzwi, sufitu. W związku pojawiającymi się pęknięciami ścian, trzeba było wykonać nowe ławy pod dotychczasowymi na froncie kościoła i odcinku ściany zachodniej oraz ściągać mury prętami stalowymi z zastosowaniem śrób rzymskich, a szczeliny pęknięć wypełnić klejami żywicznymi. Dotychczasowi wykonawcy okazali się albo niekompetentnymi albo nieuczciwi. Ks. Z. Sroka - mimo trudności - zabezpieczył mury, zbudował podwójny sufit z termiczną izolacją, założył okna i drzwi, otynkował i wymalował kościół wewnątrz i zewnątrz, założył oświetlenie i radiofonię, wykonał marmurową ambonę i posadzkę, kanalizację opadową i oświetlenie zewnętrzne, elektryczny napęd dzwonów, dokończył ogrodzenie placu kościelnego, wyposażył kościół w organy, ławy i konfesjonały. Kaplica w dolnej części kościoła otrzymała posadzkę marmurową i ławki. 
W następnym etapie został wykonany wystrój prezbiterium: ołtarz ze sceną Ostatniej Wieczerzy (brąz), chrzcielnica ze scenami Chrztu Chrystusa, Chrztu Polski i przejściem przez Morze czerwone (brąz) lichtarze (brąz), tabernakulum z obudową w kształcie krzewu Mojżesza (miedź złocona), figura Chrystusa na krzyżu (miedź), figury Matki Bożej i św. Jana (miedź). Autorem tych dzieł jest prof. Wincenty Kućma z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. 14 maja w Jubileuszowym Roku 2000 r. arcybiskup Stanisław Nowak dokonał uroczystego poświęcenia (konsekracji) kościoła p.w. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski.



</description>
        </item><item>
        <title>Kościół pw. św. Maksymiliana Kolbego w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_pw_sw_maksymiliana_kolbego_w_zawierciu</link>
        <description>Parafia powstała w części miasta Zawiercia zwanej Nowym Zawierciem i Borowym Polem. Erygował ją biskup Stefan Bareła 10 marca 1981 r. Teren został wyłączony z całości z parafii św. Piotra i Pawła w Zawierciu. Pierwszym proboszczem i organizatorem życia parafialnego został ks. Jan Duda, od 
1 kwietnia 1979 r. wikariusz terenowy tej części parafii św. Piotra i Pawła. 11 lipca 1982 r. biskup Franciszek Musiel poświecił plac pod budowę kościoła oraz krzyż. 9 sierpnia tegoż roku przystąpiono do kopania fundamentów pod kościół, którego projekt opracował mgr inż. arch. Włodzimierz Domagała, tutejszy parafianin. 24 października 1982 r. biskup S. Bareła dokonał poświęcenia kamienia węgielnego oraz wmurowania aktu erekcyjnego nowej świątyni. Budowa kościoła trwała jeden tok. 24 lipca 1983 r. rozpoczęto budowę plebanii, która była ukończona po dwóch latach. 
30 kwietnia 1986 r. zakupiono dwa dzwony - jeden noszący imię Matki Bożej i św. Maksymiliana, drugi- św. Jana Chrzciciela. W tym samym roku 5 października biskup Stanisław Nowak uroczyście poświęcił (konsekrował) wykończony w całości kościół. 25 czerwca 1988 r. rozpoczęto budowę domu parafialnego z przeznaczeniem na przedszkole i mieszkanie sióstr zakonnych. 24 sierpnia 1996 r. zamieszkały tam siostry felicjanki. Dnia 1 września 1996 r. przedszkole oraz dom Sióstr Felicjanek poświecił biskup A. Długosz, a 7 października arcybiskup Stanisław Nowak dokonał poświęcenia kaplicy.



</description>
        </item><item>
        <title>Kościół pw. Miłosierdzia Bożego w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_pw_milosierdzia_bozego_w_zawierciu</link>
        <description>Obejmuje ona Blanowice oraz część osiedla na Stoku, którego realizacja w latach osiemdziesiątych została przerwana. W samych Blanowicach - należących do parafii w. Mikołaja w Kromołowie w 1948 r. została wybudowana kaplica, do której dojeżdżali w niedziele i święta ze Mszą św. księża z parafii kromołowskiej. 
   Od 1988 roku istniał tu wikariat terenowy. Parafię erygował biskup Stanisław Nowak 24 czerwca 1989 r., wydzielając jej teren z parafii w. Mikołaja w Zawierciu - Kromołowie. Pierwszym proboszczem tej placówki został ks. Roman Szecówka. W tym samym 1989 roku staraniem ks. R. Szecówki została rozbudowana i przystosowana do funkcji parafialnych istniejąca kaplica. Następnie został nabyty plac pod budowę kościoła i plebanii. Plebanię wybudowano uwzględniając potrzeby przyszłego osiedla - dla trzech księży i pomocy plebańskiej. Dom ten oraz plac pod budowę kościoła poświęcił biskup S. Nowak. 22 wrzenia 1991 r. Na terenie parafii znajduje się cmentarz komunalny poświęcony przez biskupa S. Nowaka 20 wrzenia 1991 r., a kaplicę pogrzebowy poświęcił 3.06.1993 r. Staraniem ks. Bogusława Zielonego została położona posadzka w dobudowanej kaplicy bocznej oraz ustawiony nowy żelazny krzyż na placu przyplebanijnym. Ks. Tadeusz Wójcik przeprowadził remont dachu i wieży kościoła oraz odnowił wnętrze przez pomalowanie ścian. Sprawił też nowe dębowe konfesjonały oraz nowe fotele dla sprawujących liturgię. Obecny proboszcz ks. Tadeusz Wójcik 06.07.12001 r. rozpoczął budowę nowego kościoła. Od 05.10.2005 r. sprawowana jest liturgia.



</description>
        </item><item>
        <title>Zawierciańskie majówki</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/zawiercianskie_majowki</link>
        <description>






            









Ten dział, który przedstawiam może doprowadzić niektórych czytelników do nostalgii, a innych do frustracji serca, ponieważ dzisiejszym tematem są majowe pochody. Aby poznać historię 1-Maja musimy przenieść się za ocean do Stanów Zjednoczonych.  Fatalne, 12-godzinne warunki pracy i niskie zarobki spowodowały, iż pierwszego maja 1886 roku w Chicago wybuchł strajk o polepszenie warunków pracy i 8-mio godzinny dzień pracy. Walki z policją, użycie broni i dynamitu doprowadziły do śmierci wielu ludzi. Dla upamiętnienia tego dnia w 1889 roku II Międzynarodówka wprowadziła dzień 1-Maja jako Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy potocznie nazywanym Świętem Pracy, obchodzonym corocznie od 1890 roku. W Polsce również ta data była początkiem obchodów majowych, które niejednokrotnie były tłumione przez zaborców. W latach 1945-1989 było to najważniejsze święto państwowe zwane Świętem Klasy Robotniczej. Pochody 1- majowe stały się propagandowymi manifestacjami partyjnymi i niewiele miały wspólnego z pierwszymi założeniami. Nieodzownymi elementami były sztandary krajów demokracji ludowej, propagandowe hasła, tygodniami przygotowywane występy dzieci, przypinki w klapach marynarek, andhellip; i trybuny honorowe (na samochodach Star lub przyczepach ciągnikowych) skąd pozdrawiali przechodzących i przemawiali prominenci partyjni i sekretarz  PZPR. Podstawowym  obowiązkowym andbdquo;elementemandrdquo;  każdego pochodu 1- majowego był - obywatel. Nieobecność na pochodzie wiązała się z karami dyscyplinarnymi w pracy  takimi jak nagana, zabranie premii. Nieobecność na pochodzie można było usprawiedliwić jedynie zwolnieniem lekarskim,  gdyż inaczej była to przysłowiowa bumelka. Podobnie było w szkole, uczeń miał obniżone oceny za sprawowanie i do szkoły byli wzywani rodzice. W latach powojennych w  Zawierciu pochody 1-majowe  chodziły ulicami Kościuszki, 3 Maja (tam też znajdowała się trybuna honorowa). W późniejszych latach trybuna znajdowała się przy Komitecie Powiatowym PZPR (obecnie Urząd Skarbowy) lub przy Urzędzie Miasta na ulicy Leśnej dawnej Stefana Okrzei.








     W latach, kiedy nie było jeszcze stadionu OSiR pochody najczęściej kończyły się na boisku Warty przy ul. Senatorskiej (rzadziej na boisku Włókniarza - zresztą oba boiska już nie istnieją). Tam najczęściej po godzinnych wsłuchiwaniach się w przemówienia i przemaszerowaniu ulicami w zwartych szeregach pochody rozchodziły się. W innych latach pochód kończył się na ul. 3 Maja potem obok budynku Komitetu Partyjnego, lub zawsze tam gdzie znajdowała się trybuna honorowa. Tak kończyły się oficjalne części pochodów majowych. Tam zdawano flagi, szturmówki i transparenty by następnie korzystać z tego co zaoferowało państwo dla ludu pracującego miast i wsi. Większość imprez towarzyszących odbywały się w miejscu gdzie teraz jest OSiR (a w późniejszych latach w miejscach zakończenia pochodu). Na polance w lasku stawiano scenę na której występowały ludowe zespoły, grała orkiestra a wokół znajdowały się stragany i samochody andbdquo;Stonkiandrdquo; lub Żuki i Nyski. Sprzedawano z nich towary takie jak wędliny, cytrusy, konserwy, słodycze czy inne deficytowe towary, których próżno było szukać sklepach. Trzeba przyznać, że był to dobry sposób by 1-Maj był zawsze mile wspominany i oczekiwany, gdyż w tym dniu każdy obywatel mógł poczuć się zaspokojony i szczęśliwy a zapomnieć o prawdziwych problemach. Osobiście uwielbiałem andbdquo;kopalniokiandrdquo; - anyżowe długie cukierki oraz watę cukrową, nieodzowny element majowych festynów, oraz stragany z obciachowymi zabawkami (z dzisiejszej perspektywy patrząc). Dużym powodzeniem wśród dzieci cieszyły się obwarzanki, korkowce, pistolety na kapiszony i oranżada (w butelkach z drucianym zamykaniem), a dla tych co nie mieli pieniędzy woda spod ogórków z beczki - ona była za darmo. W zależności od sytuacji raz odbywały się zawody i pokazy strażackie, innym razem potańcówki a jeszcze innym pokazy krów i buhajów. No cóż, wszystko to już odległa historia a takie hasła jak: andbdquo;1 Maja dniem radości i dumy ludzi rzetelnej i twórczej pracy!andrdquo;, andbdquo;Od socjalistycznej odnowy nie ma odwrotu!andrdquo;, andbdquo;Socjalistyczne państwo jest silne świadomością swych obywateli!andrdquo;, andbdquo;Rewizjonistom i odwetowcom w RFN nasze stanowcze nie!andrdquo;- i wiele, wiele innych powodują u nas ironiczny uśmiech na twarzy. Mój kolega Marek nie doczekawszy się w tym roku  przemarszu pochodu wspominał mi, że zostawił sobie na pamiątkę flagę sprzed 20 lat Niemieckiej Republiki Demokratycznej i trochę żałuje, że nie zachował flagi ZSRR. Nawiasem mówiąc przemarszu pochodu nie było w tym roku w Zawierciu z powodu złej pogody. Mała grupa ludzi zebrała się i złożyła kwiaty przed tablica 100 - lecia  Ruchu Robotniczego w Zawierciu oraz tablicą upamiętniającą wydarzenia Krwawego Piątku. Pamiętam taką sytuację z roku 1984 jak z 30 kwietnia na 1 maja spadło sporo śniegu (na ulice nie wyjechały pługi bo zima zaskoczyła drogowców). Będąc poza Zawierciem nie dojechaliśmy wraz z kolegami na pochód ponieważ większość autobusów nie wyjechało na ulice, a mało kto miał wtedy własne auto, ale ci co byli na miejscu na manifestacji się odliczyli. Moja żona wspomina, że na studiach powiedziano im, że nie mają co podchodzić do obrony pracy dyplomowej  jeśli kogoś nie będzie na pochodzie. Nawet taka tragedia jak katastrofa elektrowni w Czarnobylu z 26 kwietnia 1986 rok nie wpłynęła na przebieg pochodu - a wręcz przeciwnie w pracy nakazano mam  udział w pochodach pomimo, że norma izotopów promieniotwórczych była przekroczona ponad pół miliona razy! Tu należy pochwalić nasze ówczesne władze, bo pomimo zaprzeczeń ze strony radzieckiej o katastrofie i promieniowaniu, podjęły działania w ochronie obywateli podając jod w postaci płynu lugola (niestety w niektórych miejscach stanowczo za późno) i opublikowano tabelę skażeń. Był to jeden z pierwszych przypadków w PRL kiedy polskie władze podjęły niezależną od ZSRR decyzję, choć w późniejszym okresie prowadzono dezinformacyjną politykę w celu zminimalizowania problemu. W owych czasach ani pogoda, ani inne okoliczności nie miały wpływu na przebieg pochodu. Dzisiaj wpływ mają nie tylko warunki atmosferyczne, ale również wewnętrzna przemiana naszego społeczeństwa, a czy to dobrze, czy to źle pozostawiam do oceny czytelników.    




 Przygotowali J. S. Gębka (materiały- zbiory własne)
Jeżeli posiadasz jakieś ciekawe egzemplarze napisz :  jaslaz@poczta.onet.pl</description>
        </item><item>
        <title>Historia o lotniku</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/historia_o_lotniku</link>
        <description>Podręczniki do historii często milczą o losach tych, którzy naprawdę tworzyli dzieje. Nie mówię tu o znanych postaciach, których biografie każdy znajdzie w almanachach i leksykonach, lecz o prostych ludziach, skazanych na zapomnienie.

Pragnę przedstawić życiorys kogoś, o kim mieszkańcy Zawiercia zapewne nic nie wiedzą, a jest to postać godna uwagi. Pilot myśliwców w czasie II wojny światowej, podczas wojennej zawieruchy przewędrował całą Europę. Stale w pogoni za bronią, chciał walczyć o wolną ojczyznę.
Jak rozwinął skrzydła

Porucznik Stefan Gostkowski urodził się w 1916 r. w Zawierciu. Służbę wojskową odbył w Krakowie w 1938 r. Przeszedł również półroczny kurs mechanika samolotowego w Dęblinie, po dziś dzień najlepszej jednostce szkolącej lotników.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej, 31 sierpnia 1939 r., znajdował się na lotnisku pomocniczym Wesoła k. Radomia. Latał wówczas na samolotach andbdquo;Karaśandrdquo;, polskich lekkich bombowcach rozpoznawczych, Anglikom znanych jako andbdquo;Wellingtonyandrdquo;. Został przydzielony do 2 Pułku Lotniczego Kraków Rakowice, II Dywizjonu Bombowego lekkiego 22 Eskadry Bombowej. Jego zadaniem miała być walka z Niemcami nad Częstochową. 

3 września1939 roku 21 i 22 eskadra wyszukiwały i niszczyły na drogach wokół Radomska czołgi niemieckie 1 i 4 Dywizji Pancernej. Odbyli dwa naloty, stracili 6 samolotów. W rejonie Radomska niemieckie dywizje pancerne straciły 30% poważnie uszkodzonych i zniszczonych czołgów. Na jeden dzień zostały zablokowane dostawy amunicji i paliwa dla Niemców.

Gdy 17 września 1939 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, Gostkowski dostał rozkaz przedostania się na wschód. Nad Bugiem jego samolot został jednak zestrzelony.

Na wojennym szlaku

Nie zdołano go pojmać do niewoli radzieckiej. Wyskoczył bowiem z samochodu transportowego i przedarł się do Rumunii razem ze swoim przyjacielem Józefem Galją, mieszkańcem Śląska. 19 września dostali się do obozu w małej letniskowej miejscowości Kampluruku, lecz stamtąd uciekli do Bukaresztu.

Droga nie była łatwa. Na szczęście udało im się zatrzymać w domu bliżej nieznanego oficera Białej Gwardii. Mieszkali tam z jego żoną i dwójką dorastających córek przez ponad dwa tygodnie. W stolicy Rumunii znaleźli polską ambasadę i tam dostali pieniądze na podróż do Francji. Oczywiście podróżowali pod innymi nazwiskami, pod pretekstem poszukiwania pracy. Bilety oraz cywilne ubrania dostali dzięki życzliwości żony wspomnianego oficera.

Niestety problemy zaczęły się na granicy jugosłowiańskiej. Tam zostali zamknięci przez żołnierzy w ciemnicy. Dopiero interwencja polskiej ambasady sprawiła, że uwolniono ich. 

Kolejnym przystankiem na drodze Stefana Gostkowskiego i Józefa Galji były Włochy. Jednak we Włoszech nie chciano Polaków ani uzbroić, ani umundurować. Skierowano ich natomiast do Francji, do Lyonu przez Paryż. 

W grudniu 1939 r. francuskie Ministerstwo Lotnictwa zezwoliło na zorganizowanie czterech polskich dywizjonów myśliwskich. III Dywizjon Myśliwski Dębliński był jedynym sformowanym we Francji. Stacjonował na lotnisku Bron pod Lyonem. W kwietniu 1940 r. został przemianowany na GC I/145 Polski Dywizjon Myśliwski Warszawski, powołany do obrony Lyonu.
We Francji

Polska formacja lotnicza była tworzona we Francji przez Anglików. Zabierali oni ze sobą na wyspy lotników, radiooperatorów i mechaników, ale tylko tych, którzy latali bombowcami. Nasi bohaterowie dostali się jednak do Anglii dzięki dobrej znajomości Wellingtonów.
Po obowiązkowej procedurze, grupa 120 Polaków została przewieziona samochodami do portu węglowego, a stamtąd przetransportowano ich do Brytanii.

Na Wyspach


Stefan Gostkowski wraz ze swoimi towarzyszami trafili do portu Chatham, nieopodal Londynu. Zostali tam umundurowani i odpoczywali przez tydzień. Kolejnym etapem podróży było Blackpool, położone w północno-zachodniej Anglii nad Morzem Irlandzkim. Wówczas miasto to miało, według wspomnień pana Stefana, około 50 tys. mieszkańców. Odpoczywali tam przez miesiąc, mieszkali w hotelu. Spośród kolegów Stefan Gostkowski wspomina Kazimierza Kapę, Stanisława Skrzypca i Tadeusza Nowaka. Uczyli się języka angielskiego, grali w piłkę nie gorzej od angielskich kolegów, a także jeździli na łyżwach. Swoimi umiejętnościami i sprawnością zawstydzali często gospodarzy. 

Stamtąd przeniesieni zostali do miejscowości Ipswich. Tam chodzili na kolejne wykłady z języka angielskiego. Polskie Orły uczyły się latać szykami na dwumotorowych samolotach Wellington. 

W Ipswich 29 sierpnia 1940 r. powstał 305 Dywizjon Bombowy im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Dywizjon uzyskał gotowość bojową 24 kwietnia 1941 r. Polscy lotnicy otrzymali nowe mundury i latali nad Francją i Niemcami. Odbywali loty bojowe nad Rotterdam oraz Emden. Pierwsze naloty na Berlin wykonali w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. Natomiast z 30 na 31 kwietnia 1942 r. dokonali pierwszego tysiącsamolotowego nalotu na Niemcy nad Kolonią. Następny odbył się nad Essen kolejnej nocy, zaś nocą z 2 na 3 maja 1942 r. miał miejsce ostatni lot bojowy oraz loty minowania wód przybrzeżnych. 

305 Dywizjon Bombowy istniał przez trzy i pół roku, aż został rozwiązany przez króla Jerzego VI ze względu na brak maszyn. Z pomocą lotnikom przybył jednak brat króla, który pod Londynem uformował 23 marca 1943 roku 318 Dywizjon Myśliwsko-Rozpoznawczy, samodzielną jednostkę do współpracy z artylerią polską na Bliskim Wschodzie. Dywizjon został posłany do Egiptu.

Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, Stefan Gostkowski wraz z kolegą Stanisławem Śmiłkiem, dokonali heroicznego czynu. 2 sierpnia 1943 r. byli świadkami rozbicia się samolotu. Pobiegli na miejsce katastrofy i wyciągnęli z kabiny pilota, którym był Polak, kpt. Jan Narewski, pilot 318 Dywizjonu Myśliwskiego eskadry B. Po tym jak udzielili koledze niezbędnej pomocy, nawet nie zwrócili uwagi na własne zakrwawione ubrania. Dopiero angielski kolega uprzytomnił to panu Gostkowskiemu, pytając, czemu ma zakrwawioną twarz.

Epizod na Czarnym Lądzie

W Egipcie lotnicy stacjonowali w miejscowości Barra, zimowali zaś w Ankonie. 14 września 1943 r. 318 Dywizjon Myśliwsko-Rozpoznawczy wszedł w skład 1 TAF (Pierwszego Lotnictwa Taktyczno-Powietrznego Sił Pustyni). Stefan Gostkowski brał udział w walkach, w których uczestniczyły również amerykańskie Superfortece. Poznał tam Edwarda Bebłota, który później wyciągnie ku niemu pomocną dłoń, już po zakończeniu zmagań wojennych. Wiosną 1944 r. przebazowuje się do Włoch. 

1 maja tego roku osiąga gotowość bojową w składzie 285 dywizjonu rozpoznawczego. Latał w czasie nalotów nad rzeką Po (Pad) we Włoszech. Jednak po zakończonych zmaganiach zostali zostawieni przez Anglików w okupowanych Włoszech. Nikt nie zabrał ich z powrotem do Brytanii. Wojsko amerykańskie proponowało nawet, aby polscy lotnicy wzięli udział w walkach z Japończykami, jednak oni nie zgodzili się.

Ostatecznie przez Włochy i Francję dotarli z powrotem do Anglii.
Przywitanie wśród andbdquo;Aliantówandrdquo;
Kiedy już pojawili się na lotnisku, zdziwili się, że nie witał ich żaden lotnik. Ktoś tylko rzucił im, że już na pewno nie spotkają swoich. Miał sporo racji. Anglicy przestali szanować wiernych polskich towarzyszy broni. Brytyjski chorąży chciał ich zgarnąć do pracy w kuchni. Oczywiście Polacy zbuntowali się. Jako podoficerowie, uznawali za hańbę pracę przy obieraniu ziemniaków! Za niewykonanie rozkazu groził jednak pluton egzekucyjny, a w najlepszym razie 2 lata więzienia. W porę udało im się uzyskać przepustkę i wyjechać do Londynu, gdzie w ambasadzie przedstawili swój problem. 

Podczas pobytu w angielskiej stolicy napotkali Edwarda Bebłota, tego samego, z którym Stefan Gostkowski latał w Afryce. Zbierał on lotników, którzy chcieli przedostać się do Polski i dalej walczyć. Nasi bohaterowie chętnie na tę propozycję przystali. 

Kiedy powrócili z przepustki do jednostki, tamtejsze dowództwo zostało już poinformowane o interwencji w ambasadzie. Polscy lotnicy zostali przetransportowani do obozu w Szkocji, gdzie 8 miesięcy czekali na wyjazd do Ojczyzny.

W Polsce
Po wojennej tułaczce i tysiącach kilometrów podróży, Stefan Gostkowski trafił w końcu do Polski. Niestety szybko okazało się, że jest traktowany nie jak bohater, lecz jako wróg nowego socjalistycznego ustroju. Został okradziony przy rewizji nawet z papierosów. 

Przybyli piloci zostali przewiezieni na Śląsk, do Tarnowskich Gór. On przeniósł się do Zawiercia. Jego bracia zginęli w czasie wojny. Zatrzymał się u siostry. Pracował w fabryce Erbego. Grywał też w piłkę nożną w Warcie Zawiercie, ale był to bardzo krótki epizod. Rozegrał zaledwie trzy spotkania. 

Przez długi czas był przez władze uważany za nieprzyjaciela i przy każdej wizyty w urzędzie odnoszono się do niego z olbrzymią nieufnością. Dopiero później udało mu zostać czynnym członkiem ZBOWiD-u i wieść spokojne życie.

Dziś niewielu zna jego historię, on sam nie pamięta zbyt wielu dat, ale pomimo podeszłego wieku jego uścisk świadczy o tym, że ciągle jest strażnikiem nieba Rzeczypospolitej Polskiej. 

autor: Damian Domżalski

Powyższy artykuł pisałem jeszcze za życia porucznika Stefana Gostkowskiego. Niestety zmarł on rankiem 29.05.2009 r. w Zawierciu. Cześć Jego Pamięci.
 </description>
        </item><item>
        <title>Stanisław Holenderski - przemysłowiec i filantrop</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/stanislaw_holenderski_</link>
        <description>Urodził się i umarł jako Żyd, czuł się Polakiem, ale przede wszystkim był wielkim zawiercianinem. 

Stanisław Holenderski (1871-1940) jest jedną z nielicznych postaci  międzywojennego Zawiercia, której dokonania i zasługi dla miasta zostały  docenione przez mieszkańców. Wielka w tym zasługa miłośnika historii  Zawiercia, pana Piotra Grzyba, który za pomocą publikacji wielokrotnie  przypominał sylwetkę i dorobek zawierciańskiego filantropa i  przemysłowca. Pałacyk przy ulicy 3 Maja, willa na Stawkach, budynek  Szkoły Rzemieślniczej i Zespołu Szkół przy ulicy Zaparkowej, kaplica na  cmentarzu parafialnym - to tylko nieliczni niemi świadkowie dzieła życia  Stanisława Holenderskiego. 

Rodzicami przyszłego wybitnego zawiercianina byli Cecylia z Mendelsohnów  i Markus Holenderski. Ojciec Stanisława przybył prawdopodobnie z  Białegostoku w okresie budowy podwalin miasta. Matka była córką  właściciela dóbr w Blanowicach. Nie jest do końca jasne, czy to ci sami  Mendelsohnowie, których nazwisko występuje wśród nabywców dóbr  kromołowskich w 1871 roku. Wyjaśniałoby to posiadanie nieruchomości  gruntowych w kwartale Zawiercia, z ulicami Pomorską i Paderewskiego. 

Jego ojciec był współwłaścicielem huty szkła, a następnie uruchomił  największą w okolicach Zawiercia cegielnię, która jednak z uwagi na  wyczerpanie pokładów gliny została przez Stanisława Holenderskiego  zamknięta w latach dwudziestych.

W życiu Stanisława Holenderskiego był również epizod związany z  prowadzeniem kopalni węgla brunatnego w Gołuchowicach, w spółce z  Teodorem Berndtem - właścicielem fabryki włókienniczej. Jednak głównym  źródłem jego dochodów był majątek ziemski w Porębie Mrzygłodzkiej. W tym  miejscu należy się małe wyjaśnienie. W drugiej połowie XIX w. od gminy  Poręba Mrzygłodzka odłączono Zawiercie Większe, które weszło w skład  Gminy Kromołów. W dalszym ciągu grunty folwarczne na obszarze Zawiercia  wchodziły w skład dóbr ziemskich o nazwie Poręba Mrzygłodzka. Część tych  dóbr nabył w 1912 r. Stanisław Holenderski. Obok leśniczówki na  Turkowej Górze posiadał piękną, modrzewiową willę. Dopiero z  tym  komentarzem zrozumiała jest darowizna Stanisława Holenderskiego w  postaci gruntu pod planowany cmentarz ewangelicki przy drodze do  Ciągowic czy ofiarowanie nieruchomości gruntowej na potrzeby szkoły  rzemieślniczej.

Porębskie dobra zawierciańskiego filantropa to 350 morgów (ponad 210 ha)  gruntów, w których dominowały lasy skrywające pokłady węgla brunatnego -  czarne diamenty ziemi zawierciańskiej. Lasy te były głównym źródłem  dochodu Stanisława Holenderskiego. W 1919 roku, po odzyskaniu  niepodległości, właściciele dóbr ziemskich w okolicach Zawiercia  ogłaszali odkrycia nowych pół górniczych. Z wnioskiem o koncesję na  wydobywanie węgla wystąpił również Holenderski. Władze górnicze  zastanawiały się nad sposobem wydania decyzji odmownej. Według  obowiązującego wówczas prawa rosyjskiego, z kręgu przedsiębiorców  zajmujących się wydobywaniem węgla wyłączeni byli Żydzi. Znaleziono  wówczas dyplomatyczną odpowiedź i uzasadniono negatywną decyzję andbdquo;zbyt  bliskim sąsiedztwem z kopalnią andraquo;Zygmuntandlaquo; - własność Towarzystwa Porębaandrdquo;.  Jednak ostatecznie na jego gruntach powstała kopalnia, którą prowadził  Stanisław Kasterski. Nie wiemy, czy Stanisław Holenderski czerpał  dochody tylko z dzierżawy pól górniczych, czy był cichym wspólnikiem  Kasterskiego.

Był natomiast niewątpliwie osobą twardo stąpającą po ziemi i  inteligentnym negocjatorem w sprawach finansowych. Kiedy w 1928 r.  Stowarzyszenie Mechaników Polskich z Ameryki podjęło z nim rozmowy w  sprawie dzierżawy pól górniczych, Stanisław Holenderski zręcznie  odwlekał czas sfinalizowania umowy. W końcu została ona podpisana na  korzystnych dla niego warunkach. Oprócz stałej kwoty związanej z każdą  toną wydobytego węgla, zagwarantował sobie dzierżawę placu pod skład  węgla w Zawierciu (dawny skład drewna przy ulicy Towarowej stanowił  własność fabryki w Porębie) i nieodpłatną regularną dostawę węgla  brunatnego na skład. Jego status majątkowy pozwalał zaliczać go do  najbogatszych osób w okolicach Zawiercia. 

Społecznie angażował się nie tylko w gospodarczych gremiach (Izba  Przemysłowo-Handlowa w Sosnowcu), ale chętnie udzielał się też w  działających na rzecz zawierciańskiej społeczności stowarzyszeniach o  charakterze dobroczynnym i patriotycznym. Nie sposób tutaj wymienić  wszystkich. Kiedy w 1928 r. powstał Społeczny Komitet Budowy Szkół  Społecznych, został jego członkiem i inicjatorem budowy placówek  oświatowych na terenie Zawiercia i całego powiatu. Nie ograniczał się  tylko do uczestnictwa w jego pracach, ale wspierał inicjatywy  materialnie, dostarczając budulec ze swoich lasów.

Z urodzenia był Żydem, z wyboru Polakiem, ale przede wszystkim  zawiercianinem. Szczególnym dowodem polskości Holenderskiego jest macewa  jego rodziców na kromołowskim kirkucie, na których znajdują się napisy  polskojęzyczne. 
Nie wiemy nic o jego  politycznych sympatiach - Zawiercie pod tym  względem było podzielone. W wieku 50 lat przeszedł na katolicyzm. Często  też piszący o nim przedstawiają go jako osobę zaangażowaną społecznie  na rzecz kościoła katolickiego, ale wiemy, że wspomagał również  ewangelików (cmentarz ewangelicki miał powstać na jego nieruchomości  gruntowej). Jego rodzice byli zaangażowani w budowę synagogi, Stanisław  między innym wybudował katolicką kaplicę cmentarną i ufundował ambonę do  bazyliki mniejszej. Był blisko związany z ks. bp T. Kubiną - pierwszym  ordynariuszem diecezji częstochowskiej. Nie natrafiłem  na jakikolwiek  ślad jego relacji ze środowiskiem zawierciańskich Żydów. Z pewnością,  zwłaszcza przez ortodoksyjnych mieszkańców Zawiercia wyznania  mojżeszowego, uważany był za przechrztę i odszczepieńca.

Nie znamy daty ślubu Stanisława Holenderskiego i Joanny z d.  Idzikowskiej z Częstochowy. Być może perspektywa małżeństwa była motywem  zmiany wyznania. 19 grudnia 1922 r. przyszła na świat ich córka -  Aniela. Jak przystało na przedstawicieli lokalnej elity, na rodziców  chrzestnych Holenderscy wybrali znanego zawierciańskiego lekarza Konrada  Pasierbińskiego i Wandę Wesołowską, żonę dyrektora fabryki TAZ -  Seweryna Wesołowskiego.

Okres międzywojenny moglibyśmy nazwać sielankowym dla rodziny  Holenderskich. Życie wiedli między Zawierciem a Porębą. Mieszkańcy  międzywojennego Zawiercia pamiętają Anielę Holenderską z lat  trzydziestych, jak podążała na konne przejażdżki ulicami miasta. Z uwagi  na majątek ojca i jego wpływy w mieście, uważana była za jedną z  lepszych partii. Mówiło się o planach małżeńskich i kandydacie na męża,  którym miał zostać syn Kazimierza Arkuszewskiego - właściciela dóbr  pileckich i kromołowskich. Ciekawym przyczynkiem do poznania dziejów  rodziny Holenderskich i Zawiercia z pewnością są fotografie rodzinne,  ale dotychczas nikt niestety nie podjął się trudu ich opublikowania.

Sielankę rodziny Holenderskich przerwała wojna. W znanych biogramach  możemy przeczytać, iż Stanisław Holenderski zmarł 23 stycznia 1940 roku.  Wersji na temat okoliczności jego śmierci jest kilka. Najczęściej mówi  się o samobójstwie. Po wkroczeniu Niemców, ukrywał się u Kazimierza  Arkuszewskiego w Pilicy. Stanisław Holenderski czuł się Polakiem, ale  dla Niemców nadal był Żydem, który tak jak jego rodacy powinien chodzić w  opasce z gwiazdą Dawida. Zdawał sobie on doskonale sprawę z tego, jaki  los czeka zawierciańskich Żydów. Obawiał się nie tylko o swoje życie,  ale i o rodzinę - jego córka była półkrwi Żydówką. Porywając się na  swoje życie, pragnął w ten sposób ochronić ją przed losem, jaki spotkał  kilka tysięcy jego rodaków w Zawierciu. 

W tle pojawia się również problem jego akceptacji w środowisku  żydowskim, od którego religii przodków się odciął. Często mówi się o  pamięci zbiorowej. Jeszcze kilka lat temu jeden z korzennych mieszkańców  Zawiercia, który był razem z rodzicami w tłumie odprowadzających  Stanisława Holenderskiego na parafialny cmentarz, zapytał mnie: kim był  Stanisław Holenderski?
Ze starych fotografii patrzy na nas starszy, nobliwy pan, z sumiastym  sarmackim wąsem, w gustownym modnym kapeluszu i z nieodłączną laską,  otoczony na większości z nich dziećmi i młodzieżą, dla których tak wiele  uczynił.

Po zakończeniu II wojny światowej pozostałe po wielkim zawiercianinie  dobra ziemskie oraz część nieruchomości upaństwowiono w ramach reformy  rolnej i nacjonalizacji przemysłu. Część nieruchomości na terenie  Zawiercia, łącznie z pałacykiem przy ulicy 3 Maja, przeszła w ręce  prywatne. Żona Joanna i córka Aniela umierały w samotności i  niedostatku. W ostatnich latach rozpoczął się proces przywracania  należnej pamięci o wielkim mieszkańcu Zawiercia, który dla miasta  uczynił tak wiele, nie oczekując dla siebie w zamian zbyt dużo.
autor: Zdzisław Kluźniak
Artykuł pierwotnie ukazał się w nr 3 (5) jesień 2010 kwartalnika "Zawiercianin" oraz www.zawiercianin.pl</description>
        </item><item>
        <title>Michał Terech and#8211; inicjator i animator działań na rzecz krzewienia kultury fizycznej w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/michal_terech_8211_inicjator_i_animator_dzialan_na_rzecz_krzewienia_kultury_fizycznej_w_zawierciu</link>
        <description>andbdquo;Przed ustawionemi kolumnami zjawiają się matki chrzestne  zawierckiego sokolego sztandaru, który ma być dziś poświęcony;  przedstawiciel Związku sokolstwa, druh Terech z Warszawy, druhowie  delegaci sokolstwa z Krakowa, władze okręgowe. Czas maszerować na  nabożeństwo polowe. Na dany przez naczelnika znak orkiestra gra i pochód  rusza w porządku z miejscaandhellip; Po obu stronach ulicy gromady publiczności  przyglądają się ciekawie niezwykłemu pochodowi, ale widok tych  dziarskich drużyn nie raduje snać publiczności, bo ta spogląda ciekawie,  ale milcząco. Idziemy przez dzielnicę, zamieszkaną w dużym stopniu  przez robotników; troska bezrobocia gnębi ludzi, tłumaczymy sobieandrdquo;.

Powyższy cytat to fragment opisu uroczystości poświęcenia sztandaru  zawierciańskiego gniazda Towarzystwa Gimnastycznego andbdquo;Sokółandrdquo;, która  odbyła się  w dniu 7 września 1924 roku. Sztandar ten powrócił do  Zawiercia w dniu 11 listopada 2009 r., przekazany do Izby Muzealnej  przez Stefana i Wojciecha Góralczyków. Z długiego i szczegółowego opisu,  specjalnie wybrałem ten może niezbyt interesujący fragment o przebiegu  uroczystości, która trwała cały dzień. W całym tekście bowiem tylko  wtedy wspomina się o andbdquo;druhu Terechu z Warszawyandrdquo;.

Współczesnemu zawiercianinowi nazwisko to nic nie mówi. W latach  dwudziestych inżynier Michał Terech był wiceprezesem Towarzystw  Gimnastycznych andbdquo;Sokółandrdquo; i redaktorem naczelnym pisma andbdquo;Przegląd  Gimnastyczny andraquo;Sokółandlaquo;andrdquo;. Udział przedstawiciela naczelnych władz  Towarzystwa we wspomnianej uroczystości nie był przypadkowy. Był on  bowiem związany z Zawierciem przed rokiem 1914 i dla osady fabrycznej,  która nabierała miejskiego charakteru, dokonał wiele, zarówno na gruncie  zawodowym, jak i społecznym. 

Michał Terech ukończył gimnazjum w Radomiu, a następnie podjął studia  politechniczne. Jako już dojrzałego inżyniera o długim stażu  praktycznym, sprowadził go do Zawiercia właściciel Odlewni andbdquo;Sambor i  Krawczykandrdquo; - Marcin Krawczyk, który był ekonomistą. Było to trafne  posunięcie. Techniczne rozwiązania wprowadzone do produkcji, związanej  wówczas z przekładniami pasowymi, przyczyniły się do zwiększenia  wydajności odlewni, a jej wyroby zdobyły uznanie na krajowym rynku. 

Przebywając w 30-tysięcznej osadzie fabrycznej, Michał Terech rzucił się  w wir pracy społecznej. Działał w wielu znanych wówczas  stowarzyszeniach, które funkcjonowały w Zawierciu. Począwszy od sławnej  Resursy, poprzez spółdzielnie spożywcze, radę parafialną, komisje  wyborcze do rosyjskiej Dumy, a na władzach gminnych skończywszy.  Wymieniany jest jako andbdquo;prezesandrdquo; gminnej rady w Kromołowie w 1915 roku, tuż  przed uzyskaniem przez Zawiercie praw miejskich. Kiedy w 1913 r.  powołano w Sosnowcu Stowarzyszenie Techników Zagłębia, Michał Terech  został wybrany zastępcą członka komisji rewizyjnej. 

andbdquo;W zdrowym ciele zdrowy duchandrdquo; - takie hasło przyświecało twórcom  pierwszego gniazda andbdquo;Sokołaandrdquo; we Lwowie, założonego w 1867 r. W Zawierciu  gniazdo Towarzystwa Gimnastycznego andbdquo;Sokółandrdquo; zostało utworzone w 1905  roku, jako jedno z pierwszych w Zagłębiu Dąbrowskim. Działalność tej  organizacji opierała się na założeniu, że w drodze do niepodległości  niezwykle istotne jest przygotowanie młodzieży pod względem fizycznym,  poprzez gimnastykę i uprawianie sportów. 

Działalność gniazda w okresie międzywojennym zaznaczała się w różnych  dziedzinach życia społeczności Zawiercia. Obejmowała m.in. udział w  uroczystościach państwowych, organizację wycieczek krajoznawczych,  opiekę nad grobami powstańców styczniowych i organizację zawodów  sportowych. Kto dzisiaj pamięta, że członkowie gniazda andbdquo;Sokołaandrdquo;  przygotowali pierwsze boisko sportowe, które mieściło się obok Domu  Ludowego (w tym budynku znajdowała się siedziba andbdquo;Sokołaandrdquo;). Na marginesie  warto wspomnieć, że na początku lat 20., jeżeli chodzi o gry zespołowe,  członkowie zawierciańskiego andbdquo;Sokołaandrdquo; uznawali wyższość siatkówki i  koszykówki nad andbdquo;piłką kopanąandrdquo;. 

Nieobca była zawierciańskim Sokołom również działalność kulturalna. W  1910 r. założyli oni chór andbdquo;Lutniaandrdquo;, a wielu z nich w późniejszym okresie  zasiliło kościelną andbdquo;Liręandrdquo;. Orkiestra andbdquo;Sokołaandrdquo; w latach dwudziestych  uświetniała swoimi występami i paradami w Zawierciu wszystkie  uroczystości państwowe.

Członkowie Towarzystwa wywodzili się z różnych grup społecznych i  zawodowych, ale największe zaplecze stanowili pracownicy odlewni andbdquo;Sambor  i Krawczykandrdquo; - i nie był to przypadek. Ważnym czynnikiem zachęcającym  pracowników odlewni do wstępowania w szeregi andbdquo;Sokołaandrdquo; było to, że w  szeregach organizacji działał inż. Ignacy Banachiewicz, ale także to, że  właśnie z tej fabryki wywodził się współzałożyciel i jednocześnie  pierwszy andbdquo;prezesandrdquo; zawierciańskiego gniazda, inż. Michał Terech. 

Jak wiemy z cytowanej relacji, ten ostatni po odzyskaniu niepodległości  przeprowadził się do Warszawy, gdzie aktywnie działał w strukturach  andbdquo;Sokołaandrdquo; na szczeblu centralnym. O Zawierciu jednak nie zapomniał, czego  dowodem był fakt uczestnictwa w uroczystościach związanych z  poświęceniem sztandaru.

Ze starych fotografii patrzą na nas zawierciańskie sokoły i sokoliki,  wyróżniający się nie tylko oryginalnymi strojami organizacyjnymi. W  szarzyźnie dnia okresu międzywojennego stanowili oni istotny element  krajobrazu organizacji społecznych działających w Zawierciu, krzewiąc  zamiłowanie do tężyzny fizycznej oraz kultywując tradycje patriotyczne.  Wielu z nich oddało swoje życie w obronie Ojczyzny. Warto tutaj  przypomnieć choćby zawierciańskiego sokoła - Bronisława Milejskiego,  zamordowanego w Ostaszkowie. 

Pisząc ten tekst, nie mogę się oprzeć refleksji związanej z aktywnością  społeczną współczesnych mieszkańców Zawiercia. Wielu z nich bowiem to  potomkowie między innymi członków Towarzystwa Gimnastycznego andbdquo;Sokółandrdquo;,  którzy kontynuują tradycje rodzinne. Oczywiście działają oni w innych  uwarunkowaniach i innych organizacjach, ale zgodnie z duchem społecznej  aktywności na rzecz miasta. Przykładem takiej pokoleniowej zmiany warty,  jest dla mnie osoba Prezesa PTTK i radnego miasta, inż. Andrzeja  Stróżeckiego, ale lista takich nazwisk jest o wiele dłuższa.

Niestety pamięć zbiorowa jakby omija ten aspekt przeszłości miasta oraz  osoby, które dały impuls narodzinom aktywności społecznej w Zawierciu.  Być może warto przy tej okazji zaapelować do władz miasta o skromne  upamiętnienie jednego z pierwszych wielkich działaczy społecznych  Zawiercia. Powstają  nowe place zabaw i boiska sportowe. Może warto  pomyśleć nad patronem dla jednego z nich. Michał Terech, z uwagi na  swoje zasługi na rzecz krzewienia kultury fizycznej w Zawierciu (i nie  tylko w nim), mógłby być jednym z kandydatów. 

P. S. Innym kandydatem na patrona mógłby zostać  Eligiusz Pieniążek, w kręgach sportowych lat trzydziestych znany jako  andbdquo;Odrowążandrdquo;. Pierwszy wywodzący się z Zawiercia mistrz Polski w ciężkiej  atletyce (podnoszenie ciężarów), który startował jako zawodnik  Towarzystwa Gimnastycznego andbdquo;Sokółandrdquo; - gniazdo w Katowicach. 
autor: Zdzisław Kluźniak

Artykuł pierwotnie ukazał się w nr 3 (5) jesień 2010 kwartalnika "Zawiercianin" oraz www.zawiercianin.pl</description>
        </item><item>
        <title>Stanisław Pasierbiński junior</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/stanislaw_pasierbinski_junior</link>
        <description>Tworząc historyczną galerię społeczników z Zawiercia, nie sposób pominąć Stanisława Pasierbińskiego juniora. 

Jego ojciec, Stanisław Pasierbiński (1837-1897), urodził się w  Szczekocinach. Po uzyskaniu uprawnień aptekarskich osiedlił się w latach  pięćdziesiątych XIX wieku we Włocławku, skąd w 1867 r. przeprowadził  się do Siewierza i założył pierwszą w tym miasteczku aptekę. W 1872 r.  pojawił się w Zawierciu. Utworzył tutaj przy ulicy Aptecznej filię  apteki siewierskiej. Pierwszy budynek był drewniany i mieścił się na  placu sąsiadującym z placem uznawanym dzisiaj za miejsce usytuowania  najstarszej apteki w Zawierciu. Budynek ten spłonął na krótko przed  wybuchem I wojny światowej.

Stanisław Pasierbiński jr. urodził się w Siewierzu na krótko przed  przeprowadzką rodziny do Zawiercia. Miał liczne rodzeństwo: pięciu braci  i sześć sióstr.

Nie bez znaczenia dla jego postawy społecznej był fakt bogatych  rodzinnych tradycji niepodległościowych.  Jego dziadek Szymon -  szczekociński tkacz, był uczestnikiem kampanii napoleońskiej, zaś wuj  Teofil walczył w powstaniu styczniowym. 

W 1897 roku zmarł Stanisław Pasierbiński senior. Zawierciańska apteka  prowadzona była od tej pory przez spadkobierców, którzy dodatkowo  założyli w 1898 r. pierwszą w Zawierciu hurtownię leków.

Stanisław Pasierbiński junior w 1896 r. kończy gimnazjum w Piotrkowie -  wcześniej musiał opuścić gimnazjum w Częstochowie, wskutek zatargów o  podłożu patriotycznym z inspektorem szkolnym. Przez następne trzy lata  praktykuje w rodzinnej aptece. W 1899 r. zdaje egzamin pomocnikowski na  Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1902-1904 studiuje w Dorpacie, gdzie  uzyskuje dyplom prowizora farmacji. Tam zdobywa również pierwsze  ostrogi społecznikowskie, działając w korporacji studenckiej andbdquo;Lechiciandrdquo;.  Po powrocie z Pabianic, gdzie zastępuje w aptece brata Jana, powołanego w  1904 r. do armii carskiej (wojna w Mandżurii), w 1907 r. przybywa do  Zawiercia z żoną Marią z d. Borkowską i z synem Wacławem. 

Prowadzi rodzinną aptekę i rzuca się w wir pracy społecznej. Wstępuje do  Towarzystwa Gimnastycznego andbdquo;Sokółandrdquo;. Jest współzałożycielem Towarzystwa  Śpiewaczego andbdquo;Lutniaandrdquo; (1910), w końcu lat 30. został jego honorowym  prezesem. Jeszcze przed rokiem 1906 jako członek andbdquo;Towarzystwa  Udziałowegoandrdquo; współfinansuje budowę kamienicy nazywanej Domem Udziałowym  (Złoty Róg), gdzie w 1906 r. otwiera aptekę działająca do dzisiaj. 

Po wybuchu I wojny światowej czynnie włącza się w pomoc głodującym  mieszkańcom. Jest już uznanym społecznikiem i osobą poważaną. Został  powołany w skład Sądu Obywatelskiego, a nawet objął w nim funkcję  prezesa na krótko przed likwidacją tego organu przez władze okupacyjne.

We wrześniu 1915 r. dotyka rodzinę Pasierbińskich pierwsza tragedia.  Umiera żona Stanisława - Maria. Od tej pory Pasierbiński jr. sam zajmuje  się wychowaniem jedynego syna. W listopadzie 1918 r. aktywnie włącza  się w akcję rozbrajania wojsk niemieckich, za co otrzymuje pamiątkowy  medal andbdquo;Za rozbrajanie Niemcówandrdquo; (1920). 

Lata międzywojenne to okres jego wzmożonej aktywności społecznej. W  czasie wojny polsko-bolszewickiej jest członkiem Obywatelskiego Komitetu  Obrony Państwa. Należy do współzałożycieli Katolickiego Stowarzyszenia  Młodzieży Polskiej, w którym przez wiele lat pełni funkcję prezesa.  Pozostaje aktywnym członkiem andbdquo;Sokołaandrdquo;, wchodząc w skład jego zarządu.  Wiele lat przewodniczy Towarzystwu Śpiewaczemu andbdquo;Lutniaandrdquo;. 

W 1929 r. niespodziewanie umiera w Inowrocławiu syn Stanisława - Wacław,  student historii. Kolejna rodzinna tragedia nie osłabiła jednak  aktywności społecznej Pasierbińskiego. Działa m.in. w takich  organizacjach, jak Polski Czerwony Krzyż, stowarzyszenia spożywcze  (spółdzielnie) andbdquo;Przyszłośćandrdquo; i andbdquo;Samopomocandrdquo;, Liga Morska i Kolonialna,  Liga Obrony Powietrznej Państwa. 

Jego praca społeczna i zaangażowanie na terenie Zawiercia oraz powiatu  zawierciańskiego są ogólnie znane. Rzadko natomiast wspomina się o jego  aktywności w Zagłębiu Dąbrowskim i województwie kieleckim. Był między  innym prezesem Stowarzyszenia Kół Śpiewaczych Okręgu Zagłębia  Dąbrowskiego, organizatorem zjazdów śpiewaczych, w których brał udział  też inny znany zawierciański chór - andbdquo;Liraandrdquo;. W Związku Stowarzyszeń  Muzyczno-Śpiewaczych Województwa Kieleckiego pełnił najpierw funkcję  wiceprezesa, a następnie został jego prezesem.

Wyrazem uznania dla jego aktywności społecznej było nadanie w 1937 r.  Złotego Krzyża Zasługi. Stanisław Pasierbiński odznaczony był również  Państwową Odznaką Sportową pierwszego stopnia (1933), Złotą Odznaką  Honorową Zjednoczenia Polskich Związków Śpiewaczych i Muzycznych RP  (1936), Złotą Odznaką Towarzystwa Śpiewaczego andbdquo;Lutniaandrdquo; im. Piotra  Maszyńskiego w Warszawie itp. 

W czasie II wojny światowej był pracownikiem najemnym u niemieckiego  zarządcy apteki. Po zakończeniu działań wojennych ponownie rzucił się w  wir pracy społecznej, uczestnicząc w pracach najpierw koła Towarzystwa  Przyjaciół Żołnierza Polskiego jako prezes, a później w Powiatowym  Komitecie Odbudowy Warszawy oraz w Polskim Czerwonym Krzyżu. 

Cieszył się też ogromnym poważaniem w środowisku zawodowym. Jeszcze w  okresie międzywojennym wybierany był do ścisłego kierownictwa samorządu  aptekarskiego, gdzie pełnił funkcję kierownika biura pośrednictwa pracy  przy Kole Właścicieli Aptek Zagłębia Dąbrowskiego i Częstochowy, później  został prezesem sądu koleżeńskiego. W okresie powojennym był członkiem  Rady Okręgowej Izby Aptekarskiej w Katowicach. Zapraszany był również do  prac w Zarządzie Stowarzyszenia Kupców Chrześcijan oraz Stowarzyszenia  Kupców Polskich. 

Apteka założona przez Stanisława Pasierbińskiego juniora została po 1945  r. upaństwowiona, on sam pracował w niej nadal jako kierownik do czasu  przejścia na emeryturę. Był wychowawcą kilku pokoleń aptekarzy.

Po 1989 r. apteka przy ulicy 3 Maja przejęta została przez wnuka jego  siostry, Witolda Dulębę. Kultywując rodzinne tradycje oraz oddając hołd  jej twórcy, nowy właściciel nadał jej imię Stanisława Pasierbińskiego -  wielkiego zawiercianina.
autor: Zdzisław Kluźniak</description>
        </item><item>
        <title>Historia SP nr 9</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/historia_sp_nr_9</link>
        <description>Za dzień powstania szkoły należy uznać  26 VII 1959r kiedy to  odbyło się  uroczyste podpisanie i wmurowanie aktu erekcyjnego. Szkoła rozpoczęła swoją działalność 14 II 1961r. Dyrektorami Szkoły byli: Zygmunt Hilgertner (1959 and#8211;1961), Władysław Miernik (1961 and#8211; 1966), Henryk Dusza (1966 and#8211; 1976), mgr Zenobiusz Otręba (1976 and#8211; 2001) od 1IX 2001r funkcję tą pełni mgr Barbara Hoffmann. Szkole tej towarzyszyły różne koleje losu. Raz szkoła użyczała swoich murów nauczycielom i uczniom innych szkół innym razem SP9 musiała korzystać z gościnności innych szkół. Od marca1963r do czerwca 1964 w SP9 uczyły się dzieci remontowanej i rozbudowywanej wówczas SP nr 5. Od listopada 1963 do września 1965 z budynku korzystali uczniowie uczącej się na drugą zmianę, Szkoły  Zasadniczej dla Pracujących. Do roku szkolnego 1967/1968 w szkole działała również Powiatowa Biblioteka Pedagogiczna w Zawierciu. Szkoła przeżywała też swoje trudne chwile kiedy to okazało się że  zbyt ciężki dach w stosunku do konstrukcji budynku szkoły zmusił ją  do gruntownej przebudowy i zamknięcia. Był to okres bardzo wyczerpujący dla Dyrektora p. Duszy oraz uczniów i nauczycieli którzy  korzystali z gościnności SP nr 2, SP nr 8 i SP nr 6. Trwało to od marca1969 do kwietnia 1970. Można powiedzieć, że rok i tylko rok gdyż był to okres tzw. czynów społecznych, więc rodzice i zakłady pracy pomagały w remoncie. To znacznie skróciło niedogodności jakie wówczas przeżywali bo pierwotnie remont był planowany do września1970r. Za te osiągnięcia szkoła otrzymała dyplom uznania nadany przez Miejski Komitet Frontu Jedności Narodu. Przy tej okazji w ramach czynu powstały później dwa boiska szkolne, bieżnia i skocznia a klasopracownie zostały wyposażone w nowoczesne pomoce dydaktyczne. 5 XI.1965rodbyła się uroczystość nadania szkole imienia Marii Dąbrowskiej. Doniosłym wydarzeniem w życiu szkoły była również uroczystość nadania 7 V 1988r, ufundowanego przez Komitet Rodzicielski sztandaru. Wyż demograficzny i powstające w latach 80-tych osiedle bloków spółdzielni mieszkaniowej and#8222;Hutnikand#8221; oraz ciągła rozbudowa domów w dzielnicy Zuzanka spowodował, że szkoła zrobiła się bardzo ciasna. Powstały wówczas  Komitet Rozbudowy Szkoły doprowadził do wybudowania w latach 1988-1992 nowego skrzydła szkoły. Szkoła dwukrotnie przechodziła swój wyż demograficzny wówczas liczyła ponad 1000 dzieci. Były to lata 1967-1971oraz  lata 1990-2000 (w r. szk 1997/98 było1280 uczniów) Najwięcej oddziałów klasowych było w latach1996-98 -44 klasy. Dzieci uczyły się wówczas na 3 zmiany. Najliczniejsza  Kadra pedagogiczna była w r. 1998-99 i  liczyła 67 osób. W szkole zawsze prężnie działały kółka przedmiotowe oraz liczne organizacje,  takie jak: ZHP, TPPR, LOP, PCK, LOK, SFBiJ, samorządy klasowe oraz Rada Młodzieżowa. To właśnie w tej szkole przez 50 lat swej działalności zaszczepiono wielu dzieciom fachową wiedzę i umiejętności. Świadczą o tym liczne osiągnięcia dzieci w różnorodnych konkursach i zawodach. 

Szczegóły z historii oraz współczesnej działalności szkoły możemy  odnaleźć w monografii szkoły wydanej z okazji 50-lecia jej istnienia.

Tekst J.S.Gębka.
Foto: kroniki SP9 
 
 
</description>
        </item><item>
        <title>Kościół Ewangelicko-Augsburski w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kosciol_ewangelickoaugsburski_w_zawierciu</link>
        <description>
  Kościół Ewangelicko-Augsburski choć już w Zawierciu nie istnieje, to odgrywał ważną rolę w zawierciańskim społeczeństwie i dlatego warto o nim wspomnieć.  Jest to chrześcijański ruch reformacyjny. Jednym z jego  nurtów jest ewangelicyzm - (inaczej nazywani luteranami).  Oficjalnie w Polsce został zarejestrowany i uzyskał stanowisko prawne 25 listopada 1936r na mocy dekretu prezydenta Rzeczpospolitej. Zgodnie z zapisami na czele kościoła stał Biskup, władzę administracyjną sprawował Konsystorz (najwyższa władza administracyjno- sądowa), a władzę ustawodawczą sprawował Synod. Kościół został podzielony na 10 diecezji, na czele których stali seniorowie. Parafia Zawierciańska była na terenie dzisiejszej diecezji katowickiej. Początki kościoła były jednak o wiele wcześniejsze. W niedługim czasie po wystąpieniu ks. dr Marcina Lutra, gdy to 3.10. 1517r zawiesił na drzwiach w Wittemberdze  95 tez, w których nie zgadzał się z niektórymi założeniami kościoła Rzymskiego, jego nauki i pisma docierają do Polski. Pierwsze parafie luterańskie powstają w Wielkopolsce, Pomorzu a następnie w Małopolsce i na Śląsku. Na terenie ziemi zawierciańskiej wyznanie ewangelickie pojawiło się podczas rewolucji przemysłowej na przełomie XIX i XX wieku. Do miasta zaczęli napływać zachodni przemysłowcy (głównie Niemcy), którzy następnie ściągali do pracy niemieckich robotników będących wyznania głównie luterańskiego. Do czasu powstania pierwszej kaplicy w 1890r ludzie zbierali się samoistnie na modlitwie. Nie było tam księdza, a nabożeństwem kierowali wybrani przez ludzi Kantorzy. Kantor (łac. cantor - śpiewak) może to być osoba świecka, która głównie prowadziła śpiew i psalmy (tak jak obecny organista) ale i zajmowała się czytaniem i prowadzeniem nabożeństwa. Pierwszym kantorem w Zawierciu w 1879r został Daniel Stein. Pierwsze próby budowy kościoła były już w 1888r, ale dopiero ok. 1890 lub 92r Manduuml;nch Fryderyk podarował na ul. Łośnickiej (obecna Piłsudskiego) 2000m2 gruntu (w tym czasie była to miara 50 prętów2) pod budowę świątyni. Choć władze carskie nie były zachwycone budową to komitet budowy zwrócił się do Gubernatora Guberni Piotrkowskiej (Zawiercie należało do Guberni Piotrkowskiej) i Warszawskiej o pozwolenie na budowę i oficjalną przynależność do parafii w Częstochowie. Do tej pory Zawierciem nieoficjalnie zajmowali się pastorzy z Dąbrowy Górniczej. W 1895r plan budowy Domu Bożego był już gotowy, a ofiarodawca gruntu za niemałą sumę 10 tysięcy rubli zgodził się wybudować kościół w stylu gotyckim. Przez trzy lata wierni zbierali pieniądze by w 1898r rozpocząć budowę, która w dość szybkim czasie (gdyż już po roku) została skończona. 29 października 1899roku wierni obchodzili święto oddania do użytku kościoła. Jako ciekawostkę mogę podać, że po dużym powiększeniu zdjęcia, które nie było robione od frontu ale trochę z boku, udało mi się częściowo odczytać niemiecki napis, który był umieszczony na wieży kościoła i brzmi następująco: andbdquo; Chwała Bogu na wysokościach!  W pamięci cudowne ocalenieandhellip;andhellip;.andrdquo; (Może komuś po obróbce komputerowej uda się odczytać kolejne trzy wiersze, które są napisane mniejszymi literami.) W ceremonii przekazania kościoła wzięli udział pastorzy z Łodzi: Fabian Gundelach, Angersteni, pastor z Piotrkowa Miller oraz Manitius z Warszawy. Nabożeństwa były odprawiane w języku niemieckim, choć co jakiś czas w języku polskim, gdyż wiarę tą przyjęło część rodowitych Zawiercian. Od 1911 lub 12r Zawiercie stanowiło filiał (oddział, filia) usamodzielnionej w 1906r Parafii Ewangelickiej w Częstochowie. Do filiału zawierciańskiego należały między innymi: Myszków, Łazy, Poręba, Siewierz, Ogrodzieniec, Wysoka, Kromołów. Kościołem zarządzało Kolegium w skład którego wchodzili zacni mieszkańcu tacy jak: Erbe Aleksander, Hamenn Ernest, Molin Paweł, Schenkier Gustaw, Guttel Edward, Munsch August, Stein Lothar i Liebelt Henryk, a pastorem w tym czasie był Leopold Wojak z Częstochowy. W 1911r na terenie parafii częstochowskiej było 1300 wiernych, z czego filia zawierciańska liczyła ok. 600 osób.    W czasach swojej działalności, zawierciański filiał nie posiadał plebanii, gdyż tylko parafie były w ich posiadaniu. Od wielu osób słyszałem informacje, że w budynku obok kościoła (który stoi do dnia dzisiejszego) mieściła się parafia ewangelicka, inni mówili, że jej tam nie było, a dom należał do rodziny Piaskowskich.  Najprawdopodobniej ani jedna ani druga informacja nie jest do końca prawdziwa. Skontaktowałem się z potomkami owej rodziny i wiele ciekawych informacji otrzymałem od Pani Wacławy Piaskowskiej, która wraz z mężem Mieczysławem mieszkała w tym domu od lat 30-tych aż do powojennych. Wynajmowali cały dół od rodziny Perłowskich (lekarzy lub właścicieli apteki), którzy byli w posiadaniu tego domu. Podobno poprzednim lokatorem był ksiądz ewangelicki. Nie wiadomo czy mieszkał tam na stałe, ale bardziej prawdopodobne jest to, że mieszkanie było tylko wynajęte do załatwiania spraw urzędowych. Nie wykluczone, że czasem mógł tam nocować, ale raczej tylko tam pracował. Wspominała też, że ksiądz korzystał z tego mieszkania tylko do czasu I Wojny Światowej. O tym, że tak mogło być świadczy fakt, że w tym pomieszczeniu znajduje się piękny zabytkowy piec kaflowy, (którego nie jedno muzeum nie mogłoby się powstydzić) i wspaniały sufit o geometrycznych kształtach i z motywami roślin, kwiatów i aniołów. Obecny właściciel pan Paweł mówił, że właśnie z tego mieszkania  korzystał ksiądz ewangelicki. Pokazywał mi także kawałek futryny ze starych drzwi z tego mieszkania, na której widniała data 1897r.        Wiele nieścisłości pojawiło się też wokół powstania cmentarza ewangelickiego w Zawierciu. Toteż musiałem udać się do autorytetu w tej dziedzinie pana Jerzego Abramskiego . Wyjaśnił mi, że w pierwszych latach pobytu Luteran w Zawierciu, zmarłych chowano na cmentarzu w Porębie, który powstał 1861r i był również miejscem pochówku ewangelików z innych okolicznych miejscowości. Znajdował się tam między innymi grobowiec rodziny Erbe założycieli Odlewni Żeliwa w Zawierciu. Cmentarz Ewangelicki  w Zawierciu powstał w kilka lat po zbudowaniu kościoła. Obecnie jest to miejsce pochowku Parafii NMP w Zawierciu. Z uwagi na to, że parafia nie miała własnego cmentarza w 1980r przejęła od parafii ewangelickiej w Częstochowie nieużywany od wielu lat cmentarz, gwarantując, że znajdujące się tam 29 ewangelickich grobów będzie zachowane przez 20 lat. Na tym cmentarzu byli pochowani Berndtowie- właściciele fabryki włókienniczej i członkowie Zarządu Miejskiego. Ciekawostką jest, że w 1929r chciano założyć cmentarz po lewej stronie w pobliżu drogi z Zawiercia do Ciągowic. Teren pod cmentarz o pow. 5600 m2 i wartości 3000 zł ofiarował Stanisław Holenderski (był Żydem a nie ewangelikiem), ale do czasu okupacji nie został on oddany do użytku, ponieważ w darowiźnie była adnotacja, że cmentarz ma powstać w przeciągu kilku lat, gdyż inaczej darowizna zostanie cofnięta. W latach 20 tych kolegium kościelne miało siedzibę przy ul. Leśnej 19, a budżet parafii w latach 1930-32 wynosił 3600  zł, z czego składki parafian wynosiły 90%, a największe datki ofiarowali zamożni mieszkańcy: Erbe- 600 zł, Schenkler-240 zł, Steinhagen- 120 zł, Jack- 120zł. Od 1935r pastorem w Zawierciu był Jerzy Tytz z parafii z Sosnowca. Po wybuchu II Wojny Światowej został on aresztowany i uwięziony przez hitlerowców. Podczas wojny budynek kościoła został praktycznie całkowicie zniszczony. Zwalona wieża i w dużym stopni zburzony budynek przedstawiał bardzo smutny widok. Pomimo, że większość ewangelików wyjechała z miasta w 1945r opiekę nad parafią przejął ks. Tadeusz Wojak z Częstochowy. W 1954r na zebraniu Cechu podjęto decyzję o budowie Domu Rzemiosła w Zawierciu. Do Warszawy udała się delegacja i po rozmowach z Konsystorzem kościoła zaproponowali 30 tys. zł za posesje. Proponowana suma nie została przyjęta i zażądano 35 tyś zł na co delegaci wyrazili zgodę. 29 lipca 1954r przedstawiciel Kościoła Ewangelickiego ks. Robert Fiszkal i Zarząd Cechu dokonali spisu aktu kupna i sprzedaży ruin kościoła w celu przebudowy go na Dom Rzemiosła. Już w tym samym roku zaczęto przystosowywać były kościół, by zakończyć  budowę. Poświęcenie Domu Rzemiosła odbyło się 25.10. 1957r. Po wojnie do wyznania ewangelickiego przyznawała się niewielka liczba ludzi. W  latach 80-tych podobno w naszym mieście mieszkało jeszcze kilku starszych wiekiem ewangelików, do których przez jakiś czas przyjeżdżał częstochowski ksiądz i indywidualnie odprawiał im msze święte w domu. Czy do tej pory jeszcze ktoś żyje, lub jest w Zawierciu jakiś ewangelik? Tego nie wiem, ale byłoby fajnie gdyby można było jeszcze z kimś wiarygodnym na ten temat porozmawiać, chyba że ktoś z czytelników ma jakieś materiały lub informacje, to chętnie uzupełnimy ten temat.
Jadwiga Sławomir Gębka</description>
        </item><item>
        <title>Jan Gubała (1907-1940) and#8211; nauczyciel, społecznik i żołnierz</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/jan_gubala_19071940_8211_nauczyciel_spolecznik_i_zolnierz</link>
        <description>Jeżeli popatrzymy na działalność organizacji społecznych przez pryzmat struktury zawodowej ich działaczy, nietrudno dostrzec, iż w dużej mierze wywodzą się oni ze środowiska nauczycieli. Co ciekawe, ich aktywność społeczna nie wygasa w momencie zakończenia pracy zawodowej, a wręcz przeciwnie: zaangażowanie wzrasta, a w dodatku w wir pracy społecznej wciągają inne osoby. Tworząc historyczną galerię zawierciańskich społeczników trudno więc pominąć przedstawicieli tej grupy zawodowej.  

Nauczyciel. Często definiując ten zawód używa się słowa andbdquo;misjaandrdquo;. Życie Jana Gubały niewątpliwie może służyć za przykład takiego właśnie pojmowania roli nauczyciela w szkole i w środowisku pozaszkolnym. Żył i mieszkał w Zawierciu w trudnych czasach. Swoje krótkie życie poświęcił wychowaniu młodzieży w duchu patriotycznym i sam złożył największą ofiarę na ołtarzu Ojczyzny.
Dzieciństwo i młodość

Był andbdquo;Zagłębiakiemandrdquo; z krwi i kości. Urodził się w Sosnowcu 9 czerwca 1907 r. jako syn Tomasza i Franciszki z Jasińskich. W Sosnowcu ukończył szkołę powszechną. Następnie kontynuował naukę w seminarium nauczycielskim. Od najmłodszych lat wykazywał zapał do pracy społecznej. Edukację rozpoczął w szkole fabrycznej Towarzystwa andbdquo;Hr. Renardandrdquo; w Sosnowcu, gdzie zdobywał pierwsze ostrogi w działalności społecznej, w szkolnej drużynie harcerskiej.  

Jako uczeń Seminarium Nauczycielskiego im. A. Mickiewicza w Sosnowcu, należał do Towarzystwa Gimnastycznego andbdquo;Sokółandrdquo;. Wcześniej, w roku 1924, uczestniczył w obozie Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego (PWiWF) w Starym Sączu. W 1926 r. widzimy go na szkoleniu członków Ochotniczych Straży Pożarnych. 

Po ukończeniu nauki w seminarium nauczycielskim odbywa przeszkolenie wojskowe w Szkole Podchorążych nr 5 - Kraków Łobzów. Absolwenci seminariów nauczycielskich, z uwagi na przygotowanie pedagogiczne, stanowili elitę oficerów rezerwy. 

W jego życiorysie znajdujemy również roczny epizod związany z nauką w Seminarium Duchownym w Krakowie, ale powołanie kapłańskie nie było jego przeznaczeniem.
Pierwsza praca

Szkoła powszechna w Grodźcu była jego pierwszą placówką. Już wtedy zauroczony był pięknem jurajskich krajobrazów oraz romantycznych ruin zamkowych. Jako uczeń seminarium uczestniczył w wycieczkach w okolice Zawiercia. Będąc już nauczycielem, dzielił się zamiłowaniem do Jury z uczniami, organizując szkolne wycieczki. 

Wkrótce został przeniesiony służbowo do Tomaszowic w gminie Niegowa, gdzie wpadł w wir pracy społecznej. Organizuje wycieczki szkolne oraz patronuje działalności Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej w Żarkach. W Domu Ludowym mieszkańcy Żarek mogli podziwiać przedstawienia teatralne, organizowane przez młodego nauczyciela. Organizuje też chór, który w swoim repertuarze sięgał po ambitne dzieła kompozytorów światowej sławy. 

Jego zaangażowanie zawodowe, społeczne i talent organizatorski dostrzegli przełożeni. Wkrótce został przeniesiony służbowo do miasta powiatowego.
W mieście andbdquo;skazanym na wymarcieandrdquo;

Przeniesienie do Zawiercia związane było z nową pracą w Szkole Powszechnej nr 2, w której w 1932 r. objął posadę nauczyciela tymczasowego. W dniu 24 listopada 1934 r. został mianowany nauczycielem stałym. Młodemu pedagogowi przypadła praca z zawierciańską młodzieżą w okresie najtrudniejszym dla miasta. Były to bowiem lata najcięższego w jego historii kryzysu gospodarczego. 

Pracy tej oddał całe swoje serce. Przy jego symbolicznym grobie na cmentarzu w Zawierciu jeszcze dzisiaj zatrzymują się byli uczniowie, wspominając Jana Gubałę, gdy wspomagał ich dobrym słowem i otaczał opieką.

Oprócz pracy w popularnej andbdquo;dwójceandrdquo;, uczył również w Szkole Rzemieślniczej Polskiej Macierzy Szkolnej przy ulicy Kopalnianej jako nauczyciel języka polskiego, geografii i wychowania obywatelskiego. W 1932 r. awansowano go do stopnia podporucznika rezerwy. 

Jako urodzony społecznik należał do kilku organizacji działających wówczas w Zawierciu. Był członkiem Koła Oficerów Rezerwy, czynnie włączył się w prace Związku Nauczycielstwa Polskiego. Jednak wielu mieszkańcom miasta przed rokiem 1939 kojarzy się przede wszystkim jako komendant kompanii powiatowej Związku Strzeleckiego. Maszerująca kompania andbdquo;Strzelcówandrdquo; i na jej czele komendant Jan Gubała. Był to powszechny obrazek na ulicy 3 Maja w latach trzydziestych. 

Wkrótce został wybrany komendantem powiatowym Związku Strzeleckiego i pełnił tę funkcję aż do września 1939 roku. Jako organizator imprez sportowych (organizowanych przez PWiWF) wykazywał się znakomitą sprawnością fizyczną, czego dowodem jest posiadanie Państwowej Odznaki Sportowej w stopniu złotym. Latem można było spotkać go na obozach Związku Strzeleckiego na Centurii. Nic też dziwnego, że już po krótkim okresie pracy i działalności społecznej, jego zaangażowanie zostało docenione - otrzymał Krzyż Zasługi w stopniu brązowym. 

Z uwagi na aktywny udział i pracę w Związku Strzeleckim, był osobą znaną i popularną w całym ówczesnym powiecie zawierciańskim. Ślady jego wrażliwości na trudne problemy międzywojennego Zawiercia znajdują się wśród pamiątek rodzinnych, gdzie możemy zobaczyć dowody jego hojności (na miarę skromnej pensji nauczyciela), polegającej na wspieraniu działalności charytatywnej w formie andbdquo;datkówandrdquo;.
Tragiczny wrzesień

Jako jeden z nielicznych oficerów rezerwy z Zawiercia, Jan Gubała ukończył kurs dla dowódców kompanii w 11. pułku piechoty w Tarnowskich Górach. Otrzymał przydział mobilizacyjny do 74. pułku piechoty w Lublińcu, w którym rozpoczął walkę z najeźdźcą jako dowódca plutonu III batalionu. Żołnierskie szczęście pozwoliło Gubale razem z podwładnymi wymknąć się z kotła w okolicach Złotego Potoku. Razem z innymi oddziałami Armii Kraków jego pluton cofa się pod Tomaszów Lubelski. 

Po wkroczeniu Sowietów i kapitulacji, postanawia przedzierać się do Rumunii, żeby kontynuować walkę z najeźdźcą już na obczyźnie. Prawdopodobnie w okolicach Kowla dostał się do sowieckiej niewoli. W listopadzie żona Helena otrzymuje kartkę z obozu w Starobielsku. Wiosną 1940 r. urywa się korespondencja. Informację o tragicznych losach Gubały przekazał jego żonie pewien Niemiec, który zginął później pod Stalingradem.  
Rodzina

W 1935 r. zawarł związek małżeński z Heleną Łączek. Z okazji tej uroczystości mieszkanie rodziców młodej pary zasypane zostało stosem telegramów, których nadawcami byli członkowie organizacji działających na terenie Zawiercia. Wincenty Barański - dziadek żony - był w 1863 r. uczestnikiem Powstania Styczniowego. To zobowiązywało. 

Pani Barbara Zaporowska - córka Jan i Heleny, z pietyzmem pielęgnowała pamiątki po ojcu. Regularnie odwiedzała zawierciański cmentarz i grób rodziców.  andbdquo;Kustoszemandrdquo; zbiorów rodzinnych ustanowiła swego syna Piotra. Razem z wnuczkiem Jana Gubały, pani Barbara była na cmentarzu w Katyniu, gdzie znajduje się grób obrońcy z września 1939 roku. 

W 2007 r. pośmiertnie awansowany został on do stopnia porucznika. Wcześniej odznaczony był pamiątkowym Krzyżem Kampanii Wrześniowej (Londyn) oraz medalem Za Udział w Kampanii Wrześniowej. Rodzinne zbiory fotografii i dokumentów mogą być ozdobą niejednej wystawy obrazującej przeszłość Zawiercia, a nawet historii Polski. 

W roku 2009 uczniowie Gimnazjum nr 1 posadzili przed szkołą Dąb Pamięci, który zadedykowali zawierciańskiemu nauczycielowi. Drugi dąb poświęcono innemu nauczycielowi, Eustachemu Serkesowi. Razem uczyli, razem działali na rzecz zawierciańskiej społeczności, razem spoczęli na katyńskim cmentarzu. Na zawierciańskiej nekropolii znajdują się również blisko siebie ich symboliczne groby.  
                               Zdzisław Kluźniak


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w kwartalniku andbdquo;Zawiercianinandrdquo; nr 1(7)/2011. www.zawiercianin.pl 
 </description>
        </item><item>
        <title>Władysław Jędrzejewski</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/wladyslaw_jedrzejewski</link>
        <description>
Był on bokserem  wagi ciężkiej i wychowankiem w latach 1954-57   Klubu sportowego andbdquo;Włókniarzandrdquo; Zawiercie. Następnie reprezentował andbdquo;Motorandrdquo; Łabędy (1957-58), ŁKS andbdquo;Stalandrdquo; Łabędy (1959-61) i andbdquo;Hutnikandrdquo; Nowa Huta (1962-69). Zakończył karierę w 1970r jako zawodnik KS andbdquo;Hutnikandrdquo; Kraków. Był 5-cio krotnym Mistrzem Polski: 1957,1960,1961,1962,1965; Wicemistrzostwo 1958r. Dwukrotny uczestnik Igrzysk Olimpijskich. Rzym 1960-w pierwszej walce przegrał z Danielem Bekkerem(RPA), Tokio1964- w pierwszej walce przegrał przez tko. z Władimirem Jemielianowem (ZSRR). Obydwoje wygrani byli późniejszymi medalistami. Dwukrotny uczestnik ME: 1959r -Lucerna zdobył brązowy medal przegrywając w półfinale z Andriejem Abramowem, Moskwa 1963r w pierwszej walce przegrał z Josefem Nemcem (CSRS) późniejszym mistrzem. Był 22 razy reprezentantem Polski w zawodach międzynarodowych w latach 1957-65 odnosząc 16 zwycięstw i 6 porażek. Dwukrotnie triumfował w Turnieju Przedolimpijskim PZB i andbdquo;Trybuny Luduandrdquo; 1958 i 1965r.W sumie stoczył 230 walk z czego 188wygrał 2 zremisował i 40 przegrał. To co tu było napisane są to andbdquo;sucheandrdquo; fakty ale przybliżmy  Pana Władysława trochę z innej strony.           Władysław Jędrzejewski ur. 23 kwietnia 1935r. w Zawierciu był synem Józefa i Heleny, spawacz, mierzył 189cm wzrostu i ważył 95kg. Był nazywany andbdquo;nieustraszonym Władziemandrdquo;.           W latach 1958-67 był rozgrywany turniej przedolimpijski andbdquo;Trybuny Luduandrdquo; i PZB którego celem było wyłonienie najlepszych zawodników do kadry olimpijskiej. Po jego zakończeniu Jerzy Zmarzlik w Przeglądzie Sportowym tak skomentował walkę Jędrzejewskiego w pierwszym turnieju: andbdquo;Jędrzejewski, którego już powoli chciano wycofać z rozważań o reprezentacji zrobił chyba największą niespodziankę. Walczył jak lew. To jest chyba nasz pierwszy od wielu lat bokser wagi ciężkiej, który nie załamuje się przy zainkasowaniu pierwszego silnego ciosu, ma lwie serce i niespotykaną ambicję.andrdquo;         Władysław Leśniak prezes KS andbdquo;Włókniarzandrdquo; Zawiercie tak opowiada historię rozpoczęcia kariery bokserskiej Władysława. andbdquo;Wspomina, że trener Czesław Skałecki i pozostali działacze sekcji usilnie poszukiwali w Zawierciu jak i w pobliskich miejscowościach zawodnika wagi ciężkiej. Drużyna była dość silna, ale w wadze ciężkiej przeciwnik otrzymywał punkty walkowerem gdyż nie było zawodnika  w tej kategorii. Styczeń 1954r. Zima była dość ostra. Na placu fabrycznym Zawierciańskich Przemysłu Bawełnianego ruch jak zawsze. Ludzie samochody, ciągniki, wagony kolejowe. Równolegle z szynami bocznicy kolejowej jechał ciągnik z przyczepą. Niczym nie różnił się od innych. Kierowca widząc grupkę idących naprzeciw ludzi lekko przyhamował i zjechał na bok. Tylne koło ciągnika wpadło w przerębel. Traktorzysta zszedł ociężale z maszyny, schylił swą czarną rozwichrzoną czuprynę, chwycił za koło, uniósł do góry tył pojazdu, nadrzucił iandhellip; pojechał dalej. Ludzie przystanęli. Kto to jest? Jędrzejowski czy Jędrzejewski odpowiedział inny, zresztą to nie ma znaczenia. Dla dwóch ludzi z tej grupy, członka zarządu Władysława Wodzyńskiego i prezesa klubu Włodzimierza Czecha ten epizod miał jednak wielkie znaczenie. Po kilku minutach odnaleźli traktorzystę i nawiązali z nim rozmowę: -Czy zechciałbyś boksować w naszym klubie? - W jakim klubie? Wzruszył ramionami umorusany traktorzysta zapinając kufajkę. - W naszym klubie sportowym andbdquo;Włókniarzandrdquo;. -Na razie walić będziesz pięścią w skórzaną gruszkę, potem w worek, a później zobaczymy. Jak zostaniesz bokserem wyjeżdżać będziesz na zawody i dostaniesz co miesiąc żywnościową paczkę. -Mogę spróbowaćandhellip; Tego samego dnia wieczorem trener Skałecki ucieszył się niezmiernie kiedy na salę gimnastyczną przy ul. 11-go Listopada wprowadzono potężnie zbudowanego młodzieńca. Szkoleniowiec uprzedzony wcześniej zagadnął: -kolega Jędrzejewski? I wyciągnął dłoń na powitanie. Przybył skinął głową, podał rękę i po kilku minutach był już wśród ćwiczących. Wyróżniał się nie tylko sylwetką ale i ubiorem. Gospodarz klubu Józef Sękalski przewrócił andbdquo;do góry nogamiandrdquo; cały magazyn i nie znalazł dla nowo przybyłego ani spodenek ani koszulki nie mówiąc już o trampkach. Wszystko było za małe co najmniej o dwa numery. Musiał więc Władzio swój pierwszy trening przeprowadzić boso, bez koszulki iandhellip; we własnych kalesonach. Nie to było najważniejsze. Stokroć radośniejszy dla młodej sekcji był fakt, że jest wreszcie w ich szeregach andbdquo;ciężkiandrdquo;. Zresztą od pierwszego treningu pozyskał ogólną sympatię. Na stałe dla Jędrzejewskiego pracowite dni nauki nieznanej mu dotąd sztuki pięściarskiej. Fakt, że wychowywał się bez rodziców w ciężkich warunkach nie był dla działaczy andbdquo;Włókniarzaandrdquo; obojętne-pomagali mu jak mogli, aby tak rzadki uśmiech na jego twarzy pojawiał się jak najczęściej. Jędrzejewski odwzajemniał się systematycznością i sumiennością na treningach. Ze zdwojoną energią przystąpił do pracy na jednym z oddziałów produkcyjnych, zaczął się z zapałem uczyć, odrabiając zaległości ze szkoły podstawowej.andrdquo;              W innym miejscu Władysław Leśniak pisze: andbdquo; 4 marca 1956r Jędrzejewski zdobył tytuł mistrza Śląska, by następnie na Mistrzostwach Polski przegrać brązowy medal po wyrównanej walce z reprezentantem kraju Kumorkiem. Po tej walce trafił do notesu pierwszego trenera Polski Feliksa Stamma. Sprawozdawca sportowy Jan Ciszewski zaprosił Jędrzejewskiego oraz prezesa Czecha do katowickiej rozgłośni by przeprowadzić wywiad. Działacze klubu orzekli, że mistrz nie może stawić się przed mikrofonem Polskiego Radia w takim płaszczu jaki posiadał. Zaopatrzeniowcy ZZPB spenetrowali wszystkie sklepy odzieżowe Zawiercia i okolic i na figurę pięściarza nic nie znaleźli. Dyrektor zakładu Stefan Sukiennik wydał decyzję: Zakładowe szwaczki i krawcowe przez wieczór i noc mają uszyć płaszcz. Uszyły! Tuż przed wyjazdem gdy Jędrzejewski przymierzał nowo uszyty płaszcz, a działacze oglądali jak się prezentuje, ten podniósł ręce do góry iandhellip; pękło pod pachami. Dziurę szybko zaszyto a prezes prosił jedynie- andbdquo;Władzio nie ruszaj rękami i żadnych zbędnych ruchów tułowiemandrdquo;. Niespodzianki z płaszczem już nie było, ale mistrz ringu był pod takim wrażeniem, że powtarzał niekiedy po kilka razy wypowiedziane wyrazy- ta praca w hali i na zawodach daje owoce, owoce, owoce, owoce sukcesu. Tym razem pomógł redaktor Ciszewski - nie martw się przyjacielu wytniemy z taśmy trzy owoce i zostanie jeden. Tak też się stało. Sekretariat klubu przy ul. 11 Listopada był za mały by pomieścić wszystkich, którzy chcieli wspólnie wysłuchać wieczornej audycji andbdquo;Przy muzyce o sporcieandrdquo; poświęconej najpopularniejszemu mieszkańcowi Zawiercia. Władysław Jędrzejewski przerastał swoimi umiejętnościami zawodników, z którymi walczył na co dzień w klasie andbdquo;Aandrdquo;. Bardziej zadziornych nokautował, a ponieważ był łagodnego usposobienia pomagał czasem wynieść pokonanego przed czasem zawodnika. Niekiedy przeciwników oszczędzał w następstwie czego otrzymywał upomnienie od sędziego za markowanie walki. Często też wysłuchiwał trzech uderzeń gongu ponieważ rywale nie bardzo kwapili się do walki z zawodnikiem, o którym było już głośno w światku bokserskim.andrdquo;            Na pewno takich opowieści o andbdquo;nieustraszonym Władkuandrdquo; jest tyle, ilu jest ludzi, którzy Go znali i z Nim przebywali. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to - by pamiętać, że w Zawierciu mieliśmy kiedyś olimpijczyka   Władysława Jędrzejewskiego.

Tekst i foto Jagoda i Sławomir Gębkowie.
Jeżeli posiadacie państwo jakieś ciekawe fotografie prosimy o kontakt pod adresem: jaslaz@poczta.onet.pl</description>
        </item><item>
        <title>Henryka Jaklicz (1892-1975) - pierwsza zawierciańska radna </title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/henryka_jaklicz__pierwsza_zawiercianska_radna_</link>
        <description>Początek XX wieku to czas emancypacji kobiet, spragnionych udziału w życiu społecznym i zawodowym. Bohaterka artykułu spędziła w Zawierciu prawie pół wieku, aktywnie uczestnicząc w pracach na rzecz jego mieszkańców, przede wszystkim młodzieży.


 Dzieciństwo i młodość

Henryka Eleonora przyszła na świat w Zawierciu 3 kwietnia 1892 r. w rodzinie znanych zawierciańskich ewangelików. Jej ojciec Juliusz Isaak pracował w fabryce bawełny Towarzystwa Akcyjnego andbdquo;Zawiercieandrdquo;, gdzie zajmował się rytownictwem wzorów tkanin na metalowych walcach. W pamięci mieszkańców Zawiercia utrwalił się jego niezwykły wizerunek badacza miejscowych owadów - był znanym w Europie entomologiem i kolekcjonerem motyli. Matka Henryki, Emilia, pochodziła z szanowanej, również ewangelickiej rodziny Klossów. Jej brat - Aleksander, nie przewija się natomiast w zawierciańskich sagach rodzinnych i pozostaje tajemniczą postacią. 

Po ukończeniu gimnazjum ok. 1908 roku, Henryka jako pierwsza zidentyfikowana kobieta z Zawiercia rozpoczęła studia - w Wyższej Szkole Języków Nowożytnych w Dorpacie. Po zakończeniu nauki powróciła do Zawiercia tuż przed wybuchem I wojny światowej; o jej aktywności zawodowej z tego okresu brak informacji.

W rodzinnym mieście wkrótce poznała swego przyszłego męża - Włodzimierza Jaklitscha, nauczyciela greki i łaciny w miejscowym społecznym progimnazjum męskim. Henryka i Włodzimierz w 1917 r. zawarli związek małżeński w obrządku rzymsko-katolickim, w kościele parafialnym w Kromołowie, po uzyskaniu przez Henrykę dyspensy od ks. Franciszka Zientary. Ślubu młodej parze udzielił prefekt zawierciańskich szkół, ks. Stefan Banasiński. Dwa lata później przyszedł na świat ich syn, Andrzej. Później małżeństwo doczekało się jeszcze córki, Marii. Rodzeństwo swoje dorosłe życie związało z Łodzią.
W Seminarium Nauczycielskim

Pracę zawodową Henryka Jaklicz podjęła w działającym w Zawierciu od 1916 r. Żeńskim Seminarium Nauczycielskim (szkoła społeczna), które od 1922 r. posiadało status szkoły państwowej. We wspomnieniach uczennic jawi się jako osoba o wielkim autorytecie, podziwiana za posiadaną wiedzę i szanowana za zaangażowanie w proces kształcenia i wychowania przyszłych nauczycielek. W 1928 r. została mianowana dyrektorką Państwowego Seminarium Żeńskiego i pełniła tę funkcję do momentu likwidacji placówki w wyniku reformy szkolnictwa w 1936 r. 

W oficjalnych dokumentach używała nazwiska Jakliczowa, mimo iż mąż konsekwentnie stosował galicyjską pisownię Jaklitsch. Sukcesy zawodowe nie zawsze szły w parze ze szczęściem rodzinnym. Pod koniec lat dwudziestych jej mąż Włodzimierz opuścił Zawiercie, aby objąć posadę nauczyciela w gimnazjum w Piotrkowie. Tam też wkrótce udał się syn Andrzej w celu pobierania nauki w tym samym gimnazjum. Henryka Jaklicz rekompensowała sobie tego rodzaju niedogodności zaangażowaniem zawodowym i społecznym.

W 1930 roku, w ramach programu budowy 1000 szkół w II Rzeczypospolitej, narodził się pomysł wzniesienia nowej siedziby Żeńskiego Seminarium Nauczycielskiego. Jego budowę rozpoczęto w 1933 r., a pod koniec kolejnego roku pierwsi uczniowie mogli usiąść w ławach nowej szkoły. Wokół tej inicjatywy społecznej zgrupowali się czołowi przemysłowcy Zawiercia, ze Stanisławem Holenderskim na czele. Natomiast dyrektor Jakliczowa osobiście szukała na terenie powiatu zawierciańskiego środków finansowych, aby zamiar ten się powiódł. 

Już w trakcie budowy szkoły wiedziano, że będzie tutaj funkcjonowało pierwsze w mieście gimnazjum koedukacyjne. Henryka Jakliczowa w latach 1934-1936 była jednocześnie dyrektorką dwóch szkół - Seminarium Nauczycielskiego oraz gimnazjum koedukacyjnego. Z tego okresu zachowała się ciekawa anegdota. Jeden z uczniów gimnazjum opowiadał, że w końcu lat trzydziestych samotną dyrektorkę postrzegano jako żonę... pułkownika Józefa Jaklicza - oficera Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, co oczywiście nie było prawdą.
Praca na społecznej niwie

Nic dziwnego, iż Henryka Eleonora Jaklicz, jako osoba rozpoznawalna i pełna zapału do pracy społecznej, wybrana została w 1934 r. do rady miasta. Jako pierwsza zawierciańska radna weszła także w skład ścisłego zarządu rady miasta. Zaangażowała się przede wszystkim w działalność na rzecz oświaty. W tym trudnym dla miasta okresie współorganizowała akcje półkolonijne dla dzieci osób bezrobotnych. Na wielu ówczesnych fotografiach widzimy ją podczas odwiedzin takich placówek. 

Była sympatykiem rządzącej sanacji i dała temu wyraz, wstępując po 1937 r. do Obozu Zjednoczenia Narodowego. Aktywnie uczestniczyła w pracach reaktywowanej Polskiej Macierzy Szkolnej, zarządzając jej zasobami bibliotecznymi od 1936 r. Aktywnie brała udział od 1933 r. również w pracach zarządu Koła Przyjaciół Harcerstwa. 

Na tajnych kompletach 

Wiosną 1939 r. w kierowanym przez nią gimnazjum koedukacyjnym pierwsza grupa uczniów zdawała maturę. Po hitlerowskiej agresji, 9 września w nalocie bombowym na Warszawę zginął mąż Henryki, Włodzimierz Jaklitsch, który przeprowadził się tutaj na krótko przed wybuchem wojny. 

Po zamknięciu w 1940 r. zawierciańskich szkół przez hitlerowców, Henryka Jakliczowa kontynuowała nauczanie na tajnych kompletach w prywatnych mieszkaniach. Jesienią tego roku, po serii aresztowań m.in. wśród nauczycieli z Tajnej Organizacji Nauczycielskiej (TON), opuściła Zawiercie i udała się do Piotrkowa, w którym jej syn rozpoczął aplikację sądową po ukończeniu studiów prawniczych. Stamtąd trafiła do Żyrardowa, gdzie znajomy jeszcze z Zawiercia, inżynier Dębski, załatwił jej mieszkanie w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła ewangelickiego. 

Od razu aktywnie włączyła się do pracy w tajnym nauczaniu. Pracując w Żyrardowie w szkole włókienniczej jako nauczycielka języka niemieckiego, pomagała w prowadzeniu tajnych kompletów w okolicznych miejscowościach. Była też łącznikiem pomiędzy żyrardowskim TON-em a jego konspiracyjną centralą w Warszawie. Po wyzwoleniu w 1945 r. weszła w skład komisji weryfikacyjnej nauczycieli związanych z TON w Żyrardowie.  
 
Powrót do szkoły

Po 1945 r. związała się z żyrardowskim szkolnictwem i pracowała m.in. jako dyrektor Gimnazjum i Liceum dla Dorosłych w Żyrardowie. Po kilku latach przeprowadziła się do Łodzi, gdzie kształciła kadry dla łódzkich przedszkoli w miejscowym Liceum Wychowawczyń Przedszkoli. W ostatnich latach zawodowej aktywności pracowała w Zakładzie Kształcenia Nauczycieli, dzieląc się bogatymi doświadczeniami, wyniesionymi z zawierciańskiego Państwowego Seminarium Nauczycielskiego. 

W Zawierciu pamięć o tej niezwykłej kobiecie wciąż żyje we wspomnieniach byłych seminarzystek oraz w Zespole Szkół im. Gen. Józefa Bema, której budynek powstał dzięki wielkiemu zaangażowaniu Henryki Jakliczowej. W tamtejszej Izbie Pamięci wiele miejsca poświęcono właśnie pierwszej pani dyrektor Gimnazjum Koedukacyjnego. 

Za działalność pedagogiczno-wychowawczą, postawę patriotyczną oraz zaangażowanie społeczne nagradzana była wielokrotnie odznaczeniami państwowymi. Zmarła 12 sierpnia 1975 r. w Łodzi. Syn Andrzej (znany łódzki adwokat) oraz córka Maria Golicka odwiedzali Zawiercie, powracając do miasta, z którym przez wiele lat związana była Henryka Jaklicz. Kobieta, która dla jego mieszkańców, a przede wszystkim młodzieży, uczyniła tak wiele. 
                                                                             Zdzisław Kluźniak 


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w kwartalniku andbdquo;Zawiercianinandrdquo; nr 2(8)/2011. www.zawiercianin.pl</description>
        </item><item>
        <title>Historia zawierciańskiej policji</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/historia_zawiercianskiej_policjii_</link>
        <description>
5 grudnia 1918 ogłoszono w Warszawie przepisy o organizacji Milicji Ludowej, podlegającej Ministerstwu Spraw Wewnętrznych i mającej za zadanie zapewnić bezpieczeństwo ludności i państwa. 9 stycznia 1919 roku obok Milicji Ludowej powołana została do życia Policja Komunalna, jako organ samorządu. Ta dwuwładza policyjna przyniosła jednak zamiast współpracy, wyłącznie spory kompetencyjne i ciągłą konfrontację. 11 kwietnia 1919 powołano wspólną Komendę Główną Policji Komunalnej i Milicji Ludowej z kpt. Kazimierzem Młodzianowskim na czele. Dwa miesiące później jego następca Władysław Henszel wprowadził w życie przepisy o Straży Bezpieczeństwa. Ostatecznie ten proces ciągłych przemian strukturalno andmdash; organizacyjnych został zakończony 24 lipca 1919 roku ustawą, powołującą do życia Policję Państwową. Sam proces formowania jej struktur trwał jeszcze kilka lat i został zakończony w 1922 roku, kiedy to rozporządzeniem ministra spraw wewnętrznych z 26 1ipca tego roku utworzono Komendę Okręgową PP w Wilnie.          Powiat zawierciański został utworzony 1.1.1927 r. Przez wyodrębnienie z obszaru powiatu będzińskiego. W okresie II Rzeczypospolitej był położony w granicach administracyjnych województwa kieleckiego. Teren powiatu zajmował 943 km2, a liczba ludności sięgała niemal 111,3 tys. mieszkańców ( w latach 30 liczba ludności powiatu wzrosła do ponad 131,4 tys. osób); samo miasto Zawiercie liczyło ponad 32 tys. mieszkańców. W skład powiatu wchodziły następujące gminy wiejskie: Koziegłowy, Koziegłówki, Kromołów, Mierzęcice, Mrzygłód, Myszków, Niegowa, Pińczyce, Poraj, Poręba Mrzygłodzka, Rokitno Szlacheckie, Rudnik Wielki, Siewierz, Włodowice i Żarki, a Zawiercie było jego jedynym miastem. Powiat zawierciański graniczył z powiatem będzińskim, częstochowskim i olkuskim. W Zawierciu w latach 1919 - 1927 do czasu utworzenia powiatu funkcjonował tylko Komisariat Policji nr - V wchodzący w skład Komendy Powiatowej Policji w Będzinie. Z chwilą utworzenia powiatu zawierciańskiego , w Zawierciu zostaje zorganizowana Komenda Powiatowa Policji Państwowej z siedzibą na ul. Sądowej 1. Komendy powiatowe, nieliczne etatowo, pełniły przede wszystkim funkcje administracyjne, nadzorcze i organizacyjne. Wykonawstwo w zakresie ścigania przestępstw i prewencji leżało w gestii liczących po kilkudziesięciu funkcjonariuszy komisariatów w miastach i kilkuosobowych posterunków w gminach wiejskich oraz wspomnianych ekspozytur śledczych. Tak było w większości kraju. W Struktury Komendy Powiatowej Policji Państwowej w Zawierciu wchodzą: Jeden Komisariat Policji z siedzibą w Zawierciu na ul. Blanowskiej, który zostaje tam przeniesiony z ul. Sądowej 1 w roku 1927 z chwilą powstania powiatu zawierciańskiego i utworzenia Komendy Powiatowej Policji w Zawierciu.  Komisariat na ul. Blanowskiej funkcjonuje do 1938 r. po czym zostaje przeniesiony na ul. 11 - go listopada nie zmieniając już siedziby do 1939 r. Stan etatowy Komisariatu to 60 policjantów. W struktury komisariatu Policji Państwowej wchodził Oddział Policji Konnej , którego siedzibą były nowo wybudowane Koszary przy ul. Kopalnianej ( obecnie ul. Obrońców Poczty Gdańskiej). Dowódcą Oddziału w latach 1927 - 1939 był przodownik Tomasz Kaim. Stan etatowy oddziału- 10 policjantów.02 września 1939r. Oddział Konny z pozostałym stanem Komendy Powiatowej ewakuuje się na tereny wschodnie, docierając aż do okolic Równego i Kowala. Tam też ok. 17 września ostatni przedwojenny Komendant Powiatowy Policji kom. Emil Czabański wydaje ostatni rozkaz o rozformowaniu. Stan etatowy Komendy Powiatowej Policji Państwowej w latach 1927-1939 liczył w granicach 160 osób. Struktura organizacyjna oparta była na : służbie śledczej, służbie mundurowej i administracji pracującej w Komendzie Powiatowej Policji, jednym Komisariacie Policji - w tym Oddział Konny, 13 Posterunkach Policji w miejscowościach wchodzących w skład przedwojennego powiatu zawierciańskiego: Posterunek Policji w Kromołowie - Kier. przod. Jan Wojnicki w Łazach - Kier. st. przod. Antoni Deja w Myszkowie - Kier. przod. Jan Rychter w Siewierzu - Kier. przod. Antoni Guzek w Mrzygłodzie - Kier. przod. Włodzimierz Brzeźnicki w Porębie - Kier. przod. Franciszek Pułanik w Poraju - Kier. st. przod. Stanisław Błaszkiewicz w Niegowej - Kier. przod. Adam Marcinkowski w Wysokiej - Kier. przod. Juliusz Martela w Żarkach - Kier. przod. Michał Kluszczyński w Pińczycach- brak danych w Mierzęcicach - Kier. przod. Leon Plutecki w Koziegłowach - Kier. przod. Szymon Kaznowski. Wyżej wymienione zestawienie obejmuje nazwiska ostatnich Kierowników. Przekrój etatowy służby mundurowej KPPP w Zawierciu w 1927 roku wynosił: 1 etat - Komisarza, 1 etat - podkomisarza, 8 etatów - st. przodowników, 16 etatów - przodowników, 104 - etaty posterunkowych, 21 etatów - st. Posterunkowych, ponadto 1 urzędnik państwowy i 1 woźny W latach 1927/1928 pracowała jedyna przedwojenna policjantka - przodownik Genowefa Pawłowska. Przewodnikiem psa służbowego służby śledczej był przod. Józef Dziuk, który kurs przewodników ukończył w Łodzi. Na tabor jezdny składały się rowery służbowe i jedna bryczka. Jedynie na czas działań zawierciańskie zakłady pracy udostępniały pojazdy mechaniczne. Na uzbrojenie przedwojennych zawierciańskich policjantów składały się:138 Karabinów typu andbdquo;Mosinandrdquo; z bagnetami, 10 Karabinków andbdquo;Manlicherandrdquo; bez bagnetów dla Policji Konnej, 101 pistoletów i rewolwerów z czego 61 stanowiło własność prywatną policjantów, a 40 należało do Skarbu Państwa, 143 szable z czego 131 stanowiło własność prywatną policjantów wykorzystywanych w służbie.  W Komisariacie Policji pracowało 5 dzielnicowych. W stanie zatrudnienia występowały notorycznie braki kadrowe, tylko w roku 1932 stanowiły aż 13%.  
 Komendantami Komisariatu Policji Państwowej w Zawierciu w latach 1919 - 1923 byli podkom. Bolesław Kapuścik, 1923-(data nieznana) podkom. Matysikiewicz, do 1934 - aspirant Leonard Kwapisz, 1934 - 1939 - podkom. Kazimierz Cywiński, natomiast Komendantami Powiatowymi Policji Państwowej w Zawierciu byli w latach 1927 - 1938 kom. Stanisław Siwoń, 1938 - 1939  kom. Emil Czabański.
 
Agresja ZSRR 17 września 1939 roku i szybkie zajęcie terenów wschodnich RP spowodowało, że niemal wszyscy polscy policjanci znajdujący się na tych terenach zostali ujęci przez Armię Czerwoną a następnie przekazani NKWD. Na dzień 1 grudnia 1939 roku w obozie ostaszkowskim znajdowały się 5.963 osoby, z czego 5.033 to zawodowi policjanci i 169 rezerwistów wcielonych do policji. Oficerów wszystkich kategorii, liczonych z policją i żandarmerią było 263.   W grudniu 1939 roku w obozie zjawiła się ekipa oficerów śledczych NKWD z zadaniem przygotowania materiałów śledczych, mających być podstawą do zaocznego skazania polskich jeńców na śmierć z par. 13 art. 58 kk socjalistycznej Federacyjnej Republiki Rosyjskiej z 1926 r. (zarzut andbdquo;aktywnej działalnościandrdquo; lub andbdquo;aktywnej walki przeciwko klasie robotniczej i ruchowi rewolucyjnemu"). Dnia 5 marca 1940 roku BP KC WKP(b) zaakceptowało zastosowanie w stosunku do skazanych kary śmierci przez rozstrzelanie.     Policjanci  KPP w Zawierciu Zamordowani w Twerze - Miednoje:  St. przodownik Antoni Kędzior,  posterunkowy Józef Cerajewski, posterunkowy Józef Gosiński, przodownik Stanisław Janoska, St. Posterunkowy Antoni Kocot, St. Posterunkowy Ryszard Masłowski, St. Posterunkowy Jan Szydło, Przodownik Dominik Dudek, St. Posterunkowy Henryk Nalberski, Przodownik Roman Stolarski, St. Przodownik Antoni Deja. 
Teren dawnego województwa śląskiego został włączony do Rzeszy. Był to kres polskiej formacji policyjnej na tym obszarze. Odmienna sytuacja była w Generalnym Gubernatorstwie, które Niemcy utworzyli na pozostałym obszarze okupowanym, lecz nie wcielonym bezpośrednio do Rzeszy. Tam ocalałych funkcjonariuszy PP, pod groźbą najsurowszych sankcji, zmuszono do podjęcia służby nowo utworzonej formacji, która otrzymała nazwę Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa, a potocznie określana była mianem andbdquo;policji granatowejandrdquo;. Wielu jej funkcjonariuszy włączyło się również w nurt pracy konspiracyjnej, gdzie z racji posiadanych możliwości związanych ze służbą w policji, oddawali nieocenione nieraz usługi. W obozach hitlerowskich zginęli następujący policjanci  Zawierciańscy: Posterunkowy Wiktor Hartwica, Posterunkowy Antoni Dudek, Posterunkowy Szczepan Jagodziński, Przodownik Jan Rychter, St. Posterunkowy Henryk Kubis.    W okresie 17 - 21 stycznia 1945 r. wojska I frontu Ukraińskiego wyzwoliły ziemię zawierciańsko - myszkowską przynosząc od lat oczekiwaną wolność. W 1945 r. na podstawie uchwały Rady Ministrów z 26 lutego i dekretu z 7 lipca 1945r. powiat zawierciański został wyłączony administracyjnie z województwa kieleckiego i włączony do województwa śląskiego. Powiat miał charakter rolniczy, a główne ośrodki przemysłowe znajdowały się w Zawierciu, Myszkowie i Porębie.      Po okupacji niemieckiej zmniejszyła się także ogólna liczba mieszkańców Zawiercia z przedwojennych 32 tys. do około 21 tys. w latach 1945 - 1946. Społeczeństwo powiatu zawierciańskiego w styczniu 1945 roku zetknęło się z nowa rzeczywistością, którą przyniosło długo oczekiwane wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. Na terenach tych działały w czasie okupacji hitlerowskiej oddziały i grupy partyzanckie GL PPS-AK Stanisława Wencla ps. ,,Twardego", grupa desantowa kpt. Parchomienki, oddziały BCh andbdquo;Wrony" , andbdquo;Sowy" i andbdquo;Mietka", oddział GL Tadeusza Grochala ps. andbdquo;Tadek Biały", grupa partyzancka kpt. Aleksandra Griszczuka andbdquo;Newskiego" i grupa AL dowodzona przez Jacka Świerkota andbdquo;Tatara". Bojownicy ci w ostatnich dniach okupacji nękali wycofujące się wojska niemieckie rozbijając i niszcząc kolumny idące w kierunku frontu. Tak duży i aktywny front wewnętrzny dawał dobre podstawy do tworzenia się nowych władz ziemi zawierciańsko - myszkowskiej. Tymczasowa władza, jaką był PKWN  7 października 1944 r. ogłosiła Dekret o Milicji Obywatelskiej będący pierwszym powojennym aktem prawnym do powstawania i działania jednostek MO, który stanowił: andbdquo;Art. 1. Milicja Obywatelska jest prawno andmdash; publiczną formacją służby Bezpieczeństwa Publicznego. Art. 2. Do zakresu działania Milicji Obywatelskiej należy: a) ochrona bezpieczeństwa, spokoju i porządku publicznego, b) ochrona i ściganie przestępstw, c) wykonywanie zleceń władz administracyjnych, sądów i prokuratury w zakresie prawem przewidzianym. Art. 3 Organizacja MO pod względem terytorialnym przystosowana jest do podziału administracyjnego Państwa na województwa i powiaty. Art. 4 Milicja Obywatelska podlega kierownikowi resortu bezpieczeństwa publicznego. Na czele MO stoi Komendant Główny".            Mając dobre zaplecze osobowe i wytyczne nowych władz na terenie zawierciańskim już przed wyzwoleniem przygotowano się do utworzenia nowych struktur milicji. Wraz z wojskami radzieckimi wyzwalającymi nasz powiat przybył do Zawiercia por. Marian Pieroń, były partyzant AL. na Lubelszczyźnie, mający nominacje na komendanta powiatowego MO w Zawierciu. Pierwszy komendant MO objął dowództwo nad działającą już za aprobatą władz wojskowych placówką milicji. Na siedzibę tworzącej się komendy milicji wyznaczono budynek przy ul. 3-go Maja i Sadowej (przedwojenna Komenda Powiatowa Policji Państwowej), który służył milicjantom do 1953 roku. Doświadczenia z terenów wyzwolonych w 1944 r. i tradycje robotniczo - chłopskie ziemi zawierciańsko - myszkowskiej przyczyniły się do bardzo szybkiego i sprawnego tworzenia nowego aparatu bezpieczeństwa publicznego. Już pod koniec stycznia KPMO w Zawierciu dysponował swoją pieczęcią a z raportów przesyłanych do władz administracyjnych wynika; że ostatniego stycznia stan MO w Zawierciu wynosił 180 ludzi i działały oprócz tego posterunki w Łazach i Włodowicach. Już na początku lutego 1945 r. stan osobowy zwiększył się do 222 osób i powstały nowe posterunki w Porębie, Myszkowie, Mrzygłodzie i Siewierzu. Zgodnie z nowym podziałem administracyjnym kraju od 8 marca i 1945 roku powiat zawierciańsko - myszkowski został przeniesiony z województwa kieleckiego do województwa katowickiego. W maju 1945 roku w skład Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Zawierciu wchodziły: Komisariat MO w Zawierciu, w Kromołowie, we Włodowicach, w Łazach, w Mrzygłodzie, w Porębie, w Siewierzu, w Mierzęcicach, w Myszkowie, w Żarkach, w Poraju, w Niegowej, w Koziegłowach. Łącznie komenda liczyła 346 milicjantów natomiast już w październiku tego roku stan etatowy wynosił 226 funkcjonariuszy przy aktualnym zatrudnieniu 199 osób, w skład KPMO w Zawierciu wchodziły: Komisariat MO w Zawierciu, Posterunek MO w Koziegłowach, w Łazach, w Myszkowie, w Mierzęcicach, w Niegowej, w Poraju, w Porębie, w Siewierzu, we Włodowicach, w Żarkach. Początki tworzenia nowych organów władzy ludowej charakteryzowały się częstymi zmianami obsady etatowej szczególnie na kierowniczych stanowiskach. Wynikało to głównie z konieczności zapewnienia właściwych kadr na nowo wyzwolonych ziemiach Polski. W wyniku tego w pierwszym okresie funkcjonowania KPMO w Zawierciu na stanowisku komendanta służbę pełnili od wyzwolenia por. Marian Pieroń, od 6.04.1945 r. por. Bolesław Staroń, w lipcu komendantem był por. Władysław Jaworski, w grudniu funkcję tą objął ppor. Wacław Skibiński natomiast w 1946 roku sprawował ją ppor. Józef Szafran. Z dniem 1 stycznia 1956 roku zgodnie ze zmianami administracyjnymi kraju część powiatu zawierciańskiego została włączona do nowo powstałego powiatu myszkowskiego. Związane z tym były również zmiany w strukturach organizacyjnych KPMO w Zawierciu. Od 5.02.1961 r. funkcjonował w Komendzie Powiatowy Inspektorat Ruchu Drogowego MO, a na początku lat 60-tych rozpoczęli służbę dzielnicowi. W roku 1969 w skład komendy wchodzi KMO w Łazach i Posterunki MO w Włodowicach, Łazach, Ogrodzieńcu, Mierzęcicach, Kroczycach, Siewierzu, Wysokiej, Porębie i Kromołowie. W miarę kolejnych zmian administracyjnych kraju i zmian struktur organizacyjnych milicji zmieniała się struktura Komendy MO w Zawierciu.        W 1.06.1975 roku po likwidacji powiatów w wyniku reorganizacji powstała Komenda Miejska MO a następnie w 1984 r. Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych w Zawierciu obejmujący swoim działaniem teren miast Zawiercie, Łazy Poręba, Ogrodzieniec i Siewierz i gminę Mierzęcice. Od 1.09.1967 roku do końca czerwca 1990 roku w komendzie funkcjonowała komórka paszportowa. Do 1977 r. w komendzie wydawano dowody osobiste którymi zajmowała się pani sierż. Genowefa Kot. W pierwszych latach po wojnie jednym z wielu zadań MO przy współpracy z UBP i wojska była likwidacja nieuznających nowej władzy zbrojnych grup andbdquo;podziemia". Na naszym terenie w poszczególnych latach odnotowano występowanie takich organizacji: 1945-5, 1946-6, 1952-2, 1953-1, 1954-0. W trakcie takich działań poległo wielu milicjantów i członków ORMO z KPMO w Zawierciu. ORMO czyli Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej w Zawierciu powstaje w Zawierciu w 1946 r. jako jedna z pierwszych formacji tego typu w województwie Śląsko - Dąbrowskim. Komendantem na powiat zostaje Adam Palmut - robotnik firmy andbdquo;Erbeandrdquo;, a komendantem miasta zostaje - Ignacy Turlej - robotnik firmy przemysłu octowego. Jednakże podstawowymi zadaniami Milicji Obywatelskiej było zwalczanie przestępczości pospolitej. W kronikach milicyjnych z lat 60-tych wymieniano przestępstwa nękające mieszkańców Zawiercia takie jak kradzieże z włamaniem do komórek, kradzieże rowerów, kradzieże kieszonkowe. W zwalczaniu tych przestępstw w powiecie zawierciańskim wymiernie wspierali milicjantów działający już od 5.03.1946 roku członkowie Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. W pierwszych latach służby milicjanci nosili ubrania cywilne lub z demobilu z biało andmdash; czerwoną opaską na rękawie. Dopiero od 7 października 1948 roku zawierciańscy milicjanci występowali w jednolitym umundurowaniu, które zaprezentowano w dniu święta MO. Tak jak z mundurami trudności aprowizacyjne dotyczyły innych dziedzin funkcjonowania. Z uwagi na konieczność podejmowania szybkich interwencji w całym powiecie przy zwalczaniu grup reakcyjnych niezbędne było posiadanie środka transportu. W pierwszym okresie po wyzwoleniu zakłady pracy miały obowiązek zapewnić środek transportu. Z uwagi na dużą niedogodność takiej sytuacji w kwietniu 1947 roku z wpłat 4 zakładów pracy z Zawiercia i składek milicjantów KPMO w Zawierciu zakupiono pierwszy samochód dla komendy. Na początku lat 60-tych KPMO dysponowała 1 samochodem ciężarowym marki Lublin i dwoma samochodami osobowymi m-ki Warszawa, a w 1972 r. na stan komendy wszedł radiowóz m-ki Fiat 125p. Doniosłą rolę w zwalczaniu przestępczości odgrywali technicy kryminalistyki. Pierwszym technikiem powiatowym był pan Olszański. Pierwszym aparatem fotograficznym była Praktika SX-2, którą posługiwał się w latach 60-tych kpt. Zbigniew Pstrowski posiadający uprawnienia z zakresu daktyloskopii. Od stycznia 1969 r. w KPMO w Zawierciu rozpoczął służbę pierwszy przeszkolony pies tropiący o imieniu Kajtek, którego przewodnikiem był sierż. Jan Świderski.
W 1951 roku w Zawierciu przy ul. Kasprowicza rozpoczęto budowę kompleksu budynków z przeznaczeniem dla Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa. W 1953 roku przeprowadzili się do jeszcze budowanego obiektu również milicjanci. Całość inwestycji zakończono w 1955 roku. Budowa finansowana była ze środków MSW. W 1977 roku ziemia i stojące na niej budynki przejął Skarb Państwa. Oprócz obowiązków zawodowych zawierciańscy milicjanci podejmowali działania mające na celu podnoszenia wykształcenia, choć nie było wśród nich analfabetów. Podejmowali oni również działalność sportową i tak 20.04.1948 roku założyli Zrzeszenie sportowe andbdquo;Gwardia" przy KPMO. Do sukcesów sportowych zalicza się między innymi zajęcie I miejsca w wyścigu kolarskim w trakcie spartakiady wojewódzkiej z okazji 15-Iecia MO, czy zajęcie 1 miejsca indywidualnego w wojewódzkim turnieju tenisa stołowego w maju 1962 r. Aktywnie działali również na rzecz społeczeństwa i tak między innymi 1 września 1965 roku oddano do użytku szkołę podstawową w Grabowej pow. zawierciański wybudowaną ze składek pracowników MO i SB, która działa do dziś. Szkoła ta nosi imię poległego 9.12.1947 r. w Myszkowie z rąk przestępcy milicjanta PMO w Myszkowie szer. Stanisława Będkowskiego. Ponadto przy KPMO w Zawierciu od 19.06.1947 r. do połowy 1990 r. funkcjonowało Koło Rodzin Milicyjnych spełniające role społeczno wychowawcze. W dowód uznania ciężkiej służby zawierciańskich milicjantów społeczeństwo miasta Zawiercie z okazji 40 rocznicy wyzwolenia miasta ufundowała sztandar dla Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Zawierciu. 19 stycznia 1985 roku w Miejskim Ośrodku Kultury w Zawierciu uroczyście wręczono pierwszy Sztandar Jednostce. W wyniku przemian ustrojowych zachodzących na przełomie lat 80 i 90- tych z dniem 9 maja 1990 roku rozwiązano Milicję Obywatelską, a od 10 maja 1990 roku powołano Policję. Dotychczasowy Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych w Zawierciu został przemianowany na Komendę Rejonową Policji w Zawierciu przy ul. Kasprowicza 9 liczącą 237 etatów w skład, której wchodziły również Komisariaty Policji w Siewierzu, Łazach, Komisariat Kolejowy w Łazach, Posterunki Policji Lokalnej w Zawierciu, Porębie, Mierzęcicach i Ogrodzieńcu. Od tego czasu liczebność komendy ulegała nieznacznym zmianom. W ramach reformy administracyjnej kraju zlikwidowano z dniem 31.12.1998 roku dotychczasowe struktury organizacyjno etatowe Policji. Od 1 stycznia 1999 roku stan etatowy wynosi 231 policjantów działających w Komendzie Powiatowej Policji w Zawierciu i dwóch Komisariatach Policji w Łazach i Szczekocinach. Komisariat Policji w Pilicy w strukturach Komendy Powiatowej Policji w Zawierciu został utworzony Rozkazem Organizacyjnym nr - 5/2006 z dnia 14.12.2006 r. Stanowisko Komendanta Komisariatu objął nadkom. Marek ZIĘBIŃSKI. W latach 1999 - 2006 w Pilicy funkcjonował Posterunek Policji , do 1999r. pozostający w strukturach Komendy Powiatowej Policji w Olkuszu. Policja po reformie stała się instytucją: andbull; Zdecentralizowaną, bliską lokalnym społecznościom, zwłaszcza w sferze prewencji; andbull; Autonomiczną wobec administracji samorządowej w sferze rozpoznawania oraz wykrywania przestępstw i wykroczeń; andbull; Scentralizowaną w sferze walki z przestępczością zorganizowaną. W latach 90-tych komenda została wyposażona w nowoczesne środki techniki i łączności. Od stycznia 1996 r. działa ogólnodostępny andbdquo;telefon zaufania". Została zainstalowana sieć komputerowa. Od maja 2001 r. Komenda posiada własną stronę internetową która ułatwia kontakt społeczeństwa z Policją, jak również stanowi bank informacji nt. patologii i przestępczości na terenie powiatu zawierciańskiego. Nowe uwarunkowania społeczne i pragmatyka Policji spowodowały, iż z dotychczasowej instytucji typowo represyjnej mającej przede wszystkim zwalczać przestępczość i ścigać sprawców tych czynów podejmuje ona działania wychodzące naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Wdrażane są programy prewencyjne zmierzające do większej współpracy lokalnych społeczności na rzecz poprawy bezpieczeństwa publicznego. Były prowadzone i są kontynuowane działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa w ramach programów andbdquo;Strategia bezpieczeństwa powiatu zawierciańskiego andmdash; Bezpieczny Powiat 2001 andmdash; 2006, 2007-2010", andbdquo;Bezpieczne miasto Zawiercie 2001 andmdash; 2006" i inne podobne zamierzenia. Na szczeblu powiatu zawierciańskiego zgodnie z Ustawą o samorządzie przy Staroście działa Komisja Bezpieczeństwa i Porządku koordynująca sprawy szeroko rozumianego bezpieczeństwa w skład której wchodzi dwóch przedstawicieli naszej Komendy na czele z Komendantem Powiatowym. Do podstawowego zakresu działania Komendy Powiatowej Policji w Zawierciu należy: - zapewnienie mieszkańcom poczucia bezpieczeństwa i porządku w miejscach publicznych, - zwalczanie zjawisk kryminogennych i zagrożenia przestępczością, - ujawnianie, zapobieganie i zwalczanie zjawisk patologii społecznej zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży,- edukacja mieszkańców w zakresie uwarunkowań dotyczących utrzymywania bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz aktywnego udziału w przedsięwzięciach profilaktycznych, - współdziałanie w zakresie zapobiegania i zwalczania przestępczości z funkcjonującymi na terenie powiatu organami wymiaru sprawiedliwości, a także współdziałanie w zakresie profilaktyki wychowawczej i edukacji z organami administracji, mediami i innymi instytucjami i organizacjami społecznymi.
Wraz z postępem cywilizacyjnym i społecznym na terenie działania komendy wystąpiły nowe do tej pory nie odnotowywane kategorie przestępstw takie jak narkomania, handel bronią; terroryzm bombowy czy przestępczość zorganizowana. Z tymi nowymi rodzajami przestępstw policjanci naszego powiatu w sposób zdecydowany w myśl hasła andbdquo;zero tolerancji dla przemocy" i profesjonalny walczą chroniąc życie, zdrowie i dobro mieszkańców naszego miasta i powiatu. Mimo corocznego wzrostu zaistniałych przestępstw Komenda Powiatowa Policji w Zawierciu osiąga dobre wyniki działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa.
Wzorem lat ubiegłych policjanci KPP w Zawierciu oprócz zwalczania przestępczości organizują dla szerokiej masy społeczeństwa naszego miasta i powiatu liczne imprezy zarówno kulturalno-sportowe jak sympozja tematyczne. Już od lipca 1996 roku corocznie Komenda jest inicjatorem organizowania otwartego festynu rekreacyjno - sportowego z okazji Święta Policji skierowanego do wszystkich, którego jednym z celów oprócz dobrej zabawy jest przybliżenie dzisiejszej Policji mieszkańcom powiatu. Atrakcyjności dodają pokazy sprawności działania i wyszkolenia w wykonaniu policjantów Nieetatowej Grupy Szybkiego Reagowania KPP w Zawierciu, która trzykrotnie w roku 2008 stanowiła reprezentację garnizonu policji śląskiej podczas Międzynarodowych Zawodów Policji Konnej w Częstochowie , V Światowego Zlotu Skautingu  w Chorzowie i Obchodów Dnia Wojska Polskiego w Katowicach- Muchowcu. Systematycznie od 2000r. Nieetatowa Kompania Honorowa wraz z Pocztem Sztandarowym i dowódcą uroczystości zapewnia oprawę obchodów Święta Niepodległości w Zawierciu a także w Kolegiacie podczas mszy świętych w intencji środowiska policyjnego z okazji Święta Policji. W dowód wysokiego profesjonalizmu działania w roku 2006 policjanci z Nieetatowej Grupy Rozpoznania Minersko - Pirotechnicznego KPP w Zawierciu , Decyzją Śląskiego Komendanta Wojewódzkiego Policji zabezpieczali w Częstochowie na Jasnej Górze pielgrzymkę Papieża Benedykta XVI ochraniając pirotechnicznie tzw. strefę andbdquo;Oandrdquo; , a w roku 2007 wizytę Prezydenta RP podczas ogólnopolskich  Jasnogórskich Dożynek. Z inicjatywy zawierciańskiej Policji już dwukrotnie zorganizowano Konferencje poświęcone patologiom dzieci i młodzieży, w których brało udział liczne grono społeczeństwa związane z wychowaniem i kształceniem naszej młodzieży. Działania takie planowane są również na następne lata. Komenda chce wnikliwie poznać nurtujące nasze społeczeństwo problemy dotyczące bezpieczeństwa prowadzi własne badania sondażowe podejmujące różną tematykę związaną z bezpieczeństwem publicznym i indywidualnym. Pozwala to na skuteczne kierowanie działaniami Komendy ukierunkowane na najbardziej uciążliwe dla społeczeństwa zagrożenia. W roku 2009 zawierciańska Policja była zarówno organizatorem jak i współorganizowała cykliczne imprezy: IX Turniej Strzelecki, IX Gwieździsty Zlot Rowerowy w Morsku, VI Rajd Ekstremalny w Kostkowicach/Podlesicach, Turniej Bezpieczeństwa w ruchu drogowym.
Od I półrocza 2009r. Komenda wprowadza na wyposażenie nowe marki pojazdów w srebrnych barwach zastępując wysłużone FSO andbdquo;Polonezandrdquo; i VW Transporter oraz nowe rodzaje umundurowania i uzbrojenia (P-99 Walther, Glock, PM-98 Glauberyt, żele jako środki RMG). Strona internetowa Komendy została wyróżniona w rankingu jednostek garnizonu śląskiego. W roku 2009 policjanci zrzeszeni w IPA Międzynarodowym Stowarzyszeniu Policji - Grupa Zawiercie, przebywali na zaproszenie Policji Toronto w Kanadzie.
W uznaniu dotychczasowego zaangażowania w lokalne zapobieganie przestępczości, współpracę ze społeczeństwem oraz administracją powiatu zawierciańskiego Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Marek Biernacki nadał w dniu 5 grudnia 1999 r. nowy sztandar dla Komendy Powiatowej Policji w Zawierciu. Sztandar ten został uroczyście przekazany na ręce Komendanta Powiatowego Policji w Zawierciu mł. insp. Andrzeja Koczura w Kolegiacie w Zawierciu przez Komendanta Głównego Policji nadinsp. Józefa Semika i poświęcony przez Ks. Biskupa Polowego Gen. WP Sławoja Leszka Głódź.
Jest to trzeci w kraju sztandar nadany Komendzie po utworzeniu w 1990r. Policji. W roku 2007 Sztandar został udekorowany Medalem andbdquo;Za zasługi dla Związku Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Obozów Koncentracyjnychandrdquo;.           Komendantami Powiatowymi (Rejonowymi) Milicji/Policji w Zawierciu byli: 01.01.1927 kom. Stanisław Siwoń, 1938-1939 kom. Emil Czabański, 21.01.1945 por. Marian Pieroń, 06.04.1945 por. Bolesław Staroń, 07.1945 por. Władysław Jaworski, 12.1945 ppor. Wacław Skibiński, 07.1949 kpt. Zenon Morys, 01.01.1957 por. Mieczysław Głąb, 01.07.1961 kpt. Stanisław Fabjańczyk, 15.05.1969 mjr. Józef  Hołubowski, 16.01.1980 mjr. Zenon Frej, 01.03.1982 mjr. Leszek Biały, 01.07.1990 nadkom. Tadeusz Żmuda, 01.07.1994 nadkom. Andrzej Koczur, 01.08.2004 nadkom. Antoni Smolarek, 01.02.2006 nadkom. Adam Pałucha.
 
 
Dziękuję autorowi, panu Jarosławowi Pająkowi za udostępnienie materiałów i zgodę na przedstawienie historii zawierciańskiej policji. 
Część pierwszą historii Policji z lat 1919 - 1940 opracował: Jarosław Pająk, Andrzej Świeboda, przy współpracy z p. mgr Marcinem Kanią z O/Katowice Instytutu Pamięci Narodowej.
Część drugą obejmującą okres historii MO i Policji od 1945r.  opracował: Jacek Świderski, Jarosław Pająk, Dorota Maciejewska przy współpracy z członkami Koła Emerytów i Rencistów MSW w Zawierciu.
 
Jeśli posiadasz jakieś zdjęcia na ten temat to proszę o kontakt: jaslaz@poczta.onet.pl
 
Jadwiga Sławomir Gębka
 </description>
        </item><item>
        <title>W mieście zrujnowanym?</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/w_miescie_zrujnowanym</link>
        <description>O krajobrazie i ludziach dawnego Zawiercia z Bogdanem Dworakiem rozmawia Remigiusz Okraska

Remigiusz Okraska: Spojrzałem na ekran Twojego komputera. Widzę tam  tytuł tekstu, który napisałeś: andbdquo;Zawiercia krajobraz zrujnowanyandrdquo;. Co  chciałeś przez to powiedzieć?

Bogdan Dworak: To, co zobaczyłem w dzieciństwie, jest moim  najświeższym wspomnieniem, choć dobiegam osiemdziesiątki. Mogę  zapomnieć, gdzie mam okulary, ale nigdy nie zapomnę Lasku Fabrycznego i  otoczonego sosnami Domu Ludowego. 

R.O.: Chyba mało kto z młodszych czytelników wie, o czym mówimy. Dawny Dom Ludowy to obecna Biedronka... 

B.D.: Lasek Fabryczny był laskiem sosnowym. Ciągnął się od ulicy  Piłsudskiego, niektóre drzewa rosły właśnie wzdłuż bocznej ściany Domu  Ludowego od strony ul. Piłsudskiego. Sięgał aż do ul. Leśnej - stąd jej  nazwa. Wzdłuż Leśnej las sosnowy graniczył z drzewami liściastymi aż do  parku miejskiego, prawie do ul. Paderewskiego. 

Dom Ludowy natomiast harmonizował z blokami robotniczymi dla pracowników  TAZ. Dwa wielkie bloki jeszcze pozostały w nienaruszonej bryle  architektonicznej. Natomiast Dom Ludowy zniszczono. Klinkierową cegłę  budowli otynkowano. Zamurowano przepiękne, łukowe okna. Jak potem  wytłumaczyli mi fachowcy, otynkowanie budynku i zamurowanie okien  zakłóciło normalną pracę murów. W związku z tym zbutwiał i zmarniał, a  następnie przegnił pierwotny, drewniany dach Domu Ludowego. Naruszono  również zewnętrzną bryłę, dobudowując ganek z werandą. Zdewastowano  także wnętrze. W sali widowiskowej, na tylnej ścianie, był balkon z  piękną, kutą balustradą.

Aby zwiększyć godność socjalistycznej przebudowy gmachu, absolwent  szkoły filmowej zaprojektował i zrealizował pomnik przedstawiciela  zwycięskiej klasy robotniczej. Pomnik ustawiono przed frontonem domu, na  bardzo potężnym cokole. Jednak sama postać robotnika była z betonu,  więc okazała się równie nietrwała, jak ustrój - warunki atmosferyczne  zniszczyły pomnik. 

Dom Ludowy zamieniono na Kino Włókniarz, służył również jako sala  widowiskowa na potrzeby występów artystycznych. Gdy jeszcze Dom Ludowy  był Domem Ludowym, przynajmniej raz w miesiącu Teatr Dramatyczny z  Częstochowy lub Teatr Śląski im. Wyspiańskiego wystawiały tam  przedstawienia. Nie było telewizji i komputerów, a zawiercianie  wypełniali salę na każdym spektaklu. Na tejże sali byłem świadkiem  największego sukcesu Stefana Żeromskiego jako dramaturga. W czasie  przedstawienia andbdquo;Grzechuandrdquo;, uwodziciel zwodził panią Parmen. Gdy ulegała  ona urokowi naciągacza, poderwał się robotnik z widowni i krzyknął na  całą salę: andbdquo;Pani, nie wierz mu, on panią zwodzi!andrdquo;. Mimo iż Leon  Kruczkowski dopisał fałszywe zakończenie do andbdquo;Grzechuandrdquo;, publiczność  zawierciańska okazała się dojrzała. Gdy w ostatnim akcie bohaterowie  sztuki zaczęli śpiewać Międzynarodówkę, zawiercianie wybuchnęli  śmiechem. Wiedzieli, iż Żeromski nigdy by takiego głupstwa w swojej  sztuce nie zamieścił.

Doprawdy, nie pamiętam, w którym roku Lasek Fabryczny wycięto pod  blokowiska dla zwycięskiej klasy robotniczej. Natomiast w blokach na  tzw. Podkowie najpierw otrzymali mieszkania przywódcy owej klasy. Gdy  przyjechałem do Zawiercia i zobaczyłem, że nie ma już Lasku, szybko  napisałem artykuł do andbdquo;Gazety Zawierciańsko-Myszkowskiejandrdquo;. Redaktor  naczelny, Saturnin Limbach, powiedział krotko: andbdquo;Tego nigdy pan nie  wydrukuje!andrdquo;. Krzyknąłem zrozpaczony: andbdquo;W Europie były dwa lasy w środku  miasta - Lasek Buloński w Paryżu i Lasek Fabryczny w Zawierciuandrdquo;.  Współpracował z gazetą Loniek Rosikoń, mój niegdysiejszy sąsiad z ul.  Kruczej. Zaśmiał się ironicznie i powiedział: andbdquo;Jakżeś taki mądry, to  jedź do Lasku Bulońskiegoandrdquo;... 

R.O.: Wiadomo już zatem, co miałeś na myśli, pisząc o krajobrazie  zrujnowanym. Brzmi to poetycko, ale mamy do czynienia raczej z  barbarzyństwem...

B.D.: Jako kilkunastoletni chłopiec przeczytałem debiutancki tom  opowiadań Kornela Filipowicza, pt. andbdquo;Krajobraz niewzruszonyandrdquo;. Ten tytuł  przylgnął do mnie jak dobrze skrojona koszula. Ale w moim mieście byłem  świadkiem krajobrazu rujnowanego. Nim wybudowano blokowiska i w tym celu  wyburzono całe dzielnice, dookoła miasta było wiele wolnych przestrzeni  budowlanych. A mimo to niszczono tkankę przestrzenną. Na przykład po  wyjściu z dworca zaczynała się dzielnica zwana Nowym Światem. W licznych  ogrodach stały jednorodzinne domy, niektóre o willowym charakterze.  Tylko na ul. Słowackiego i Pomorskiej było kilka czynszowych kamienic.  Jedna z nich stoi do dziś, ale już nie ma lokatorów, cały budynek  zamieszkuje rodzina właścicieli. Na miejscu Nowego Świata powstały  blokowiska.

Rozmawiałem z architektami i pytałem, dlaczego blokowisk nie buduje się z  dala od śródmieścia. Odpowiadali, że o tym decydowali sekretarze partii  i władze miasta. A gdy pytałem niektórych sekretarzy, dlaczego podjęli  taką fatalną decyzję, odpowiadali, że zrobili to fachowcy-architekci.  Jak zwykle nie ma winnych za błędy PRL-u. W epoce, gdy o wszystkim  decydował rozum ludzki, nie ma winnych wśród ludzi. Pewnie o  wyburzeniach zadecydowała Święta Trójca. 

R.O.: Jeśli fatalnych decyzji nie podjęły siły niezbadane, to kto był winny? 

B.D.: Nie potrafię na to odpowiedzieć. Natomiast byłem świadkiem,  i to bardzo osobiście zainteresowanym, gdy wyburzono pod blokowisko  dzielnicę zwaną Parkiem. Ta dzielnica była dość duża - zaczynała się od  ul. Piłsudskiego w punkcie, gdzie był początek Ogrodowej. Ulica Ogrodowa  dobiegała aż do ul. Parkowej, natomiast od ul. Blanowskiej na wysokości  ul. Szerokiej wchodziło się w ul. Krótką. Od niej szła odnoga przy  narożnej kamienicy Milejskich. Ulica Krucza również była ślepą ulicą, od  Kruczej była odnoga ul. Korfantego, którą w PRL-u nazwano  Marchlewskiego i całą dzielnicę Park powszechnie nazywano dzielnicą  Marchlewskiego. Ulica Korfantego dochodziła aż do ul. Zaparkowej. A od  ul. Korfantego w prawo skręcało się w Wierzbową i Nowowierzbową. 

Jednorodzinne domy tej dzielnicy tonęły w ogrodach. Było też kilka domów  czynszowych, lecz niewielkich. Bogatsi robotnicy budowali domy  kilkuizbowe - rodziny robotnicze najczęściej zajmowały mieszkania  jednoizbowe i dlatego w takich domach mieszkały czasami aż cztery  rodziny. Od Ogrodowej za kamienicą Marczaków była odnoga ul. Dojazd,  również ślepa. Te ślepe ulice dzielnicy Park kończyły się na płocie  wielkiego ogrodu Ziemskich. 

Na ul. Ogrodowej stał parterowy dom państwa Wizorów. Byli oni zamożni,  na ul. Zaparkowej mieli wielkie ogrodnictwo. Obecnie w domu na Ogrodowej  jest świątynia zielonoświątkowców, a na miejscu ogrodnictwa na  Zaparkowej stanął kościół p.w. św. Stanisława Kostki. To jeden z  niewielu przypadków, że na posiadłości jednej rodziny znalazły miejsce  świątynie dwóch różnych wyznań.

R.O.: W swoich artykułach i opowieściach wspominałeś o postaciach historycznych z tej okolicy. Porozmawiajmy o nich. 

B.D.: Tuż za wspomnianą kamienicą Wizorów była wielka kamienica  czynszowa. 1 stycznia 1908 r. urodził się w niej Julian Majcherczyk. Po  bardzo dramatycznych przeżyciach ukończył seminarium nauczycielskie,  pracował na Kresach, w 1933 r. został wysłany do Francji przez MSZ, by  krzewić kulturę polską wśród emigracji zarobkowej. Wydawał książki,  odniósł sukces literacki powieścią andbdquo;Światła wśród nocyandrdquo;, za którą  otrzymał I nagrodę warszawskiego andbdquo;Kuriera Porannegoandrdquo;. Za popularyzację  polskiej literatury został w 1937 r. odznaczony Srebrnym Wawrzynem  Polskiej Akademii Literatury w Warszawie. W owym roku tę samą nagrodę  otrzymał Jerzy Andrzejewski. W 1996 r. Majcherczyk obchodził diamentowe  gody, przyjechał wtedy do Zawiercia, zmarł w styczniu 1998 r. w Paryżu.

Uliczka z Ogrodowej do Krótkiej była przejściem między drewniakami  Liwochów i Wachowiczów. Matka gen. Józefa Baryły była z domu  Wachowiczówna - a generał Józef Baryła to pierwszy generał rodem z  Zawiercia. Symbolizował awans społeczny wedle wzorca: andbdquo;Nie matura, lecz  chęć szczera zrobi z ciebie oficeraandrdquo;.

R.O.: Z tą okolicą związany jest epizod z życia jeszcze jednej  postaci, w której przypadku możemy mówić o awansie społecznym. Bardzo  spektakularnym, bo na sam szczyt...

B.D.: Najważniejszą postacią historyczną z ul. Ogrodowej jest  Władysław Gomułka. Za drewniakiem Biegusów, za wysokim płotem stała pod  numerem 49 jednopiętrowa kamienica z facjatką, należąca do państwa  Marczaków. W tej kamienicy i losach jej mieszkańców można odczytać  niemal wszystkie zawiłości dziejów Polski XX wieku. 

W latach 1927-31 Władysław Gomułka pełnił funkcję sekretarza i skarbnika  Zarządu Okręgowego Związku Robotników Przemysłu Chemicznego i  Pokrewnych w Zawierciu. Z żoną i kilkuletnim pierworodnym synem  wynajmował jedną izbę u Marczaków na ul. Ogrodowej. Gomułkowie byli  lubiani przez sąsiadów, nikogo nie raziło, że Zofia Gomułkowa, do której  mąż pieszczotliwie zwracał się Liwuś, była Żydówką. W szabasowych  dniach wysyłała dzieci do studni po wodę i płaciła za przyniesienie  kubełka 30 groszy. 

R.O.: Dlaczego tak bardzo zainteresowałeś się prywatnym życiem Gomułków?

B.D.: Ponieważ gdy Gomułka został andbdquo;wodzem naroduandrdquo;, to już inaczej  o nim mówiono i pisano. Z Zawierciem wiąże się ciekawa, choć  dramatyczna historia. W izbie domu Marczaków pani Zofia urodziła  drugiego syna. Po kilku dniach dziecko jednak zmarło. Gdy ksiądz  dowiedział się, że dziecko jest niechrzczone, w dodatku po matce  Żydówce, nie pozwolił na pogrzebanie oseska na katolickim cmentarzu.  Również gmina żydowska odmówiła pochówku na kirkucie. Przez kilka dni  Gomułka ze zmarłym dzieckiem i żoną gnieździli się w jednej izbie.  Wreszcie za drobne pieniądze wyjednał zgodę na pogrzebanie dziecka na  kirkucie. 

Po 1945 r., gdy Gomułka został wicepremierem i ministrem Ziem  Odzyskanych, towarzysze partyjni z Zawiercia zaproponowali ekshumację  dziecka. Ojciec odmówił. Potem, gdy popadł w niełaskę, ci sami  towarzysze wymazali z pamięci postać andbdquo;Wiesławaandrdquo;. Gdy jednak wkrótce  został andbdquo;wodzem naroduandrdquo;, pod kamienicę Marczaków zjeżdżali liczni goście:  ekipy dziennikarskie, fotoreporterzy, operatorzy kroniki filmowej itd. A  w miejskim komitecie Partii znów mawiano: andbdquo;Między nami żył i działał  towarzysz andraquo;Wiesławandlaquo;andrdquo;. Zapraszano Gomułkę do Zawiercia, lecz nigdy nie  przyjechał. 

Ulica Ogrodowa była najdłuższą ulicą w dzielnicy Park. Została wyburzona  jak cała dzielnica. Zrównano z ziemią kamienicę, w której mieszkał  Gomułka, wyburzono nawet wille przy ul. Ogrodowej, wybudowane zaledwie  kilka lat przed wyburzeniem. Paradoks polegał na tym, że w blokowisku  dla klasy robotniczej wiele mieszkań musiano przyznać lokatorom  wyburzonych domów... 

R.O.: Czy na wyburzeniu dzielnicy Park kończy się niechlubna lista zniszczeń w krajobrazie Zawiercia?  

B.D.: Skądże. Jeszcze jeden przypadek jest spektakularny i wart  odnotowania. Przy ul. Piłsudskiego, w PRL zwanej 1 Maja, stało kino.  Kino Stella. Właścicielami byli państwo Jaworscy. Kino powstało w epoce  filmu niemego, a więc było pierwiosnkiem X Muzy w Zawierciu. Wnętrze  budynku spełniało warunki architektury secesyjnej. Boczne balkoniki  posiadały zasłony. Niemcy w czasie wojny zmodernizowali wnętrze wedle  wzorców hitlerowskiego monumentalizmu. Na zewnątrz umieścili napis andbdquo;Nur  fanduuml;r Deutscheandrdquo;. Raz w tygodniu do kina mogli wejść Polacy. Moja matka  była oburzona, że chodziłem w te dni do kina i powtarzała: andbdquo;Tylko świnie  siedzą w kinie, a Polacy w Oświęcimieandrdquo;. 

Większość społeczności zawierciańskiej, która doczekała starości lub  wieku średniego, swoje największe przeżycia artystyczne, związane ze  sztuką filmową, kojarzy z Kinem Stella. Niestety, ten gmach, który dziś  miałby wartość historyczną, również został zrównany z ziemią. Sala Kina  Włókniarz została supermarketem, więc tylko sala widowiskowa w MOK-u  jest kilka razy w tygodniu zamieniana na salę kinową. 

R.O.: Masz sposób bycia nastolatka, a wiem, że sięgasz osiemdziesiątki.  Czy przypominasz o krajobrazie z pierwszej połowy XX wieku z sentymentu,  czy z rozsądku?
B.D.: Myślę, że ze zdrowego rozsądku. W kraju, gdzie wielka część  społeczeństwa uważa Papieża-Polaka za najdoskonalszy wzór osobowy, łatwo  zapomina się słowa Jana Pawła II, że społeczeństwo pozbawione korzeni,  ulega zagładzie. Zawiercie nie ma nawet stu lat, a przez kilka dekad  pozbawiano to miasto korzeni, które przecież nie sięgały wieków. 
__________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w kwartalniku andbdquo;Zawiercianinandrdquo; nr 8. Cały numer możesz przeczytać tutaj: http://zawiercianin.pl/dokumenty/zawiercianin_nr_8.pdf </description>
        </item><item>
        <title>Klub Sportowy Włókniarz Zawiercie</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/klub_sportowy_wlokniarz_zawiercie</link>
        <description>
  Był rok 1948, gdy wiosną na sportowej scenie w Zawierciu pojawiło się najpierw Koło Sportowe Nr 5 andbdquo;Włókniarzandrdquo;, a następnie Klub Sportowy andbdquo;Włókniarzandrdquo; działający przy Zawierciańskich Zakładach Przemysłu Bawełnianego w Zawierciu, założycielem był elektryk Stefan Biernacki. Pierwszą siedzibą klubu był drewniany barak na andbdquo;Kępieandrdquo; (pomiędzy rzeką Wartą, torami a ul. Marszałkowską), i pewnie dlatego w sportowym slangu na drużynę Włókniarza mówiono andbdquo;chłopcy z kępyandrdquo;, a przydomek ten podobno wymyślił i rozpowszechnił P. Witkowski znany kibic i działacz andbdquo;Wartyandrdquo; który też czasem mówił żartując -andbdquo;chłopcy z warszawskiej kępy przyjechaliandrdquo;. On też zainicjował pierwszy towarzyski mecz pomiędzy rezerwową drużyną andbdquo;Wartyandrdquo; Zawiercie a andbdquo;Włókniarzemandrdquo; w czerwcu 1948 r. Potyczka piłkarska zakończyła się zwycięstwem andbdquo;Włókniarzaandrdquo; 4:3, a skład zwycięskiej drużyny to: Janowski, Mularczyk, Breczewski, Kasprzycki, Staśko, Makieła, Jasiak, Babulski, Rozpończyk, Makieła, Nowak, Kotekandhellip;. Początki są często trudne i podobnie było w przypadku andbdquo;Włókniarzaandrdquo;. Brak własnego boiska spowodował, że klub gościnnie korzystał z boiska andbdquo;Wartyandrdquo; przy ul. Senatorskiej. Musiał jednak ustąpić gospodarzowi i często mecze odbywały się we wczesnych godzinach rannych. Piłkarze borykali się też z innymi problemami takimi jak: brak szatni, umywalek, a stroje i dwie piłki ! do gry były przechowywane w domu prezesa. Rok później z rąk Biernackiego prezesurę przejmuje Edward Młynarczyk, a w roku 1951 następuje kolejna zmiana i jego miejsce zajmuje Włodzimierz Czech. W początkowych latach swojej działalności klub nie odnosił znaczących sukcesów grając w klasie C. Chęć i zaangażowanie zawodników spowodowały, że  w ZZPB coraz głośniej mówiono o własnym boisku i tak w roku 1950 ówczesny dyrektor Stefan Sukiennik wyraził zgodę na budowę boiska pomiędzy rzeką Wartą a ul. 11-tego Listopada. Były w tym miejscu krzaki, doły, w których znajdowało się wysypisko śmieci. Wszyscy sympatycy sportu, a w szczególności sami zawodnicy ruszyli do pracy (oczywiście społecznej). Wycięto drzewa, krzaki, zniwelowano teren zasypując doły ze śmieciami, a kierowcy wożący ziemię musieli się dobrze nagłowić jak rozpisać karty drogowe, gdyż mieli tylko niepisane pozwolenie na pracę przy budowie boiska. wreszcie śmietnisko zaczęło przypominać boisko, więc natychmiast zaczęto trenować. Po wkopaniu drewnianych bramek okazało się, że wymiary boiska nie spełniają warunków Związku Piłki Nożnej, ale warunkowo dopuszczono boisko do gry w klasie C i B. W ciągu kilku następnych lat prace nie ustawały, wyrównano teren i powiększono płytę boiska a klub otrzymał budynek fabryczny przy ul. 11-tego Listopada 3. Urządzono tam dwie hale sportowe, a część tunelu przechodzącego nad ulicą zagospodarowano na szatnię, umywalnię i magazyn sprzętu. Nie zapomniano też o kibicach. Zamontowano siedzenia, a stare ogrodzenie wymieniono na nowe i już każdy fan andbdquo;Włókniarzaandrdquo; wiedział, że tu jest jego klub, gdyż na budynku zawieszono flagę klubu w biało-zielone pasy z gwiazdą oraz podświetlany napis nazwy klubu z herbem, (jako ciekawostkę można podać, że projektując herb wzorowano się na andbdquo;Wiśleandrdquo; Kraków skąd zapożyczono białą gwiazdę). Ta sytuacja nie tylko pobudziła rzesze młodzieży, która zapisywała się do klubu, ale i samych piłkarzy którzy w roku 1956 wywalczyli awans do klasy A. Druga drużyna awansowała do klasy B a trzecia grała w klasie C. Powstały też grupy juniorów i trampkarzy. W latach 60-tych i 70-tych zawiercianie mogli fascynować się derbami Zawiercia gdyż andbdquo;Wartaandrdquo; i andbdquo;Włókniarzandrdquo; grały w tej samej klasie. W jednych meczach wygrywała andbdquo;Wartaandrdquo;, a w innych andbdquo;Włókniarzandrdquo; co dodawało smaku, pikanterii i wzbudzało wielkie emocję, gdyż serca wielu kibiców były podzielone pomiędzy klubami, a zawodników podbudzało to do jeszcze większej rywalizacji. Do największych sukcesów klubu można zaliczyć awans pierwszej drużyny 1974 r. do klasy między-powiatowej, w której jednak nie utrzymali się zbyt długo, natomiast trampkarze zdobyli wicemistrzostwo okręgu. Tak jak każdy klub tak i andbdquo;Włókniarzandrdquo; miał swoich piłkarskich idoli. Najlepszym technikiem juniorów był T. Domagała, a D. Stolarczyk odbijał piłkę ponad 1200 razy. Jednym z najwszechstronniejszych sportowców był S. Adamczyk, występował, jako piłkarz, hokeista, narciarz i boksował w wadze koguciej. Tragiczna śmierć w marcu 1970 r. przerwała prezesurę Włodzimierza Czecha. Jego następcą został Władysław Leśniak, by następnie po pięciu latach przekazać władzę Tadeuszowi Rosińskiemu. Za jego to kadencji 4 marca 1980 r. KS andbdquo;Włókniarzandrdquo; połączył się z MKS andbdquo;Wartaandrdquo; i od tego dnia Klub oficjalnie przestał istnieć. Jeszcze w latach 90-tych na podniszczonym boisku odbywały się mecze juniorów i trampkarzy andbdquo;Wartyandrdquo;, a na budynku wisiał nieczynny neon. Obecnie w budynku mieści się sklep, a po boisku nie ma już śladu. KS andbdquo;Włókniarzandrdquo; odegrał znacząca rolę w zawierciańskim sporcie i może poszczycić się wieloma znakomitymi sportowcami, którzy reprezentowali miasto w niektórych dyscyplinach na Mistrzostwach Polski, a nawet na Olimpiadzie. andbdquo;Włókniarzandrdquo; był klubem wielosekcyjnym i posiadał sekcje: bokserską, tenisa stołowego, piłki nożnej, piłki siatkowej, kolarstwa, szachów, hokeja na lodzie. W sumie było ich dziesięć lub jedenaście (jedna działała pod patronatem klubu). O niektórych udało mi się zdobyć więcej informacji, natomiast o takich sekcjach jak: piłka ręczna mężczyzn, czy lekkoatletyka prawie wcale, ale jest to zachętą do dalszych poszukiwań.                                                                        Drugą w kolejności sekcją, która powstała po piłce nożnej i założona była w 1952r to sekcja bokserska. Prekursorem był Czesław Skalecki, który rozpropagował i doprowadził do wielu sukcesów zawierciańskich zawodników. Pierwszym poważniejszym sukcesem było wicemistrzostwo Kwapicha w Mistrzostwach Polski juniorów Zrzeszenia Sportowego andbdquo;Włókniarzandrdquo; 1953r. Pewnego dnia , a było to 5 września 1954 roku na boisku andbdquo;Włókniarzaandrdquo; stanął ring i odbyły się pierwsze znaczące zawody- reprezentacja Śląska kontra Łódź. Nawet z samolotu rozrzucano ulotki, więc kibiców było tylu, że nawet stadion andbdquo;Włókniarzaandrdquo; miał problemy ich pomieścić. Wygrał Śląsk, w barwach którego występowali Kwapich i Nowak- i to był dzień w który Zawiercianie pokochali boks. To co się działo 8 i 22 grudnia 1955r w Domu Ludowym andbdquo;Włókniarzandrdquo; (obecnie Biedronka) przeszło wszelkie oczekiwania. Bokserzy podejmowali w towarzyskim meczu II- ligową andbdquo;Cracovięandrdquo; a następnie II- ligowy ŁKS andbdquo;Łódźandrdquo;. Bilety szybko się rozeszły a chętnych było tylu, że wyłamano drzwi wejściowe by dostać się na zawody. W pierwszym meczu padł remis 9:9, a w drugim zwycięstwo 12:8. W meczu tym wystąpił wypożyczony ze andbdquo;Startu Częstochowaandrdquo; Jerzy Kulej, a Władysław Jędrzejewski został zniesiony na rękach i obydwoje po swoich zwycięstwach usłyszeli andbdquo;100 latandrdquo; od kibiców. Znaczący rozkwit sekcji to lata 1955-56, ponad 40 zawodników reprezentowało klub w meczach klasy andbdquo;Aandrdquo;, a chętnych ciągle przybywało. Największy sukces odniósł Władysław Jędrzejewski- waga ciężka: 5-krotny mistrz Polski, brązowy medal na ME w Lucernie 1959r, dwukrotny udział w Igrzyskach Olimpijskich- Rzym 1960 i Toki 1964, oraz 22 razy reprezentował barwy kraju ( historia W. Jędrzejewskiego jest opisana w kategorii andbdquo;Zawiercianieandrdquo;). Pozostałe sukcesy to głównie mistrzostwo Polski i Śląska juniorów takich zawodników jak: Tadeusz Duda, Tadeusz Waś, Jerzy Haładyn, Zygmunt Koral, Józef Sytniewski, Stanisław Adamczyk, Robert Połcik, Janusz Pacan, i wielu innych.  W roku 1970 sekcja bokserska została rozwiązana  z przyczyny bardzo prozaicznej- brak trenera.                      Początki kolarstwa w KS andbdquo;Włókniarzandrdquo; to bardziej rekreacja niż zawodowstwo. A zaczęło się od wyścigów uczniów podstawówek i gimnazjalistów na trasie Zawiercie- Rudniki- Zawiercie w 1951r. Chętnych było tak dużo, że brakowało rowerów i ten co przekraczał linię mety przekazywał rower następnemu andbdquo;kolarzowiandrdquo;, a bardziej zamożni wypożyczali rowery na godzinę lub dwie z warsztatu rowerowego. Jak opowiadał jeden z uczestników uliczne wyścigi zaczęły być dość kłopotliwe dla mieszkańców. Ruchu samochodowego dużego nie było, ale ulicami często wędrował andbdquo;dróbandrdquo;, który był często goniony przez rowerzystów, a kilka niegroźnych kolizji z furmankami i drewnianym domem (w którym spadło kilka obrazów ze ściany) spowodowały, że zaczęto myśleć o kolarstwie wyczynowym. W 1953r Włodzimierz Czech zaczął prowadzić rozmowy w Sekcji Kolarskiej w Katowicach by utworzyć i zarejestrować kolarstwo w Zawierciu. Przyszli kolarze zaczęli trenować pod okiem Mariana Bartolewskiego. Brali też udział w wielu rajdach rowerowych po Jurze i nie tylko. Były organizowane też rajdy andbdquo;Dookoła Polskiandrdquo;, a jedna z tras: Zawiercie- Częstochowa- Warszawa- Olsztyn- Zielona Góra- Wrocław- Bielsko-Biała- Zakopane- Kraków- Zawiercie miała prawie 2300 km i została pokonana przez zawodników w niecały miesiąc, co dawało średnio 100 km dziennie. Należy dodać, że najstarszy zawodnik miał 19 a najmłodszy 17 lat, i wyruszyli za andbdquo;wspólne pieniądzeandrdquo; zakładów pracy i rodziców. 1 maja 1954r podczas pochodu zaprezentowała się już zarejestrowana sekcja kolarska i jeszcze tego samego dnia odbył się wyścig w Zawierciu, który wygrał Roman Małecki i jako pierwszy z sekcji zdobył III klasę kolarską. Każdy kolejny wyścig był okazją dla kolejnych zawodników by podwyższyć swoją klasę kolarską.   W następnych latach nasi kolarze brali udział w prawie wszystkich wyścigach kolarskich, które odbywały się w woj. śląskim i łódzkim, nie odnosząc jednak znaczących sukcesów. Nie opuszczali nawet wyścigów przełajowych w których w 1957r Włodzimierz Małecki zdobył mistrzostwo Śląska juniorów. Również w 1957r został zapoczątkowany wyścig o Puchar Gazety Zawierciańsko-Myszkowskiej nazwany później Międzynarodowym Wyścigiem o Puchar Zawiercia. Jako ciekawostkę można podać, że w V i VI wyścigu gościł w Zawierciu mało znany jeszcze 16-letni Ryszard Szurkowski występujący w barwach andbdquo;Radomiakaandrdquo; Radom, który po niedługim czasie królował na wyścigach kolarskich. Pomimo tego, że w Zawierciu nie było już sekcji kolarskiej wyścig ten odbywał się nadal aż do 1978r i cieszył się niezwykłym powodzeniem wśród polskich i zagranicznych kolarzy. Należy też wspomnieć, że w 1976r w Zawierciu była meta VIII etapu i jednocześnie start IX etapu wyścigu andbdquo;Dookoła Polskiandrdquo;. Komitet organizacyjny składał się głównie z działaczy KS andbdquo;Włókniarzandrdquo; a podczas finiszu na stadionie zasiadło ok. 15tys. widzów. W 1956r zgłoszono do wyścigu andbdquo;Dookoła Ziemi Białostockiejandrdquo; naszych kolarzy, niestety na 2 tygodnie przed wyjazdem poinformowano zawodników i trenera Łazarczyka o wycofaniu zgłoszenia. Był to początek końca sekcji kolarskiej w Zawierciu.                   Ciekawą inicjatywą była sekcja szachowa, która powstała w 1952r. Kierownikiem i zarazem jednym z zawodników był Czesław Zając. Już w 1953r szachiści pierwszej drużyny   awansowali do Ligii Wojewódzkiej a w klasie powiatowej grała druga drużyna. Z okazji 1 Maja w 1963r rozegrano mecz andbdquo;Włókniarzandrdquo; na reprezentację miasta i powiatu. W zawodach wzięło udział ponad 60 zawodników, a andbdquo;Włókniarzandrdquo; zwyciężył 17-15. W latach rozkwitu sekcja liczyła ok. 30 zawodników a najlepsi szachiści to Królikowski, Wojtynia, Podpłomyk i Rudy. Ci ostatni występowali w reprezentacji Śląska w meczu z Wrocławiem wygrywając swoje partie.                    Kolejna sekcja to sekcja hokeja na lodzie. Kierownikiem jej był Stanisław Dzwonnik (Zebranie Zarządu z dn.11.V.1965r) Drużyna grała w klasie andbdquo;Aandrdquo; i zajmowała tam miejsce w środku tabeli. Najczęściej zawodnicy wywodzili się z innych sekcji i wykorzystując przerwę zimową grali w hokeja. Świadczy to o dużej wszechstronności zawodników. Często zdarzało się tak, że nie kończono rozgrywek, gdyż albo mrozów nie było, lub wiosna wcześniej przyszła i lodowisko rozmarzało. Po zmianie przepisów, które mówiły, że można grać tylko na krytych lodowiskach sekcje rozwiązano. Miasta nie było stać na takie lodowisko, więc część zawodników przeszło do drużyny w Myszkowie. Najlepszym zawodnikiem był Czech Włodzimierz a bramkarzem Smoliński Jerzy.             Sekcja siatkówki trenowana przez Elżbietę Gieszczykiewicz funkcjonowała w latach 60 -80-tych. Dziewczyny grały w lidze okręgowej a mecze odbywały się na hali OSiR. Cieszyły się one zawsze dużym powodzeniem, a rzesze kibiców wypełniały halę sportową. Kadra drużyny to głównie uczennice zawierciańskich szkół średnich i zakładów pracy łącznie to około 10 zawodniczek. Siatkarki zaliczyły też zagraniczny występ a był to Międzynarodowy Turniej w Czechosłowacji. Niestety po fuzji sekcja przeszła pod MRKS Warta i po krótkim czasie została rozwiązana.                  Sekcja tenisa stołowego założona została w 1954r przez Wodzyńskiego działała przez cały czas istnienia Klubu. Następnymi kierownikami byli: Świtalski a potem Janusz Dąbrowski. Na tyle co znałem p. Dąbrowskiego muszę przyznać, że tenis stołowy to był prawdziwy sens jego życia a wielu pasjonatów powinno z niego czerpać wzór. W pierwszych latach sekcja liczyła około 15 osób i występowała w II lidze juniorów by następnie awansować do I Ligii. Sukcesem mógł się pochwalić Szczygieł Henryk który w 1961-62 zdobył Mistrzostwo Śląska Juniorów. Seniorzy grali w klasie międzywojewódzkiej a następnie w II lidze. Rok 1975 to początek corocznego turnieju o Puchar Zwycięstwa który odbywał się zawsze w maju. Zwycięstwo w I Turnieju przypadło Krystynie Cholewce a wśród mężczyzn Andrzejowi Wołczyńskiemu. Tuż przed likwidacją klubu w 1980r drużyna kobiet w składzie: K.Cholewka, Z.Wódka, O.Dąbrowska, W.Małek wywalczyły awans do II Ligii by następnie występować pod skrzydłami Warty. Jak wspomina były zawodnik W. Jakubowski początkujący zawodnicy grali zwykłymi deskami oklejonymi korkiem  a paletka z miękka okleiną to był rarytas nie mówiąc już o stołach, które były robione ze sklejki lub płyty pilśniowej i zwykłych rurek. Czasami zawodnicy grali między sobą kto jest najlepszy, raz o zegarek a czasem na pieniądze. andbdquo;Rozgrywkiandrdquo; trwały po kilka godzin a nawet do późnej nocy. Na przełomie roku 1960 powstała sekcja motorowa, którą założył Jerzy Krawczuk,  był on elektrykiem w Domu Kultury. Wygrał  ok. 40 wyścigów na andbdquo;podrasowanym motorzeandrdquo; (z tego powodu część tytułów cofnięto). On i  drugi zawodnik Witold Gryc jeździli w andbdquo;zawodachandrdquo;  po szynach kolejowych - tzn. kto dalej dojedzie, a na strzelnicy wjeżdżali pod górę. Tylko Krawczuk potrafił wyjechać a reszta niestety się przewracała.     Od jednego z działaczy andbdquo;Włókniarzaandrdquo; dowiedziałem się, że istniała również sekcja podnoszenia ciężarów. Do powstania jej przyczynili się: Wiesław Nawara i Stanisław Kosiński, a był to rok ok. 1954. W późniejszym czasie doszli kolejni zawodnicy tacy jak: Maj Mirosław i Zamora Jan. Pierwszym zawodnikiem, który podniósł 100 kg był Wiesław Nawara. Wieść ta bardzo szybko się rozeszła i całe miasto mówiło o tym sukcesie. W latach późniejszych sekcja przeniosła się do Rudnik i działała przy zakładzie POM pod nazwą andbdquo;Pomowiecandrdquo; Rudniki.
W historii KS andbdquo;Włókniarzandrdquo; oprócz radosnych chwil była i tragiczna. A był to dzień 31 marca 1970r gdzie o 14.30 w wypadku drogowym w Chodlach pod Cieszynem zginęli: prezes Włodzimierz Czech, nauczyciel I LO Marian Bartolewski, przewodniczący MKKFiT , Jerzy Grzesik oraz jego 8-letnia córka Bożenka. Delegacja Zawierciańskich działaczy wracała z Czechosłowacji gdzie z miejscowymi klubami nawiązywali wzajemne kontakty. Samochód Taunus, którym wracali delegaci zderzył się czołowo z 18-tonowym Starem. W ówczesnej prasie i radio omyłkowo podano, że zginął tam Władysław Leśniak. Pomyłka wynikła z tego, iż nie zmieniono delegacji Leśniaka, którą znaleziono w rozbitym samochodzie. W dniu wyjazdu do Czechosłowacji Leśniak wyjechał do Warszawy na mecz Legii z Feyenoord Rotterdam a jego miejsce zajął Bartolewski. Nie udało się zidentyfikować osób więc listy ofiar podano z delegacji. Dopiero dokładna identyfikacja ciał (Bartolewski nie miał palców u ręki) wyjaśniła nieporozumienie, które następnie sprostowano w prasie i radiu.
Dla wielu fanów i byłych członków KS andbdquo;Włókniarzandrdquo; ta historia może być pewnym niedosytem i mogliby tu opowiedzieć wiele ciekawych historii, których by nawet książka nie pomieściła, ale dla tych co jej nie znali może choć trochę przybliży Klub, który był częścią życia wielu zawiercian. 
Jeśli posiadasz jakieś zdjęcia lub inne ciekawe akcesoria klubu prosimy o kontakt: jaslaz@poczta.onet.pl  uzupełnimy tę galerię.
Autorzy i galeria zdjęć Jadwiga i Sławomir Gębka 
 
 </description>
        </item><item>
        <title>Obywatel Józef Dziechciarek (1879-1939)</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/obywatel_jozef_dziechciarek_18791939</link>
        <description>Współcześni działacze samorządowi wyposażeni są w wiedzę i narzędzia, których nie posiadali ich poprzednicy w początkach XX wieku. A jednak często narzekamy na skuteczność i jakość pracy lokalnej administracji. Czasami wydaje się, że brakuje im tego andbdquo;czegośandrdquo;, co z pewnością posiadał ich poprzednik sprzed kilku dekad.
Korzenie 

Józef Dziechciarek urodził się we wsi Krzemienda (gmina Poręba Mrzygłodzka). Jego ojciec po uwłaszczeniu chłopów w 1864 r. został właścicielem 6-morgowego gospodarstwa w trzydziestu kawałkach. Późniejszy radny powiatowy szczycił się tym, że jego matka była we wsi jedyną osobą posiadającą umiejętność czytania. Rodzice od 1881 r. prenumerowali andbdquo;Gazetę Świątecznąandrdquo;, która dla młodego Józefa stanowiła bogate źródło wiedzy o Polsce i świecie. 

W wieku siedmiu lat rozpoczął naukę w szkole elementarnej, a po jej ukończeniu pomagał rodzicom w gospodarstwie rolnym. Dorastał w patriotycznej atmosferze. W rodzinnym domu wspominano o pobycie w Porębie powstańców styczniowych, o próbie wstąpienia ojca do oddziału powstańczego, o znalezionych w lesie ulotkach i pismach patriotycznych, które matka Józefa czytała mieszkańcom wsi. 

Nic więc dziwnego, że chłopca wychowanego w takim duchu nie mogło później zabraknąć w 1910 r. w Krakowie, podczas uroczystości odsłonięcia pomnika Władysława Jagiełły. Udał się tam nielegalnie przez granicę zaborów rosyjskiego i austriackiego, wykorzystując paszport innej osoby.
Pierwsza praca i aktywność
W wieku 17 lat zaczął naukę zawodu w odlewni Zygmunta Pringsheima, z którą związał się na całe życie. Początkowo pracował jako terminator (uczeń) w zawodzie modelarza i ślusarza. W okresie międzywojennym pełnił funkcję majstra w wydziale mechanicznym. 

Chociaż nie należał do Polskiej Partii Socjalistycznej, czynnie wspomagał jej bojowców, ukrywając w swoim gospodarstwie m.in. broń. Podczas przerw w pracy w fabryce czytał na głos gazety socjalistyczne, a liczba słuchaczy dochodziła do 300 osób. Brał też czynny udział w wystąpieniach robotników w latach 1905-1907. Dzięki wstawiennictwu dyrektora Franciszka Giertycha (pradziadek Romana Giertycha) uniknął aresztowania i nie podzielił losu kilkunastu mieszkańców Poręby, którzy zostali zesłani w głąb Rosji za udział w tych wydarzeniach.
Społecznik

W Porębie Mrzygłodzkiej w 1901 r. pojawił się ks. Franciszek Pędzich, budowniczy kościoła i pierwszy proboszcz. To właśnie wokół niego skupiło się grono działaczy, którzy rozpoczęli okres wielkich przeobrażeń w życiu mieszkańców gminy i osady fabrycznej. W pierwszym szeregu społeczników znalazł się również Józef Dziechciarek. Uczestniczył w 1905 r. w tajnym spotkaniu z Antonim Osuchowskim, który był założycielem Polskiej Macierzy Szkolnej. Efektem zebrania było założenie koła PMS w Porębie. 

Z kolei w 1907 r. powstało Spółdzielcze Stowarzyszenie Spożywców, a Józef Dziechciarek pełnił w nim funkcję prezesa. Był również inicjatorem powołania w 1912 r. Kasy Towarzystwa Oszczędnościowo Pożyczkowego oraz Kółka Rolniczego. Po wybuchu I wojny światowej w 1914 r. uczestniczył w powołaniu Komitetu Obywatelskiego i Sądu Obywatelskiego, które zapewniały bezpieczeństwo oraz pomoc mieszkańcom gminy w trudnych wojennych czasach. 

Życie dzielił pomiędzy fabrykę a działalność społeczną. Niezwykle trudno zliczyć wszystkie dokonania Józefa Dziechciarka. Po odzyskaniu niepodległości reaktywował Ochotniczą Straż Ogniową, był współzałożycielem Komitetu Obrony Państwa podczas wojny polsko-bolszewickiej, a w 1927 r. założył Kasę Stefczyka. Jako członek gminnego Dozoru Szkolnego podejmował wysiłki w celu utworzenia nowych placówek oświatowych. Efektem tych działań było wybudowanie pięciu nowych szkół - czterech w dzisiejszej Porębie i jednej w Marciszowie.
W gminie i w sejmiku

Po odzyskaniu niepodległości w pierwszych wyborach gminnych Józef Dziechciarek został wybrany do Zarządu Gminy Poręba Mrzygłodzka i pracował na rzecz jej mieszkańców przez cały okres międzywojenny. W tym samym okresie wybrano go także do Sejmiku Powiatowego w Będzinie. Po utworzeniu w 1927 r. powiatu zawierciańskiego ponownie uzyskał mandat do sejmiku powiatowego, w którego pracach uczestniczył aż do wybuchu II wojny światowej. 

Priorytetem w nowo powstałym powiecie była budowa sieci drogowej, łączącej gminy z Zawierciem. Jako członek Wydziału Powiatowego, Józef Dziechciarek nadzorował prace drogowe na terenie całego powiatu oraz działania przy tak ważnych inwestycjach, jak rozbudowa Żeńskiej Szkoły Rolniczej andbdquo;Zagłębiankaandrdquo; w Koziegłowach, budowa szpitala w Myszkowie czy gmachu starostwa w Zawierciu. Dumny był również z wybudowania w rodzinnej wsi Krzemiendzie powiatowego sierocińca, w którym na jego wniosek umieszczono tablicę upamiętniającą Józefa Piłsudskiego (tablica ta znajduje się obecnie w Izbie Muzealnej w Porębie).
Pan z notesem

W drugiej połowie lat 30. jako doświadczony działacz sejmikowy został członkiem komisji rewizyjnej. Zawsze poważnie podchodził do swojej pracy. W podręcznym notesiku skrzętnie notował wszystko, co pozwalało sumienne wywiązywać się z obowiązków. W notesiku, oprócz definicji księgowych, znajdujemy również podręczny słowniczek poprawnej pisowni oraz ważne informacje na temat stanu finansów starostwa.

Poważne inwestycje, z których wspominam tylko część, to również wydatki. Powiat był ubogi, więc i budżet posiadał skromny. Na inwestycje w początkach lat 30. zaciągnięto znaczne kredyty w kilku bankach. Wkrótce okazało się, że - jak wynika z prowadzonego przez Dziechciarka andbdquo;monitoringuandrdquo; - w ustalonych terminach nie zostaną one spłacone. Wskutek podjętych negocjacji, banki prolongowały terminy spłat, sięgające okresu od 25 do 40 lat. 
Józef Dziechciarek w swoich dociekaniach odnośnie do prawidłowego rozliczania finansów publicznych, był niezwykle drobiazgowy. Jak wynika z podręcznych notatek, sprawdzał nawet zużycie paliwa na potrzeby samochodu starosty. Jego dbałość i troska o powiatowe mienie i finanse mogą być przykładem dla współczesnych radnych.
U kresu życia
W ostatnich latach życia podupadł na zdrowiu. Niewątpliwie klęska wrześniowa przyczyniła się do pogorszenia stanu zdrowia żarliwego patrioty. Trawiony chorobą sporadycznie opuszczał mieszkanie. Pod koniec 1939 r. w jego domu pojawili się niemieccy żandarmi z nakazem aresztowania. Widząc go w łóżku, złożonego chorobą, odstąpili. Józef Dziechciarek zmarł tuż przed końcem roku, 29 grudnia 1939 roku. Za swoją społeczną działalność został uhonorowany m.in. Brązowym Krzyżem Zasługi.
                                                                                                 Zdzisław Kluźniak


___________________________
Tekst pierwotnie ukazał się w kwartalniku andbdquo;Zawiercianinandrdquo; nr 9, jesień 2011. www.zawiercianin.pl</description>
        </item><item>
        <title>Galeria</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/galeria</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Historia szkoły i budynku I LO w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/historia_szkoly_i_budynku_i_lo_w_zawierciu</link>
        <description>Początki szkoły sięgają lat 30 XX w. 1 września 1933 r. otworzono pierwszy oddział 4 klasowego Państwowego Gimnazjum Koedukacyjnego przy Państwowym Seminarium Nauczycielskim Żeńskim im. A. Osuchowskiego w Zawierciu.  Gimnazjum miało swoją siedzibę w budynku Gimnazjum nr 2. 11 listopada 1934 szkołę przeniesiono do nowego budynku przy ulicy Parkowej. W roku 1951 r szkołę, już o nazwie Szkoła Ogólnokształcąca Męska Stopnia Licealnego przeniesiono do nowego budynku przy ul. Wojska Polskiego. Przeczytaj więcej w historii. Zdjęcia pochodzą ze Szkolnej Izby Pamięci I LO.




</description>
        </item><item>
        <title>Rozwój Zawiercia</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/rozwoj_zawiercia</link>
        <description>
 1880 rok - Pismo przewodnie naczelnika gminy Kromołów do raportu o stanie przemysłu w gminie oraz fragment tego raportu zawierającą pierwszą wzmiankę o istnieniu we wsi Zawiercie Kromołowskie Fabryki Szkła i Fabryki TAZ.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
M. Kantor-Mirski w publikacji "Z przeszłości Zagłębia Dąbrowskiego i okolicy" Sosnowiec 1932, tom III s 31 tak opisywał ulice Zawiercia: "Pod koniec 1918 roku Zawiercie posiadało tylko cztery ulice brukowane, częściowo brukowanych też cztery. Reszta ulic przedstawiała w porze deszczowej nieprzebyte topieliska w których ludzie grzęźli powyżej pasa a zwierzęta pociągowe czasem pogrążały się na zawsze. O chodnikach i trotuarach nie było mowy. Latarni ulicznych było kilka i sterczały na pokracznych słupach".

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Autorzy Przewodnika po Zagłębiu Dąbrowskim wydanego w Sosnowcu w 1939 roku tak pisali o wyglądzie Zawiercia na s. 43-44: "Dzisiejsze to jest około 1938-1939 roku oblicze miasta nie przedstawia nic osobliwego. Zwarcie zabudowane i dość prawidłowo zaplanowane, centrum przecina linia kolejowa dzieląc miasto na część zachodnią i wschodnią. Warta rozlewa się na terenie Zawiercia w stawy. Przedmieścia dość rozległe luźno związane z centrum. Mają one charakter wybitnie przemysłowy przy czym rzucają się w oczy kontrasty urbanistyczne - luźnie zabudowane i ubogie domy mieszkalne obok wielkich gmachów fabrycznych, zwłaszcza przędzalni i tkalni. Przedmieścia wyciągnięte wzdłuż głównych dróg rozchodzących się po Zawierciu promieniście, co nadaje miastu plan gwiaździsto rozbiegających się peryferii miejskich. Dodatnią stroną miasta jest skupienie zakładów przemysłowych na jego krańcach".</description>
        </item><item>
        <title>Zawiercie na Wystawie Przemysłowo-Rolniczej w Częstochowie w roku 1909</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/zawiercie_na_wystawie_przemysloworolniczej_w_czestochowie_w_roku_1909</link>
        <description>Już w pierwszej połowie XIX wieku do właścicieli dóbr ziemskich w okolicach Zawiercia docierają informacje (zaproszenia) o wystawach rolniczych w Moskwie. W okresie tworzenia podwalin przemysłu Zawiercia, w drugiej połowie XIX w. właściciele Towarzystwa Akcyjnego andbdquo;Zawiercieandrdquo; zdawali sobie doskonale sprawę z roli, jaką w sferze marketingowej odgrywa promocja na wystawach przemysłowo-rolniczych.

Po raz pierwszy wyroby bawełniane TAZ zostały zaprezentowane na Wystawie Przemysłowo-Rolniczej w Warszawie w 1880 r. Nie można tego pierwszego kroku uznać za udany, ale już pięć lat później na tej samej wystawie Towarzystwo zostało nagrodzone złotym medalem. Komisja konkursowa wysoko oceniła drukowane i barwne wyroby bawełniane z Zawiercia, które stały się sztandarowym produktem na kilkadziesiąt następnych lat. Pod koniec września 1885 r. fabryka zamknęła portfel zamówień, z uwagi na ogromne zainteresowanie nabywców wyrobami TAZ.
Wzrost produkcji tej największej zawierciańskiej fabryki był prawdopodobnie impulsem - niedocenianym dzisiaj przez historyków - który zaowocował w 1886 r. narodzinami pomysłu budowy pierwszego kościoła (bazylika św. Apostołów Piotra i Pawła).

Trudno dzisiaj odtworzyć listę wystaw, w jakich brali udział przedsiębiorcy okolic Zawiercia na przełomie XIX i XX wieku. W dziejach regionu niewątpliwie największym wydarzeniem promocyjno-marketingowym była Wystawa Przemysłowo-Rolnicza w Częstochowie w 1909 roku. W ubiegłym roku obchodzono setną rocznicę tego wydarzenia, bezprecedensowego w dziejach Częstochowy i regionu.

Pomysł wystawy narodził się w 1907 r. Przedsiębiorcy z Zawiercia czynnie włączyli się w prace organizacyjne, a jedno z pierwszych posiedzeń Komitetu Organizacyjnego odbyło się właśnie w Zawierciu. To właśnie tutaj, w ostatnich dniach grudnia,  podjęta została jedna z kluczowych decyzji o terminie wystawy, który przesunięto z 1908 na 1909 rok. Dyrektor TAZ, Stanisław Szymański, został wybrany wiceprezesem Komitetu Organizacyjnego. W składzie komisji oceniających wystawców znaleźli się też inni zawiercianie, m.in. dyrektor handlowy TAZ, Marcin Ginsberg. Wsparcia finansowego udzielili również właściciele firm, które nie brały udziału w wystawie, np. Ernest Erbe czy Huta Szkła Reich i s-ka.

Wystawa częstochowska została otwarta 5 sierpnia 1909 r. i trwała do 4 października. Szacuje się, że tereny wystawowe odwiedziło ponad 700 tys. osób i był to spektakularny sukces organizatorów. Trudno współcześnie znaleźć podobny przykład promocji Zawiercia o tak dużym zasięgu. Obok znanych firm, jak TAZ, Fabryka pędni, maszyn i odlewnia żelaza w Zawierciu Sambor, Krawczyk i S-ka, andbdquo;Stanisław Ginsbergandrdquo;, biura przemysłowo-techniczne w Zawierciu i Częstochowie, na wystawie Zawiercie prezentowało również dorobek kulturalny i oświatowy. Swoje prace przedstawiły szkoła fabryczna TAZ, miejscowa ochronka oraz szkoła przyfabryczna dla ślusarzy Huldschyńskiego.

 Dyrektor Towarzystwa Akcyjnego andbdquo;Zawiercieandrdquo;, Szymański, zwracał wcześniej uwagę, że wielki przemysł andbdquo;wyników praktycznych z wystawy tej prawdopodobnie nie osiągnie, obowiązkiem jednak tego przemysłu jest popieranie wystawy ze względu na znaczenie kulturalneandrdquo;. Korespondent jednej z gazet, omawiając wystawę, pisał: andbdquo;Kto z was wie, iż w skromnym Zawierciu skromny urzędnik fabryczny p. Juliusz Isaak dochował się - dzięki mozołowi i ofiarom całego życia - jednej z najwspanialszych kolekcji stawonogów, jaka jest na świecie?andrdquo;. Obok niego swoje zbiory fizjograficzne ze skamielinami i minerałami okolic Zawiercia prezentował też Piotr Lubicz Strzeszewski - były generalny dyrektor TAZ.

Organizatorzy wystawy przygotowali dla zwiedzających liczne pamiątki. Wśród nich możemy spotkać barwną chustę z panoramą wystawy i widokiem klasztoru jasnogórskiego, która została zaprojektowana i wyprodukowana w fabryce Towarzystwa Akcyjnego andbdquo;Zawiercieandrdquo;. Jedyny znany egzemplarz tej chusty znajduje się w zbiorach prywatnych częstochowskiego antykwariusza. Jej fotografia trafiła na okładkę pamiątkowego albumu, wydanego z okazji obchodów setnej rocznicy wystawy częstochowskiej. Pomysłodawcy wydania nie wiedzieli, że u dołu wspaniałej, kolorowej chusty znajduje się widok fabryki bawełny w Zawierciu.

Efekty udziału w wystawie można mierzyć przywiezionymi wówczas do Zawiercia dyplomami i medalami, ale nie to było najważniejsze. Odwiedzający wystawę mogli się przekonać, że w zawierciańskich osadach fabrycznych, które nabierają miejskiego charakteru, w sąsiedztwie nowoczesnego przemysłu  krzewi się oświata i kultura, że można tutaj rozwijać swoje zainteresowania. Uroki krajobrazu okolic Zawiercia prezentował na wystawie znany fotograf -Ignacy Męcik. W latach 1907-1909 w prasie częstochowskiej ukazało się wiele notatek związanych z Zawierciem - o uroczystym otwarciu szkoły fabrycznej TAZ, o ośmioklasowej szkole ludowej, o imprezach kulturalnych w miejscowej resursie i parku Bronisławów oraz o życiu towarzyskim mieszkańców.

Nie tylko pod tym względem największą akcję promocyjną w dziejach Zawiercia możemy uznać za udaną. Jeszcze przez wiele lat użyteczną ozdobą terenów powystawowych były żeliwne słupy latarni odlanych w hucie Huldschyńskiego, a wyjątkową ozdobą parku pod Jasną Górą do dzisiaj jest pawilon wystawowy, wybudowany przez Towarzystwo Akcyjne andbdquo;Zawiercieandrdquo;, który w przeszłości pełnił rolę obserwatorium astronomicznego, a obecnie mieści się w nim filia muzeum. Przy okazji obchodów setnej rocznicy wystawy wydano również kalendarz, którego ozdobą jest widok pawilonu wystawowego Towarzystwa Akcyjnego andbdquo;Zawiercieandrdquo;. Sympatyczna promocja naszego miasta powróciła do Częstochowy po 100 latach.    
autor: Zdzisław Kluźniak     
Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie zawiercianin.pl



</description>
        </item><item>
        <title>Wspomnienia Ludwiki Stach-Pęczkowskiej z Zawiercia and#8211; działaczki socjalistycznej w czasie II wojny światowej </title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/wspomnienia_ludwiki_stachpeczkowskiej_z_zawiercia</link>
        <description>W pierwszych dniach sierpnia 1939 r. w Krakowie odbywały się  szkolenia wojskowe dla niektórych działaczy Polskiej Partii  Socjalistycznej. Na pierwszym z nich był tow. Feliks Bereza, na drugim  miał być mój ojciec, lecz został odwołany.

W dniach 25 i 26 sierpnia 1939 r. tow. Feliks Bereza dostarczył nam broń  otrzymaną z Okręgu Kraków. Przechowywana była u nas w domu oraz u  Ignacego Groji (mąż siostry Anny) zamieszkałego w Zawierciu przy ul.  Jagiellońskiej 12. 31 sierpnia 1939 r. na ulicach Zawiercia ukazały się  ogłoszenia mobilizacyjne. Z naszej rodziny został zmobilizowany tylko  szwagier Ignacy Groja. Brat Stanisław Wencel poszedł w ślad 73 pp. aż na  południe Polski. Mąż mój Stanisław Stach został zatrzymany przez ojca w  domu.

1 i 2 września oddziały Wojska Polskiego poniosły klęskę pod  Częstochową. Zmęczeni, brudni, głodni żołnierze uciekali w nieładzie  przez Zawiercie. Czasami zatrzymywali się w niektórych domach, a ludność  wynosiła miednice z wodą do mycia, czyste onuce, ciepłe jedzenie, chleb  i butelki z piciem. Gdy odeszli, widzieliśmy, że nie da się uratować  kraju od klęski, jaką będzie okupacja hitlerowska.

Wieczorem tego dnia ojciec, mąż i ja przystąpiliśmy do zabezpieczenia  akt partyjnych, Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego [TUR] i Czerwonego  Harcerstwa. Pomagał w tym Zygmunt Makowski, gospodarz Domu Ludowego,  członek PPS i Klasowego Związku Zawodowego Włókniarzy w Zawierciu. 3  września ojciec wydał polecenie ukrycia sztandarów, proporców,  biblioteki TUR. W pracy tej bardzo pomagał Czerwony Harcerz, Henryk  Major - przewodnik Gromady Czerwonego Harcerstwa im. Ludwika Waryńskiego  w Zawierciu. Przez nasz dom przechodzili zmartwieni towarzysze, bez  żadnej nadziei na lepsze jutro.

4 września weszły do Zawiercia pierwsze oddziały niemieckie. Witała ich  spora grupa mieszkańców Zawiercia, o których wiedzieliśmy, że są  pochodzenia niemieckiego. Tegoż dnia weszło w życie zarządzenie o  zaciemnianiu okien i godzinie policyjnej oraz rozlepiono zarządzenie, że  wszyscy mężczyźni od lat 14 do 65 mają się stawić na placu fabryki TAZ  (Towarzystwo Akcyjne andbdquo;Zawiercieandrdquo;). W wypadku oporu będą rozstrzelani.  Spędzono kilka tysięcy mężczyzn i trzymano ich 3 dni i 3 noce.

Z 4 na 5 września weszła regularna armia niemiecka i objęła władzę nad  miastem. Dowodził nią gen. Kuntzen. Mężczyźni na placu zostali  zewidencjonowani. Według pogłosek mieli być rozstrzelani. Nastąpić to  miało, jak tylko do miasta przyjdzie gestapo. W czwartym dniu na  polecenie gen. Kuntzena mężczyźni zostali zwolnieni. Na ich miejsce  zabrani zostali zakładnicy. Zakładników gestapo przetrzymało tydzień.  Byli traktowani okropnie, a szczególnie ksiądz Bolesław Wajzler,  prezydent miasta inż. Jan Kowalski i komisarze policji. Musieli myć  podłogi, wynosić nieczystości, myć w.c., wynosić fekalia po swoich  kolegach. Wszystkim tym czynnościom towarzyszyło bicie i wyzwiska.

Pod koniec września 1939 do domu wrócił szwagier, a w początkach  października brat Stanisław. Po długiej naradzie rodzinnej, ojciec  stwierdził, że jako stary konspirator z PPS, więzień Pawiaka, Cytadeli  (X Pawilon), katorżnik, nie może inaczej postąpić, jak przystąpić do  budowania tajnej organizacji. Nie sądzi, aby któreś z dzieci myślało i  czuło inaczej. Jego wiernym towarzyszem była nasza mama. Konspiratorka  PPS 1905-1907 r. w Warszawie i Zawierciu, trzymana w więzieniach Będzin,  Piotrków, Pawiak i X Pawilon Cytadeli. Zesłana na Sybir razem z ojcem,  przebyła katorgę i zesłanie w latach 1909-1922. Wrócili do kraju i znów  stanęli do działalności politycznej w PPS w Zawierciu. Z Syberii  przywieźli pięcioro dzieci, zahartowanych na głód, zimno, niewygody  życiowe. Rodzice dali nam wszystko, co mogli dać w okresie  przedwojennym, to jest odporność fizyczną i psychiczną.

Koniec października 1939 r. był okresem, kiedy PPS w całej Polsce zeszła  w podziemie i tak stało się u nas. Pierwszą trójką tajnej,  przygotowanej przez PPS przed wrześniem, organizacji bojowej  andbdquo;Okrzeja-Odraandrdquo;, w Zawierciu byli: Stanisław Wencel - senior, Feliks  Bereza i Jan Kurek. W ostatnich dniach października ta trójka zebrała  się w naszym mieszkaniu i postanowiła rozszerzyć swój skład i nadać jej  charakter kierownictwa obwodu dla miasta Zawiercia i powiatu.  Postanowiono dokooptować Wacława Kowalczyka, Czesława Mendraszka,  Ignacego Lipczyńskiego i mego męża Stanisława Stacha - łącznika z  Okręgowym Komitetem Robotniczym [OKR] Zagłębie. Pełnił on tę funkcję od  czerwca 1939 r. i był łącznikiem między Aleksym Bieniem [wybitny  działacz socjalistyczny, w międzywojniu prezydent Sosnowca] a  Stanisławem Wenclem.

W listopadzie tegoż roku zgłosił się do ojca Czesław Mendraszek i  stwierdził, że w obecnej chwili nie ma nic do roboty jako samorządowiec i  do pracy konspiracyjnej włączy się dopiero, jak przyjdzie odpowiednia  chwila. W ten sam dzień ojciec przyniósł z pracy rezygnację z udziału w  kierownictwie Wacława Kowalczyka, który jednak zdeklarował się brać  udział we wszystkich potrzebnych akcjach dla organizacji na terenie TAZ  (był tam głównym portierem). Rezygnację tę rozumieliśmy, gdyż tow.  Kowalczyk był chorym człowiekiem, a po I wojnie został mu uraz w postaci  ustawicznego potrząsania głową. Trzeci kandydat, Ignacy Lipczyński,  pracował na robotach publicznych i tam związał się ze Służbą Zwycięstwa  Polski, której założycielem był Józef Słaboszewski, a jego zastępcą  przedwojenny oficer Teodor Stosik. Stosik był zwierzchnikiem w pracy  tow. Lipczyńskiego i uważał, że swoją działalność będą mogli lepiej  zakonspirować niż my. Lipczyński został aresztowany ze wszystkimi  członkami Związku Walki Zbrojnej [ZWZ] w czerwcu 1940 r., osadzony w KL  Auschwitz i tam w przeciągu trzech miesięcy zmarł.

W grudniu 1939 r. ojciec zwołał tajne zebranie pepesowców, w którym  uczestniczył Stefan Pol - przedstawiciel OKR Zagłębia. Zebranie powołało  Komitet do kierowania działalnością zawierciańskiej, podziemnej  Polskiej Partii Socjalistycznej andbdquo;Wolność - Równość - Niepodległośćandrdquo;.  Skład Komitetu był następujący: Jan Kurek andbdquo;Dziadekandrdquo; - przewodniczący,  Stanisław Stach andbdquo;Larwaandrdquo; - zastępca przewodniczącego i technika  organizacji, Feliks Bereza i Józef Płoński - sekcja gospodarcza, Czesław  Mendraszek - sekcja samorządowa, Bronisław Micuła i Bronisław Stefan  Micuła (syn) andbdquo;Bystryandrdquo; - sekcja spółdzielcza, Ignacy Nowak i Edmund  Ziembowski andbdquo;Chomikandrdquo; -    Milicja PPS-WRN, Stanisław Nowak i Wojciech  Napora - Straż (Milicja) Przemysłowa PPS-WRN, Stanisław Wencel (syn)  andbdquo;Świderandrdquo;, andbdquo;Twardyandrdquo; - Gwardia Ludowa PPS-WRN, Stanisław Wencel i Józefa  Wencel - instruktorzy bojowi i technika. Wszyscy oni działali przed wojną w PPS i związanych z nią organizacjach.

Pierwszymi łącznikami Komitetu Obwodu Zawiercie PPS-WRN były: Maria  Mieszczanek z d. Wencel, Helena Micuła, Kamila Jamróz z d. Wencel -  wszystkie związane przed wojną z Czerwonym Harcerstwem TUR.

Na następnym zebraniu Komitetu, pod koniec stycznia 1940, na łączników  mających działać w zasięgu Generalnego Gubernatorstwa i na punktach  granicznych powołano Henryka Majora, Henryka Jamroza, mnie i, niestety,  Władysława Pacieja, który później został agentem niemieckim.

Od lutego 1943 r. pracowała jako łącznik Elżbieta Sas z Siewierza.  Organizacja miała szereg punktów kontaktowych, tzw. andbdquo;skrzynekandrdquo;,  mieszczących się w Zawierciu u Stanisława Wencla (ojca) ul. Szymańskiego  1, Anny Groja z d. Wencel - ul. Jagiellońska 12, Zygmunta Makowskiego -  ul. Fabryczna 31 i 33, Feliksa Berezy - ul. Słowackiego, Józefa  Brzeziny - ul. Paderewskiego (Domy Szklarskie), Bronisława Micuły - ul.  Szeroka 26, Jana Kurka - ul. Fabryczna 14, i Edmunda Ziembowskiego - ul.  Fabryczna 24. Mieliśmy też dwa swoje punkty kontaktowe w Sosnowcu u  Franciszka Bratka i Piotra Stacha.

Zawiercie i powiat należały od 1942 r. do III pułku Brygady  Zagłębiowskiej Gwardii Ludowej PPS-WRN. Na jej czele stanął inż. Cezary  Uthke. Dowódcą pułku zawierciańskiego został por. mgr Józef Mazurek  andbdquo;Kostekandrdquo;. Pułk składał się z 2 batalionów. Dowódcą batalionu  zawierciańskiego został tow. Piotr Wierzbicki andbdquo;Jodłaandrdquo;, a batalionu  myszkowskiego tow. Mieczysław Stelmach andbdquo;Zawieruchaandrdquo;. 

Ważną częścią naszej pracy konspiracyjnej był kolportaż i wydawanie  podziemnej prasy pepesowskiej. Z okręgu docierała do nas prasa centralna  oraz pisma okręgu zagłębiowskiego partii. Wydawaniem tych ostatnich  zajmowała się w Sosnowcu Maria Polowa - żona Stefana Pola, naszego  opiekuna z ramienia OKR. Przed wojną Maria Polowa - działaczka Koła  Kobiet PPS w Sosnowcu - często kontaktowała się z moją siostrą Anną  Grojową, przewodniczącą Koła Kobiet PPS w Zawierciu. Serdecznie się  teraz ucieszyła, że u Anny jest andbdquo;skrzynkaandrdquo; kontaktowa i tam tylko  wysyłała z Sosnowca łączników, którzy dowozili prasę do Zawiercia. Prasy  tej było bardzo mało na zapotrzebowanie całego powiatu  zawierciańskiego. Okręg dostarczał nam na miasto i powiat od 10 do 50  egzemplarzy pism. Ta liczba nie wystarczała na miasto, a co dopiero na  Porębę, Łazy, Ogrodzieniec, Wysoką, 

Wysoką-Cementownię koło Łaz, Blanowice, Kromołów, Włodowice, Myszków,  Żarki itd. Kierownictwo organizacji postanowiło więc radzić sobie na  terenie Zawiercia, aby zwiększyć liczbę egzemplarzy pism. Organizacja  nasza miała bardzo dużo sympatyków. Jednym z nich był Stanisław  Pęczkowski (do 1939 r. kierownik wydziału drukarni TAZ, gdzie  kierownikiem warsztatu mechanicznego był mój ojciec St. Wencel) i on to  dostarczył mojemu ojcu stary powielacz, maszynę do pisania - ukrytą  przed zarejestrowaniem w gestapo - matryce i dużo papieru do powielania.  Komitet postanowił wyremontować maszynę i złożyć powielacz. Sprawą  zajął się ojciec z naszym sympatykiem Zygmuntem Żurawskim,  rytownikiem-drukarzem tkanin bawełnianych, który pracował w TAZ wspólnie  z ojcem.

Zygmunt Żurawski wykonywał nam też matryce do podrabiania druków na  andbdquo;palcówkiandrdquo; i kartki żywnościowe oraz pieczątki w kauczuku i miedzi. Te  jego prace dostarczaliśmy do Okręgu, a odbierali je Cezary Uthke, Lucjan  Tajchman i Adam Rysiewicz z Krakowa. Mieliśmy powielacz, maszynę,  papier i matryce, zaczęliśmy więc odbijać prasę otrzymywaną z Okręgu,  żeby mieć jej więcej do kolportażu. Matryce pisałam na maszynie sama, a w  powielaniu, składaniu egzemplarzy i wynoszeniu prasy z lokalu pomagali  mi: mój mąż Stanisław Stach, Wacław Kowalczyk, Helena Micuła, Piotr  Migdalski, Bronisław Micuła (ojciec), Bronisław Stefan Micuła (syn).  Ubezpieczali mnie Stanisław Pęczkowski, Wacław Kowalczyk, Jan Leśniak  (pracownicy portierni TAZ). Punkty pisania na maszynie i powielania  gazet musiałam zmieniać bardzo często. Pierwszym takim były pokoje  gościnne przy ul. Fabrycznej 4. Kiedy wprowadził się do jednego pokoju  kierownik Arbeitsamtu w Zawierciu Hans Drisner, oficer niemiecki  (gestapo), zostałam przeniesiona do naszego mieszkania Teichstrasse 3.  Trwało to 2 miesiące. 

Mieliśmy sąsiadkę Alinę B., do której przychodził leśnik; po sprawdzeniu  okazało się, że jest oficerem SS. Po tym przeniesiono mnie na ul.  Fabryczną 31 do domu ludowego TAZ. Tam bardzo pomagał mi Zygmunt  Makowski. Jego aresztowanie w lipcu 1941 r. przerwało dalszy ciąg pracy.  Po dwóch tygodniach znalazłam miejsce na ul. 11 Listopada w magazynie  bielizny, mebli i różnego sprzętu należącego do TAZ. Na tym miejscu  dotrwałam do chwili aresztowania, tj. do 5 września 1943 r.

Prasa była dostarczana do andbdquo;skrzynekandrdquo; kontaktowych, skąd rozprowadzali ją  w Zawierciu kolporterzy: Bronisław Micuła, Edmund Ziembowski, Józef  Płoński, Henryk Jamróz, Julia Kurek, Stanisław Nowak, Bronisław Rogoń,  Bogdan Drabek. Byli to wypróbowani towarzysze w pracy konspiracyjnej i  dlatego Komitet do 1942 r. nie zmienił kolporterów na młodszych.

Prasę na powiat odbierała Anna Grojowa i wydawała zgłaszającym się.  Przeważnie byli to właściciele andbdquo;skrzynekandrdquo; z powiatu. I tak: Łazy -  Stanisław Olszowy, Siewierz - Jan Ziaja, a od 1943 r. rodzeństwo Sas -  Elżbieta i Henryk, Żarki Blok - Aleksander Krystman (ojciec), Poraj -      Stefan Zaczyński, Poręba - Stefan Heflik, Ogrodzieniec - Jan Żak,  Roman Stąpel. Należy tu podkreślić, że główną andbdquo;skrzynkąandrdquo; kontaktową  naszej organizacji było mieszkanie Anny Groji, gdyż leżało ono na trasie  do Łaz. Blisko był dworzec kolejowy, po prawej stronie, a po lewej las  ciągnący się w stronę Łaz i Cementowni andbdquo;Wiekandrdquo;. W mieszkaniu tym  wyznaczali spotkania z naszym Komitetem Cezary Uthke, Stefan Pol, Adam  Rysiewicz, Lucjan Tajchman i inni. Anna odbierała rozkazy i przekazywała  je do wykonania, wydawała łącznikom prasę, przechowywała andbdquo;spalonychandrdquo;  towarzyszy, przechodzących do GG. Z mieszkania tego nasz brat andbdquo;Twardyandrdquo;  ze swoją grupą bojową wychodził na akcje zbrojne. Tu odbywały się  zebrania bojowców. Z tego mieszkania zabrał broń andbdquo;Twardyandrdquo;, jak wychodził  po raz drugi w andbdquo;lasandrdquo;.

Anna pokonywała ogromne trudności pracy konspiracyjnej w wiecznym  strachu, gdyż miała dwie córeczki urodzone 1 października 1939 r. i 27  lutego 1942 r. W tym czasie gestapo aresztuje naszych starych towarzyszy  oraz porucznika Józefa Mazurka andbdquo;Kostekandrdquo;. Anna została aresztowana za  siostrę Kamilę Jamróz. Na gestapo w Zawierciu przechodzi śledztwo.  Aresztowania nastąpiły na skutek denuncjacji agenta gestapo Pilarczyka.

Decyzją naszego Komitetu miałam rozpocząć pracę nad szkoleniem  towarzyszy nie umiejących pisać a nawet czytać, Czesław Mendraszek zaś  miał się zająć szkoleniem na temat spółdzielczości i samorządu. Miałam w  1937 r. skończone Kupieckie Gimnazjum Stowarzyszenia Kupców Polskich w  Zawierciu, skończony kurs i pełne przeszkolenie Przysposobienia  Wojskowego Kobiet oraz pełne wyszkolenie PCK objęte przez średnie  szkoły. Wszystkie braki w dziedzinie wojskowej uzupełniał mi brat,  szwagier, ojciec, a nawet matka, która w walce z caratem prowadziła z  Franciszką Bratek andbdquo;Babciąandrdquo; oddział techniki bojowej.

Do czerwca 1943 r. uczyłam naszych towarzyszy i ich dzieci u siebie w  domu oraz w ich domach w Zawierciu, Mrzygłodzie, Mrzygódce, Blanowicach,  Kierszuli i gdzie mnie potrzebowali. Uczyłam pierwszej pomocy  lekarskiej, uczyłam, z jakich części składa się broń krótka i długa,  posługiwania się mapami i kompasami, słownikiem języka niemieckiego. Ile  razy w tych wędrówkach słyszałam: andbdquo;Trzeba było wojny i Hitlera, żeby  nabrał chęci do tegoandrdquo;, albo słowa: andbdquo;Siadaj synu lub córko i słuchaj, bo  jak coś zapomnę, to podpowieszandrdquo;.

Czesław Mendraszek był przedwojennym działaczem PPS, któremu nasza  organizacja i my działacze wierzyliśmy i oczekiwaliśmy od niego wiele.  Posiadał dar mówienia i przekonywania. Taki dar to dobrodziejstwo  wielkie dla wszystkich, którym myślenie w tak ciężkich czasach  przychodziło z trudnością, a nawet tych przekonywało, którzy wierzyli w  walkę z bronią w ręku. 

Chcieliśmy ludzi tych przysposobić do życia w wolnej ojczyźnie, która  miała szybko po wyzwoleniu nadążać za krajami mało zniszczonymi w II  wojnie światowej. Przy szkoleniu samorządowym liczyliśmy, że Mendraszek  będzie uczył naszych starych i nowych towarzyszy, którzy spotkali się z  ideologią socjalizmu dopiero teraz, w chwili wstąpienia do GL czy innej  sekcji socjalistycznej organizacji. Niejeden nam powiedział: andbdquo;Dajcie nam  broń, a jak jej nie macie, to myślcie, jak ją zdobyć, by bić Szwabów.  Kto to wie, co później będzie. Jak ich będzie mniej, będzie nam lżej  żyćandrdquo;.

Cz. Mendraszek przeprowadził jedno szkolenie w Domach Szklarskich przy  ul. Paderewskiego u Józefa Brzeziny. Na tym jednym skończyło się.  Zostało przerwane, a towarzysze przeznaczeni do wysłuchania wykładów  zostali dołączeni do oddziału bojowego, politycznego oraz Milicji w  zakładach pracy. Trzeba przyznać, że był to ich własny pomysł. Pracę tę  wykonywali bardzo dobrze, ofiarnie i rozważnie. Na zapytanie Komitetu,  dlaczego przerwał pracę szkoleniową, Mendraszek oświadczył, że na ten  rodzaj pracy konspiracyjnej nie nadszedł jeszcze czas i że będzie na to  czas, kiedy wojna będzie się kończyć. Mój mąż, który pracował z nim  firmie E. Erbe - Wytwórnia Łączników Kuto-Lanych, na polecenie Komitetu  rozmawiał z nim, ale tow. Mendraszek nie podejmował żadnej innej pracy  konspiracyjnej aż do chwili aresztowań 5 września 1943 r. W dniu tym  przestraszył się i uciekł do Generalnej Guberni.

Robiąc analizę jego postępowania, doszliśmy do wniosku, że żył on w  stałej obawie przed zagrożeniem ze strony Niemców. We wrześniu 1939 r.  uniknął aresztowania jako zakładnik, gdyż był zmobilizowany. Wrócił do  Zawiercia i rozpoczął pracę w Fabryce Erbego i do chwili ucieczki we  wrześniu 1943 r. był w niej zatrudniony. W kwietniu 1940 r. przeżył  bardzo nerwowo aresztowanie zakładników, które objęło w Zawierciu 100  osób, samą inteligencję. Gestapo wysłało ich do obozów koncentracyjnych,  które przetrwało tylko kilku. Przeżywał to bardzo, bo czuł się zawsze  inteligentem. W sierpniu 1941 po aresztowaniu tow. Zygmunta Makowskiego  znów go przejął strach, że może jako przedwojenny pepesowiec być  aresztowany.

Szkolenie przerwane przez Mendraszka zostało podjęte w 1941 r. przez  Bronisława Stefana Micułę andbdquo;Bystryandrdquo;, który miał ukończone liceum handlowe  w Częstochowie i, jak się okazało, miał dar mówienia i znał wykładane  przedmioty. Po kilku miesiącach objął też w naszym Komitecie sekcję  gospodarczą, a jego zastępcami byli jego ojciec i siostra Helena.

Wspomniałam już, że w tworzeniu zawierciańskiej organizacji PPS-WRN i  jej ośrodka kierowniczego uczestniczyli działacze i aktywiści  przedwojennej PPS. Przykrym wyjątkiem od tej reguły była osoba Leona  Konopki, znanego i popularnego na naszym terenie działacza PPS przed  1939 r.

Na zebranie organizacyjne w grudniu 1939 r. został zaproszony przez mego  ojca na wyraźne zlecenie tow. Stefana Pola - naszego opiekuna z  ramienia Okręgu. Po zebraniu nie został mu przydzielony żaden odcinek  pracy partyjnej. Jego wypowiedzi i zachowanie spowodowały, że Komitet  całkowicie go odsunął od tego obowiązku. W późniejszym czasie tłumaczył  się, że ma troje dzieci, jest bardzo znanym przedwojennym działaczem, że  mieszka w tym samym domu, co konfident gestapo Stefan Krzak, zwany  przez ludzi Zawiercia andbdquo;Sukąandrdquo;. Tow. tow. Lipczyński i Kurek bardzo się  sprzeciwiali tej decyzji, ale pozostała część przegłosowała ich.  Towarzysze, którzy głosowali przeciw włączeniu Leona Konopki do pracy w  naszych szeregach, na drugim zebraniu podali swoje powody. Oto one. Po  pierwszym aresztowaniu zakładników w 1939 r. Konopka wskazał władzom  Wehrmachtu mieszkania pracowników Rady Miejskiej. Drugi powód - był  razem z wehrmachtowcami także u tow. Lipczyńskiego i Kurka. Towarzyszy  Lipczyńskiego i Kurka w tym czasie nie było w Zawierciu i nie chcieli  dać temu wiary. Leona Konopkę wzięto pod obserwację. Była to trudna sprawa. 

Cały szkopuł w tym, że w okresie przedwojennym zyskał dużo przyjaciół  wśród towarzyszy z PPS, TUR i wielu sympatyków nie związanych z ruchem  socjalistycznym. Drugą sprawą były aresztowania latem 1941, związane z  wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej. Aresztowanych było około 25  działaczy komunistycznych i socjalistycznych, między innymi Zygmunt  Makowski, Henryk Jamróz (mąż siostry Kamili), Jan Stopczyński. Rodziny  aresztowanych przychodziły do mnie, do ojca i do męża o radę, a  najważniejsze, mówili, czego się domyślają, niektórzy chodzili na  gestapo z zapytaniem, za co zostali wzięci ich najbliżsi, inni jeszcze  starali się przez znajomych dotrzeć z pieniędzmi do urzędników gestapo.  Otrzymali na to wszystko odpowiedź: andbdquo;Przecież myśmy nie wiedzieli, że  wasi mężowie są komunistami. Wasze Polaki nam powiedzieli, miejcie do  nich pretensjeandrdquo;.

Po tych faktach moja siostra poszła pod gestapo i podeszła do piwnicy,  gdzie siedzieli więźniowie. Wywołała męża i ten powiedział jej: andbdquo;Moja  sprawa - to ucieczka z wojska, potwierdził to Leon Konopka. Pozostali są  z listy członków PPS i Organizacji Młodzieżowej TUR, złożonej w 1938 r.  naszej policji przez Konopkę. W tej sprawie wołali Rozbickiego i Porca  (konfidenci przedwojennej policji, wiecznie rozpracowujący naszych  członków). Idź do Janikowskiej, Stefy Cicheckiej i Łazarzowej może ci  coś powiedzą więcej, a teraz uciekajandrdquo;. Wrzuciła mu papierosy, chleb i  musiała uciekać, bo w drzwiach ukazał się wilczur (cały czas stałam na  ulicy i czekałam, czy uda się siostrze podać jedzenie i papierosy).  Zawsze takie sprawy załatwialiśmy w ten sposób, żeby wiedzieć, czy się  udało, a jak nie wróci, co powiedzieć rodzinie.

Trzecia sprawa była związana z aresztowaniami członków organizacji ZWZ -  u nas w Zawierciu mówiło się andbdquo;Sprawa Stosikaandrdquo;. Teodor Stosik prowadził  roboty publiczne, na których pracował tow. Ignacy Lipczyński. W kwietniu  1940 r. Lipczyński zgłosił się do nas i poinformował, że na jednym z  ich zebrań stanęła sprawa Konopki, któremu ludzie wiele zarzucają, a  najważniejsze to, że współpracował z przedwojenną andbdquo;dwójkąandrdquo; [swoista  policja polityczna, jednak wchodząca w skład służb wojskowych]. Sprawa  ta była referowana przez Kazimierza Poncyliusza i Bronisława Palę. Tę  sprawę omawiał też Pala z moim bratem Stanisławem. Mimo że meldował on o  tym ojcu, ten nie uwierzył w to i co gorsza odprawił Lipczyńskiego  przekonany, że to nieprawda. Ojciec wezwał do siebie Teodora Stosika.  Ten, pewny siebie oficer, przyszedł od razu. Nie bawił się w  opowiadania, ale zażądał usunięcia Konopki z naszych terenów. Jeżeli  nie, to ich organizacja weźmie ten ciężar na siebie. W końcowej rozmowie  ojciec oświadczył, że to wszystko poszlaki i nie może człowieka tak  zasłużonego dla ruchu socjalistycznego na naszym terenie skrzywdzić,  muszą być na to dowody.

W czerwcu 1940 r. cała grupa Stosika została aresztowana. Z 26  aresztowanych wróciło tylko 3. Część ich osadzono w Berlinie w więzieniu  i tam mieli śledztwo i Volksgericht, na mocy którego zostali skazani na  karę śmierci przez ścięcie toporem. Konopka był wzywany do Berlina jako  świadek oskarżenia. Na nasze prośby i rozkazy niestawienia się w  Berlinie - odmawiał. Propozycję przerzucenia go do GG wraz z rodziną,  stanowczo odrzucił. Takie propozycje stawiano od czerwca 1940 do 1942  r., tj. do chwili ukazania się w prasie notatek o andbdquo;straceniu w Berlinie  groźnej grupy Polaków występującej przeciwko Wielkiej Rzeszyandrdquo;.

Rodziny pomordowanych miały do nas pretensje, że Leon Konopka chodzi po  Zawierciu. Okręg żądał od nas zlikwidowania Konopki. Komitet nasz  odmówił, gdyż do organizacji należeli towarzysze, którzy w to nie  wierzyli lub starali się tłumaczyć postępowanie Konopki. Po tym, jak był  świadkiem oskarżenia w sprawie Stosika, towarzysze ci obawiali się, że  likwidacja Konopki może przynieść ofiary w naszej organizacji.  Zwolennicy Konopki przeszli do Gwardii Ludowej PPS-WRN [nie mylić z  późniejszą komunistyczną Gwardią Ludową, celowo nazwaną podobnie, by  pozyskać osoby związane z ruchem socjalistycznym], gdzie przejął ich mój  brat Stanisław Wencel. W listopadzie 1942 r. jeszcze raz poszliśmy z  mężem do Konopki z propozycją, by opuścił Zawiercie. Nie przyjął jej i  mimo już oczywistych faktów - wszystkiemu zaprzeczał.

W sierpniu 1940 r. przyjechał do nas Adam Rysiewicz andbdquo;Teodorandrdquo;, członek  OKR PPS-WRN Kraków. Przeprowadzał instruktaż, zapoznawał nas z nowymi  metodami konspiracji. W szkoleniu tym uczestniczyli: Stanisław Stach,  Piotr Wierzbicki, Jan Kurek, Bronisław Stefan Micuła, Teodor Wolski,  Stanisław Olszowy, Henryk Major, Kamila Jamróz, Helena Micuła i ja.

Szkolenie było podzielone na dwie grupy i także miało przygotować nas do  udzielenia pomocy więźniom w obozach koncentracyjnych. W wyniku tego  szkolenia Organizacja nasza podporządkowała Okręgowi Kraków, a  bezpośrednio andbdquo;Teodorowiandrdquo; trzech ludzi, którzy od zaraz powinni rozpocząć  współpracę z Komitetem partii w Brzeszczach. Do tej andbdquo;trójkiandrdquo; należeli:  Stanisław Olszowy, Stanisław Stach i ja, a w wyjątkowych wypadkach  Henryk Jamróz. Wybrani musieli określić zadania i wskazać towarzyszy,  którzy w późniejszym czasie będą mogli tę pracę przejąć. Pierwszego  zwiadu dokonałam z Heleną Micułą w obozie andbdquo;Niwkaandrdquo; należącym do więzienia  na Towarowej w Sosnowcu. Następnym obozem była andbdquo;Radochaandrdquo;, gdzie wywiadu  dokonywałam z Aleksandrem Muchą z Sosnowca. Do Oświęcimia z lekarstwami  pojechali Stanisław Olszowy i Stanisław Stach. Z powodu choroby Stacha w  następnych wypadkach towarzyszyła tow. Olszowemu jego żona - Ludwika  Stach.

Z OKR Sosnowiec oraz OKR Kraków przez Lucjana Tajchmana jak i Adama  Rysiewicza otrzymaliśmy polecenie nawiązania kontaktu z ZWZ na terenie  Zawiercia. W tym celu Stanisław Wencel i Stanisław Stach zwracają się do  Stanisława Wałka i Henryka Krzakiewicza. Rozmowy nie przyniosły  pozytywnych skutków. W tej sprawie umówili spotkanie z Józefem  Słaboszewskim, które także nie dało pozytywnych wyników. Negatywny  stosunek do nas czy brak chęci współpracy ujawnił się tylko w Zawierciu,  gdyż Adam Rysiewicz nawiązał kontakt z ppłk. Henrykiem Kowalówką i tym  samym kontakt z organizacją, która nas później poprowadziła pod druty  obozowe. Ppłk. Kowalówka przekazał dla nas dwa punkty - Oświęcim Babice  oraz Brzeszcze. W Brzeszczach ojciec skontaktował mnie z Janem Nosalem,  starym działaczem PPS, posłem na sejm z ramienia naszej partii przed  1939 r. Tow. Jan Nosal zapoznał męża i mnie z ich łącznikiem.

Hasłami, które nas łączyły z ludźmi z terenu były: andbdquo;Zagłębiankaandrdquo; lub  andbdquo;Zagłębiakandrdquo;, andbdquo;Zaolziankaandrdquo; lub andbdquo;Zaolziakandrdquo;. W Brzeszczach andbdquo;Orzełandrdquo; -  andbdquo;Reszkaandrdquo;. Nasza praca polegała na tym, że z punktu w Sosnowcu (od  Franciszka Torbusa) zawoziliśmy materiały opatrunkowe, medykamenty,  środki dezynfekcyjne, środki higieny osobistej na umówione punkty w  Oświęcimiu. Był to dworzec, kościół, sklep w pobliżu dworca i apteka. W  późniejszych czasach woziłam ausweisy, bieliznę, nawet obuwie. 

Po kilku miesiącach zaczęliśmy organizować na własnym terenie zbiórkę  tych środków i materiałów. Dostawcami byli farmaceutka Eugenia  Gryszczuk-Schoeneich z Zawiercia, pracująca w aptece w Ząbkowicach i  Mieczysław Kloss - drogista (volksdeutsch) właściciel sklepu. Ten  realizował nasze potrzeby bez pytania i nie ograniczając nas. Powyższe  środki były wykupywane przez poszczególnych członków rodzin, znajomych  itd. Wyjazdy do Oświęcimia trwały do czerwca 1941. Wtedy Adam Rysiewicz  polecił nam ograniczyć się do dostarczania materiałów tow. Torbusowi, od  którego miał je odbierać Edward Hałoń z Brzeszcz.

Ostatni raz byłam w Oświęcimiu w maju 1941 r. Na umówionym miejscu nie  znalazłam zapowiedzianego znaku i nie spotkałam Jana Nosala. Był to  kiosk z gazetami oddalony od dworca 100 m po lewej stronie ulicy.  Wystraszona, nie wiedząc co robić, weszłam do zakazanego w normalnych  warunkach punktu - apteki. Tu spotkałam kobietę o prawie kwadratowej  twarzy. Pociągnęła mnie za płaszcz na zaplecze lokalu i oznajmiła mi, że  andbdquo;Staryandrdquo; (Jan Nosal) chory, że ona jest łączniczką Heleną z Brzeszcz.  Podała mi też wiadomość, że andbdquo;Józefandrdquo; (Józef Cyrankiewicz) został  aresztowany. Powtórnie z Heleną Płotnicką spotkałam się we wrześniu 1943  r. w bunkrze Bloku 11 KL Auschwitz.

22 czerwca 1941 r. wybuchła wojna niemiecko-radziecka. Warkot  przelatujących samolotów, turkot pociągów zapowiadał nam znów nowy seans  grozy. Warunki polityczne skłoniły Okręg Zagłębie do wydania decyzji o  przerzucie broni do Sosnowca. W pierwszym rzędzie została zabrana od  nas. Przewoziłam ją po jednej sztuce, oddawałam inż. C. Uthkemu.  Spotykałam się z nim u Lucjana Tajchmana i Stefana Kury w Będzinie. Nie  lubiłam jeździć do tych mieszkań. Żony ich nie bardzo lubiły takich  gości, jak ja. Mąż mi mówił, że to tylko wrażenie, ale następny raz  pojechałam do Antoniego Biedronia. Tam czułam się tak, jak pragnęłam. 

Biedroniowa miała uśmiechniętą twarz, a Biedroń załatwiał szybko i  sprawnie. Pytał zawsze, ile mamy czasu, stawiał przede mną herbatę i,  nim ją wypiłam, już miałam prasę, dyspozycje, czasami rozkazy. Nieraz  kazał mi przekazać coś ustnie. Następne dwa spotkania miałam u  Franciszki Bratek, serdecznej koleżanki mojej matki. Razem pracowały w  technice bojowej PPS i razem zostały aresztowane przez władze carskie.  Broń tę odbierał były Czerwony Harcerz, Piotr Skotnicki. Było jej 6  sztuk różnego kalibru, od małych andbdquo;szóstekandrdquo; do ciężkich andbdquo;dziewiątekandrdquo;.  Byłam dla organizacji dobrym kurierem, byłam w 6 miesiącu ciąży i  posiadałam zaświadczenie andbdquo;schwangerandrdquo; - ciężarna.

Wybuch wojny na Wschodzie kazał nam myśleć o ludziach zagrożonych.  Wszystkich aktywnych związkowców umieściliśmy w zakładach Werner i Merz  oraz w fabryce amunicji Mellera w TAZ, a potem także w zakładach  andbdquo;Luftwaffeandrdquo;. Były to zakłady odzieżowe, dużo krawców i szewców znalazło  tu pracę - mogli spokojnie pracować konspiracyjnie. 

Podniecenie ludności w mieście potęgowało się. Było spowodowane  wiadomościami podawanymi przez radio i prasę niemiecką o wspaniałych  sukcesach na froncie wschodnim. Gestapo zaczęło wszędzie węszyć, a  najbardziej między ludnością żydowską. Nie wiedzieliśmy, co to ma  znaczyć. Według późniejszych wyjaśnień dra Stanisława Buchnera,  przedwojenny paskarz Szloma Diament poszedł na usługi gestapo i donosił,  kto z Żydów w Zawierciu był komunistą, a kto sympatykiem. Wielu Żydów  zginęło w niewiadomy sposób.
Z wybuchem wojny wiązały się też aresztowania Polaków, przeprowadzone w  Zawierciu od czerwca do sierpnia 1941 r. Aresztowano 25 działaczy  komunistycznych i socjalistycznych. 

Zostało zwołane zebranie Okręgu, na którym były poruszane nurtujące nas  wszystkich problemy, a mianowicie aresztowanie naszych towarzyszy i  lewicowców. Wyglądało tak, jakby została podyktowana lista. Lista  wszystkich obecnych w Zawierciu. Jak się później okazało, listę tę  sporządziła przed wojną nasza policja na polecenie Komendy Głównej  Policji Państwowej w Warszawie, które otrzymał Komendant Policji w  Zawierciu Jan Siwon. Do gestapo dostarczył ją konfident przedwojennej  policji Rozbicki, który zajmował się rozpracowywaniem socjalistów i  komunistów.

Dla tajnej PPS-WRN nastały ciężkie czasy. Nasi wywiadowcy szukali  możliwości dojścia do prawdy, dlaczego zostali aresztowani Zygmunt  Makowski, Henryk Jamróz (mąż siostry Kamili), Jan Stypczyński. Dopiero  odpowiedziała nam na to wiadomość przyniesiona przez siostrę ze  spotkania ze swoim mężem, który siedział w piwnicy gestapo i czekał na  wywóz do obozu. Już o tym wspomniałam.

19 sierpnia 1941 r. oni trzej i czterech innych, których nazwisk nie  znam, zostali wywiezieni do KL Auschwitz. Pierwszą wiadomość  otrzymaliśmy od robotnika na cywilnych robotach p. Makiełę z ul.  Szkolnej, a potem przyszedł list. H. Jamróz był więźniem nr 20 110. 22  października już nie żył. Zostawił żonę, która 16 grudnia 1941 r.  urodziła syna - też Henryka. Rodziny pozostawione przez naszych członków  nie były zamożne. Po aresztowaniu ojców do domów wkradał się  niedostatek. Należało zdobywać dla nich pieniądze, jedzenie oraz pracę.  Do Zawiercia pierwsza pomoc przyszła w postaci 30 000 RM [Reichsmarki -  marki niemieckie], które otrzymaliśmy z Okręgu Kraków. Przekazali je nam  towarzysze z Olkusza. Do rozprowadzania tych pieniędzy upoważnione było  kierownictwo naszej organizacji. 

Przechowywanie ich należało do mnie. Pracowałam jako pomoc kasjera  Artura Triebe, volksdeutscha II grupy. Znałam go przed wojną jako  pracownika działu sprzedaży TAZ. Ciężkie to były dla nas chwile, ja  zmuszałam go do wystawiania raportu kasowego na 30 000 RM, żeby było  pokrycie, gdyby gestapo znalazło te pieniądze ukryte w kasie pancernej,  on wyraźnie się wzbraniał. Zmusiłam go, grożąc mu bronią. Ojciec  zmontował mi jedną sztukę z przynoszonych części. Pistolet był moją  własnością, której każdy z organizacji używał i każdy mi zazdrościł. Za  kilka dni pieniądze zostały podzielone na nasze oddziały, a ja je  częściowo wynosiłam. W mojej pracy, którą wykonywałam, nie dałabym rady  bez Wacława Kowalczyka - andbdquo;Trzęsigłowaandrdquo;, o którym się teraz nic nie  pisze, mojego ojca, który tu pracował jako ślusarz, i wszystkich  sympatyków naszego ruchu podziemnego.

Potem stworzyliśmy stałą bazę funduszu pomocowego. Polegało to na stałym  opodatkowaniu się naszych towarzyszy i ludzi pewnych. Byli nimi:  Bronisław Micuła, Bronisław Stefan Micuła, Helena Micuła, Józef Micka -  rzeźnik, Kazimierz Jagielak - ojciec, Kazimierz Borkiewicz - ojciec,  Bogusław Pęczkowski, Stanisław Pęczkowski, Wacław Kowalczyk, Bronisław  Rogoń, Stanisław Wencel - ojciec, Eugenia Gryszczuk - farmaceutka;  pracownicy TAZ - Władysława Ludwik, Stanisław Baran, Stanisław Wyrwisz,  Jan Leśniak, Antoni Nowakowski; Genowefa i Henryk Janoskowie -  pracownicy Huty Szkła, Edmund Ziembowski, Ludwika i Stanisław Stachowie,  Maksymilian Raczyński, Tadeusz Klimkiewicz, Czesław Labocha, Kazimiera  Opydowa, Stanisław Sroka, Józef Płoński. Stefan Maszczyński, Jakub Dyja,  dr Stefan Gawlik, Jan Kurek, Michał Kusiński, Stefan Rowecki, Edwin  Erbe - syn właściciela firmy E. Erbe. Rozprowadzaniem zdobytych  pieniędzy zajmowali się Feliks Bereza, Józef Płoński, Edmund Ziembowski.  Byli to towarzysze cieszący się dużym zaufaniem rodzin i Komitetu  naszej organizacji.

W październiku 1941 r. szeroko w naszej organizacji mówiło się o  zjednoczeniu wszystkich organizacji podziemnych przez rząd londyński.  Robiono przymiarki wojskowe na naszym terenie, ale prócz porucznika rez.  profesora matematyki Józefa Mazurka, żaden oficer z ZWZ i innych  organizacji nie przeszedł do naszych szeregów. Natomiast utworzyła się  Armia Krajowa - AK. Mieliśmy z nią współpracować i służyć pomocą.  Organizacja nasza ze względu na liczebność, staż pracy konspiracyjnej,  na swój charakter demokratyczny, socjalistyczny nie pozwoliła się  wchłonąć i uważała, że u nas ster w prowadzonej konspiracji powinni  trzymać socjaliści. Przecież Armia Krajowa, zlepek organizacji, dopiero  rozpoczynała pracę koło silnej już organizacji socjalistycznej.

W grudniu 1942 r. zostało zwołane zebranie zawierciańskiego Komitetu  PPS-WRN. Jan Kurek, Stanisław Stach, Stanisław Wencel referowali sprawę  podporządkowania się AK naszej Gwardii Ludowej. Cały Komitet stwierdził,  że musimy dostać daleko idącą autonomię z pozostawieniem nam prawa  konspiracyjnego, ideowego, samodzielności działania w dywersji, jak i  grupach leśnych. Komitet utworzył referat do spraw specjalnych, którego  zadaniem była ochrona organizacji przed penetracją niemiecką. Referat  został powierzony Stanisławowi Olszowemu andbdquo;Olchaandrdquo; z Rokitna  Szlacheckiego, mnie andbdquo;Larwa IIandrdquo; z Zawiercia i Teodorowi Wolskiemu  andbdquo;Michałandrdquo; z Myszkowa. Zebranie odbyło się w moim mieszkaniu z udziałem  Cezarego Uthke. 

Po wstąpieniu do nas por. Mazurka zgłosiło się do nas dużo młodzieży,  byłych harcerzy i uczniów gimnazjalnych, którzy zostali u nas  kolporterami, redaktorami miejscowych wiadomości, a niektórzy nawet  wywiadowcami, każdy w swoim zakładzie pracy.

W październiku 1941 r. urodziłam córkę. W styczniu 1942 r. została  podjęta przez Komitet PPS-WRN Zawiercie dalsza praca nad poszerzeniem  naszych szeregów. Objęto kolejne gminy, jak Mrzygłód, Marciszów,  Blanowice, Pomrożyce, Włodowice, Rudniki, Skałka, Kotowice (GG).  Towarzysze z Poręby zaczęli agitować w swoim rejonie. Towarzysze z  Myszkowa mieli naszą pracę przerzucić na Poraj, Czarną Strugę i  Masłońskie, a w Łazach nawiązać kontakt z organizacją andbdquo;Orła Białegoandrdquo;. 

W związku z tym porozumieniem uzyskaliśmy od nich sporą ilość fałszywych  kartek żywnościowych. Produkcją ich zajmowali się Waldemar Maj i Henryk  Wyczałkowski. W kilka miesięcy później Henryk Driański zwrócił się do  nas o zaprzestanie drukowania, gdyż może to się przykro skończyć. W tej  sprawie wyjechał do Łaz tow. Bronisław Stefan Micuła, który miał się  spotkać z Waldemarem Majem. W umówionym punkcie czekała żona Maja -  Halina, która oznajmiła, że mąż nie przyjdzie na spotkanie, bo musiał  zmienić miejsce zamieszkania. Sprawę tę przejął tow. Stanisław Olszowy.  Spotkał się z Majem i kategorycznie zabronił prowadzenia w dalszym ciągu  drukarenki. Zagroził im, że jeżeli spotkamy choćby jedną nową kartkę,  nasza organizacja przeprowadzi likwidację wszystkich urządzeń. Praca  ustała, ale nie na długo, gdyż już z początkiem 1943 r. rozpoczęli druk  ponownie bez naszej wiedzy, natomiast za wiedzą AK.

Na Ksawerze koło Będzina został wybudowany obóz jeniecki dla Anglików,  Amerykanów i innych narodowości - dla żołnierzy wojsk alianckich. Po  pewnym czasie zaczęły się szerzyć ucieczki z obozu. Tymi sprawami na  naszym terenie zajmowało się AK. Ale akowcy czasami nie wiedzieli, gdzie  mają ich odsyłać i co zrobić, jeśli uciekali ci, którym się nadarzyła  okazja. Tacy kryli się po lasach, polach i czasami trafiali przypadkowo w  dobre ręce. Tak było też i w tym przypadku. Do Stanisława Stacha  zgłosił się Olszowy, że Michalski z andbdquo;Orła Białegoandrdquo; (AK) przechowuje  Anglika. Czy nie możemy mu pomóc w przerzucie do GG. Anglika przejęłam  od Ireny Oblamskiej między Łazami i Zawierciem. Dojechałam z nim do  Borowego Pola i stamtąd wróciłam na ul. Staroszkolną do naszego domu.  Był zawszony, głodny i brudny. Umiał kilka słów po niemiecku. Jakoś  dawaliśmy sobie radę. Po doprowadzeniu go do stanu, który rokował, że  będzie mógł iść kilka kilometrów, wyruszyłam z nim na granicę w Górze  Włodowskiej. Tam przejęli go towarzysze z GG. Za dwa tygodnie dostaliśmy  potwierdzenie z Krakowa, że żyje. Potem było ich więcej. Przejmowałam  ich, a do granicy prowadził ich Stefan Maszczyński, technik budowlany  pracujący w robotach drogowych. 

W czerwcu 1942 r. nasz łącznik na trasie Częstochowa - Zawiercie ps.  andbdquo;Kasiaandrdquo; (nazwiska nie znam, była piękną brunetką), mimo zapowiedzi do  Zawiercia nie dotarła. Miała zjawić się w punkcie kontaktowym u mojej  siostry Anny Groji lub u Jana Kurka. Po swojej linii dałam znak Annie  Skórkowskiej, naszemu łącznikowi z Koniecpola (GG), żeby pojechała do  Częstochowy pod podany przeze mnie adres i wypytała o andbdquo;Kasięandrdquo;. Mój mąż  denerwował się, że wyszukałam tak okrężną drogę (zdawało mi się, że  pewną) i wysłał Władysława Pacieja (łącznik kolejowy na różnych  trasach). 

Przed wojną Władysław Paciej był robotnikiem ze Cementowni Wysoka koło  Łaz i uważany był za komunistę. Po klęsce wrześniowej zgłosił się do  fabryki i został przydzielony do werbunku ludzi po wsiach i miastach do  pracy w fabryce. To było bardzo interesujące stanowisko dla łączności.  Jego teść, który był kolejarzem i współpracował z Stanisławem Olszowym w  przewozach prasy konspiracyjnej z Rzeszy do GG, zaręczył za niego, że  to bardzo dobry Polak. Miał zrobić wywiad z kobietą, która mu odpowie na  wymienione hasło. Paciej wpadł na dworcu na obławę handlarzy i razem z  nimi dostał się na posterunek policji. Nie wiemy, co przy nim znaleźli,  choć zgodnie z rozkazem nie powinien mieć nic konspiracyjnego. Po  rewizji i przetrzymaniu go kilka godzin, Paciej przyjechał do Zawiercia i  nie zameldował nam o tym przypadku, lecz powiedział, że w Częstochowie  był kilkakrotnie pod wskazanym adresem i nikogo tam nie zastał. Mąż  powiadomił o tym przez Henryka Majora swego brata Kazimierza Stacha  mieszkającego w Sosnowcu i ten przekazał wiadomość tego samego dnia tow.  A. Biedroniowi. Towarzysze z Sosnowca postanowili zmienić punkt  kontaktowy.

Za kilka dni kuzynka andbdquo;Kasiandrdquo; dała nam znać, że ta została aresztowana na  przejściu granicy w Poraju, łącznie z handlarzami i widocznie znaleźli  przy niej coś ciekawego dla siebie, gdyż do tej pory nie wypuścili jej. W  kilka dni po tej wiadomości towarzysze z Częstochowy dali znać o  zatrzymaniu i zwolnieniu Pacieja, zapewniając, że zrobią rozeznanie w  sprawie andbdquo;Kasiandrdquo; i przez naszych z Czarnej Strugi dadzą odpowiedź. Cały  ten incydent wspólnie z Olszowym, który zwerbował Pacieja, i z mężem  rozpatrywaliśmy pod wszystkimi aspektami i doszliśmy do wniosku, że  aresztowanie andbdquo;Kasiandrdquo; to jedna sprawa, a aresztowanie i puszczenie przez  Schutzpolizei Pacieja to sprawa druga.

Pojechałam do L. Tajchmana i zameldowałam mu o tym. Sprawę tak  przedstawiłam, jak ją rozpatrywaliśmy w Zawierciu. Wyraził mi dużo  współczucia i kazał odpocząć, gdyż bardzo źle wyglądałam. W tym okresie  do naszego domu przybyło czworo dzieci, nasze - córka Anna, brata córka -  Wanda, siostry - syn Henryk i siostry - córka Grażyna. Dochody mieliśmy  te same i często gęsto byłyśmy głodne, bo przecież mężczyzn musiałyśmy  nakarmić, gdyż dużo ciężej pracowali od nas.

Gdy wróciłam do Zawiercia, zaczęłam sama wertować chwila po chwili pracę  Pacieja w organizacji i zaczęło mi się rwać, nie podobać wiele  wypowiedzi, tłumaczeń, zapewnień. W konsekwencji postanowiłam więcej nie  stykać się z Paciejem i nic z nim nie załatwiać. 

Postanowiłam go dalej obserwować. Do pomocy w tej sprawie poprosiłam  Bronisława Stefana Micułę. Chętnie się zgodził i każdy po swojemu zaczął  obserwację i wywiad. Paciej to czuł - zaczął więc mi przywozić mięso i  śledzie, które lubiłam. Po wielkich targach przyjmował pieniądze od męża  - ja w dalszym ciągu nie kontaktowałam się z nim. Szczytem wszystkiego  była przyniesiona do nas przepustka do GG. Zrobiłam wielką awanturę  mężowi, a ten dla mojego spokoju powiedział, że wyrobił mu ją E. Erbe  właściciel fabryki, w której pracował, gdyż ma remontować i rozbudowywać  jego majątek w Zdowie. W tym czasie towarzysze z Klucz dawali nam znać,  że bardzo chcieliby się widzieć z mężem w celu utworzenia organizacji.  Na wspomnianą przepustkę mąż był w Kluczach, nocował u swojego  przyrodniego brata Wieśka Biernta. Po tym był w Zedermanie, swojej wsi  rodzinnej, a ostatnim jego etapem były Słomniki. Podróż odbył w  towarzystwie Pacieja.

Ze swej strony zawiadomiłam o tej podróży brata męża Kazimierza Stacha i  podałam rysopis Pacieja. Kazik wiedział, że nie robię paniki o byle co.  Postarał się przez pracowników z Zedermana, zatrudnionych u Fitznera i  Gampera, dać znać do rodziny o tym przyjeździe. Chciałam, żeby go przy  wódce zmusili do mówienia. Paciej był jednak bardzo ostrożny, każde  słowo rozważnie wypowiadał, ale był bardzo rewolucyjny i patriotyczny.

Po przyjeździe z Zedermana mąż kazał mi schować przepustkę i stanowczo  zabronił mi mówić na najbłahszy temat z Paciejem, nie przyjmować żadnych  podarunków, a najważniejsze nie wpuszczać go na drugą stronę domu,  gdzie mieszkał ojciec z matką, siostra Kamila z synkiem. Do ojca bowiem  często przychodzili brat - andbdquo;Świderandrdquo;, Anna Groja ze swymi dziećmi, Helena  i Maria Micułówny oraz inni towarzysze.

W tym czasie otrzymaliśmy odpowiedź z organizacji częstochowskiej, że  andbdquo;Kasięandrdquo; po kilku dniach wypuścili. Znaleźli przy niej dużo artykułów  galanteryjnych. Męczyli ją, gdzie to nabyła. Odpowiadała, że na ulicy od  nieznajomego i chciała to zawieźć do domu na własny użytek, ale  przypadkowo wpadła i dlatego nie odjechała do Częstochowy. Wiadomość  potwierdził nasz towarzysz, który był stróżem w budynku Schupo i on to  wnikliwie zbadał. andbdquo;Kasięandrdquo; uważano za andbdquo;czystąandrdquo;, ale przenieśli ją do  pracy na inny odcinek. andbdquo;Kasiaandrdquo; po raz drugi wpadła podobno też na  granicy porajskiej. Siedziała w gestapo w Zawierciu w sierpniu 1944 r.  Bardzo ją bito i katowano - naoczny świadek z Zawiercia (M. Brodzik),  twierdził, że nic nie powiedziała i do niczego się nie przyznała.  Została wywieziona do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarła.

Przerwanie kontaktów z Paciejem nastąpiło na skutek przywiezienia przeze  mnie wiadomości, że kolejarz z Piotrkowa, który przewoził nam prasę  warszawską, został aresztowany i było to zaraz po odebraniu od niego  przywiezionej przesyłki. Nasza organizacja w Piotrkowie zrobiła  rozpoznanie i stwierdziła, że człowiek obecny przy aresztowaniu  odpowiadał podanemu przez nas rysopisowi Pacieja. Kolejarza aresztowali  wraz z żoną i dziećmi. W tym okresie Paciej zostaje portierem w  Cementowni andbdquo;Wysokaandrdquo;. Przez zmianę pracy gestapo chce uśpić naszą  czujność, abyśmy nie zaprzestali kontaktowania się z Paciejem.

We wrześniu i listopadzie 1943 r. były u nas duże aresztowania. Ponad  150 osób z organizacji konspiracyjnych wpadło w łapy gestapo.  Oskarżycielem naszej grupy był Paciej, okazało się to w trakcie  konfrontacji - na gestapo, w której uczestniczyli: mój mąż Stanisław  Stach, Bronisław Stefan Micuła, ja i wielu innych, których spotkał w  naszej organizacji. Zdradził nas za 100 RM za głowę i 1/2 litra wódki.  Należność wypłaciło mu gestapo opolskie.

Moje zeznania na temat pracy Pacieja i zapłaty w niektórych wypadkach  różnią się od stwierdzeń mojego brata andbdquo;Twardegoandrdquo;. Ale mnie to mówił  gestapowiec Rudolf Schneider w czasie śledztwa w obecności Pacieja.  Sądzę, że nie stanowi to specjalnej różnicy, gdyż to usłyszałam kilka  miesięcy wcześniej, niż zdobyte zostały dokumenty przez andbdquo;Twardegoandrdquo;. W  jednym się zgadzamy - Paciej był konfidentem gestapo o szerokim zasięgu  na terenie Rzeszy i GG. W czerwcu 1944 r. oddział partyzancki andbdquo;Twardegoandrdquo;  podczas akcji przeciwko konfidentom schwytał czterech agentów gestapo, w  tym Pacieja, który miał przy sobie legitymację współpracownika gestapo.  W czasie śledztwa przeprowadzonego przez andbdquo;Twardegoandrdquo; przyznał się, że  był na usługach gestapo od chwili aresztowania go w Częstochowie.

Niepowodzenia Niemców na froncie wschodnim umacniały nasze przekonania,  że nadszedł czas zwiększenia sabotażu. Te zaczęły się zwiększać w  warsztatach Luftwaffe, w fabryce pasty, w fabryce części do samolotów.  Znów aresztowania, nie grupowe, ale pojedyncze. Organizacja musi  niektórych andbdquo;spalonychandrdquo; działaczy przerzucać do Generalnego  Gubernatorstwa, innych na Śląsk do pracy. I tak został przeniesiony do  Bytomia, do pracy w parowozowni Stanisław Olszowy.

Z jego inicjatywy powstaje kilka andbdquo;trójekandrdquo; utworzonych z pracujących tam  Polaków. Zdobywamy cenne wiadomości o ruchu pociągów wojskowych,  powstają małe i duże sabotaże w parowozowni, uszkodzenia lokomotyw.  Wszystko to opóźnia pracę dla frontu niemieckiego. W czerwcu 1941 r.  stworzona została w Zawierciu dzielnica żydowska. Należały do niej  ulice: Górnośląska, Porębska, Apteczna, Hoża, Stary Rynek, część  Marszałkowskiej. Szpital dla Żydów został utworzony u rabina Rabinowicza  na ul. Porębskiej. Synagoga mieściła się na ul. Marszałkowskiej u  wylotu Hożej. Nie była już domem modlitwy, gdyż hitlerowcy dwa razy ją  podpalali. 

Żydzi szukali współpracy z naszym Komitetem. W tej sprawie zwrócił się  do mojego męża Zygmunt Sobelman. W spotkaniu pośredniczył Stanisław  Pęczkowski, kolega z gimnazjum Sobelmana. Już w październiku 1940 r.  został nawiązany kontakt z tajną żydowską organizacją antyhitlerowską,  powstałą na terenie Zawiercia. Przewodniczącym tego ruchu był Józef  Sobelman - ojciec Zygmunta, sekretarzem Stanisław Lewkowicz. Ruch ten  rekrutował się z inteligencji żydowskiej i młodzieży syjonistycznej oraz  lewicowej. W 1941 r. po ogłoszeniu zarządzenia o stworzeniu dzielnicy  żydowskiej członkowie tego ruchu naciskali naszą organizację o ponowne  spotkanie i współpracę. Na spotkaniu organizacja nasza postawiła  warunek, że aby ułatwić działanie, przedstawiciele ich będą się składać z  pracowników zakładów andbdquo;Luftwaffeandrdquo;. Zakłady andbdquo;Luftwaffeandrdquo; powstały w 1941  r. Od początku zatrudniały około 4000 Żydów, z których większa część  otrzymała andbdquo;leweandrdquo; zaświadczenia lub karty rzemieślnicze
o zdobytym zawodzie krawieckim, kuśnierskim, szewskim. Chroniły ich one do 25 sierpnia, to jest do chwili likwidacji getta.

Przedstawicielami naszej organizacji byli pracownicy TAZ Stanisław  Wencel (ojciec), Ludwika Stach i Stanisław Pęczkowski. Organizacja nasza  nie planowała dużego rozmachu w tej pracy konspiracyjnej i dlatego  ograniczyła się do następujących wspólnych ustaleń.
andbull;    Współpraca z wywiadem żydowskim, który miał dojście do gestapo i omawianie przygotowań do zbrojnego powstania.
andbull;    Zorganizowanie sabotażu w pracy (wadliwe wykonanie futer, które  miały służyć na froncie wschodnim i systematycznej kradzieży obuwia  wojskowego, które zostanie dostarczone ludności polskiej i żydowskiej.
andbull;    Zorganizowanie podsłuchu na linii telefonicznej łączącej szefa  Feldbekleidungsamt Luftwaffe Breslau, Dienstelle Wartenenau, płk Follera  z Berlinem. Wszystkie rozmowy dotyczące ruchu dostaw i odbioru odzieży  oraz innych wiadomości wojskowych były podsłuchiwane. Było to bardzo  cenne dla naszej organizacji. Od maszynistek odbierane były z  maszynopisowni i kancelarii wszystkie kalki przychodzącej i wychodzącej  korespondencji, dotyczącej spraw wojskowych i ludności miasta Zawiercia.  Bezpośrednio przekazywali nam zdobyte materiały Halina i Stanisław  Lewkowiczowie.

Naszymi wywiadowcami na terenie getta byli Genowefa Janoskowa i Henryk  Major. Pracowali oni poza organizacją żydowską. Nie byli stałymi  obserwatorami, lecz wywiad przeprowadzali, gdy potrzebny nam był  materiał o ogólnej polityce niemieckiej w Zawierciu.

W maju 1942 r. mój mąż dostał sygnał od Żydów pracujących u E. Erbego,  że szykuje się większe wysiedlenie z getta. Za kilka dni poruszenie  olbrzymie, gdyż zjechało gestapo z Katowic, które otworzyło bramę getta.  Żydów pognali na rynek, na którym byli już Żydzi z okolic Zawiercia,  Bytomia, Tarnowskich Gór, Bogucic, a nawet z Zaolzia. Było ich - według  relacji tych, którzy przeżyli - 6400. Po selekcji wywieziono 1600 osób  do Oświęcimia, większość to kobiety, starcy i dzieci. Dużo zamordowano  na miejscu. W domach były rabunki, gwałty. 

Wszystko to obserwowaliśmy z okien biura, które wychodziły na tory  bocznicy kolejowej, niektóre na getto. Ogarniała nas groza, rozpacz i  bezsilność. Na drugi dzień na rampie kolejowej TAZ pracownicy tej firmy  ze Stanisławem Pęczkowskim wykradli z wagonów większą grupę Żydów.  Między innymi przedwojennego majstra blichu Samuela Weitzena. Ludzi tych  ukryto w piwnicach, kanałach, biurkach, szafach. W akcji tej brał  udział obok Pęczkowskiego, mój ojciec. Samuel Weitzen był ich  przyjacielem i wieloletnim współpracownikiem oddziału drukarni TAZ.
Po tej akcji gestapo zawierciańskie zaczęło przeglądać domy, robić  rewizje, poszukując ukrytych uciekinierów z Nowego Rynku i getta. Akcja  ta trwała prawie 2 miesiące. To malała, to znów przybierała na sile.  Zabezpieczyliśmy wszystkie nasze dokumenty, a pracę przenieśliśmy na  wieś.

Mąż, pod pretekstem zdrowia naszej córeczki, wysłał mnie do Włodowic.  Zamieszkałam u Kazimiery Opydo, akuszerki, byłam tam 2 tygodnie. W tym  czasie wraz z mężem nawiązaliśmy kontakt ze wsiami: Góra Włodowska,  Kotowice i najbardziej potrzebną, słynącą przed wojną z dużej odwagi -  Jaworznik. Wieś tę, jak i jej okolice, szykowaliśmy do ewentualnych  zrzutów samolotowych. W sprawach tych pomógł nam krewny Aleksego Bienia,  który był sztygarem w kopalni Rudniki. Z jednym z gospodarzy  skontaktowaliśmy towarzyszy z Krakowa i ci tą drogą przesyłali nam  pocztę, wiadomości, a najważniejsze - przychodzili tu ludzie naszej  organizacji.
W sierpniu przybywa do nas andbdquo;Teodorandrdquo; - Adam Rysiewicz, który zlecił nam  opracowanie matrycy na kartki żywnościowe dla ludności polskiej,  żydowskiej, niemieckiej. Zabrał od nas wydrukowane karty tożsamości  obowiązujące w GG. andbdquo;Teodorandrdquo; zabronił nam uczestniczenia w takich  akcjach, jaka miała miejsce w maju 1942 r. podczas selekcji Żydów przez  gestapo. W getcie zostawiliśmy teraz tylko jednego naszego łącznika -  Henryka Majora. Praca ta była dla niego coraz bardziej niebezpieczna i w  październiku 1942 r. zlikwidowaliśmy ją ze względu na zagrożenie dla  tak cennego członka naszej organizacji, jak Henryk Major.

Praca konspiracyjna była niespokojna, czasami rwała się. Byliśmy  dodatkowo niespokojni, gdyż gestapo szukało mojego brata Stanisława  Wencla. Do gestapo wezwali Przewodniczącego Gminy Żydowskiej i  przedstawili propozycje, że jak pomogą gestapo wykryć tego, co rozbija  posterunki i napada na policję granatową, to wobec Żydów nie zostanie  zastosowana żadna kontrybucja i dostaną więcej żywności. Stanisław  Buchner zaraz dał nam znać przez Żydów pracujących w TAZ, że oni wiedzą,  że to chodzi o Stanisława Wencla andbdquo;Świderandrdquo;. Na trzeci dzień zostały  wywieszone ogłoszenia, że dają 5000 RM za wskazanie miejsca, gdzie się  on ukrywa. Mimo tych i innych prób, brat mój, dowódca oddziału  dywersyjnego, a następnie partyzanckiego, nigdy nie wpadł w łapy  gestapo.

Pracą całego getta kierował Prezes Rady Starszych Gminy Żydowskiej,  Ignacy Buchner. Został on aresztowany z całą rodziną: żoną, matką,  córkami, siostrami i szwagierkami. Aresztowanie nastąpiło, gdyż nie  sporządził listy Żydów nieprodukcyjnych, co poleciło mu gestapo. Całą  rodzinę przewieźli do obozu oświęcimskiego i tam wszyscy trafili do  krematorium.

Po tym wypadku gestapo dokonało na rynku selekcji bez Rady Starszych.  Nasza współpraca z organizacją żydowską zacieśniała się po likwidacji  powstania w getcie warszawskim, AK z Warszawy przekazało do nas pewną  ilość bojowników powstania, którzy znaleźli schronienie w getcie  zawierciańskim. Żydów odebrał Herzber (ojciec), a cała rodzina zajęła  się przygotowaniem dokumentów, odzieży, wyżywienia i zatrudnienia w  andbdquo;Luftwaffeandrdquo;. Z 24 na 25 sierpnia 1943 r. zlikwidowane zostało getto  zawierciańskie. Akcją zajmowali się gestapowcy Rotter, Ocylok, Schneider  oraz wszystkie posterunki Schutzpolizei. Pozostawili tylko 100 Żydów  jako koniecznie potrzebnych w Feldbekleidungsamt Luftwaffe in Breslau  Oddział w Zawierciu.

W tym czasie z getta dostarczono nam do domu bardzo cenny materiał,  który został przekazany specjalnemu kurierowi z Warszawy. Miał go on  dostarczyć do Komendy Głównej Armii Krajowej. Materiał zawierał dokładne  spisy zrabowanych przez gestapo dóbr materialnych i kulturowych. Między  innymi przekazano dziennik prowadzony przez Ignacego Buchnera,  Przewodniczącego Rady Starszych. Miał on formę stałej kroniki, która  była żywym świadectwem zbrodni hitlerowskiej na Żydach miasta i powiatu  Zawiercie. Materiały zostały dostarczone, aby pozostały wiarygodne dane  dla tych, którzy wojnę przeżyją. Zostały również dostarczone dokładne  personalia zawierciańskiego gestapo - fotografie, ze szczególnymi  opisami zbrodni popełnionych w powiecie zawierciańskim. Wywiad  organizacji żydowskiej, który zdobył te materiały, współpracował z naszą  organizacją w okresie istnienia getta, pomagając m.in. w rozpracowaniu  niemieckich konfidentów.

Jako pierwszego rozszyfrowano podejrzanego Oskara Hassenranduuml;cka - dane  dostaliśmy od nich w marcu 1942 r. Był on obywatelem niemieckim, któremu  gestapo zostawiło żonę Żydówkę, nie zmuszając jej do zamieszkania w  dzielnicy żydowskiej. Powstało pytanie, czym opłaca się gestapo. Okazało  się, że wyjątkowo przebiegły i chytry Hassenranduuml;ck rozpracowywał na ich  polecenie Żydów bogatych, komunistów oraz Polaków podejrzanych o pracę w  konspiracji. Wszystkie akta i sporządzone wywiady dotyczące Hassenranduuml;cka  zostały przez nas dostarczone do kierownictwa Okręgu PPS-WRN, które  postanowiło o likwidacji konfidenta.

W czerwcu 1942 r. nastąpiła pierwsza próba jego likwidacji. Do wykonania  wyroku zostali skierowani Teodor Wolski, członek organizacji  myszkowskiej, towarzysz z Czarnej Strugi, towarzysz przysłany przez  Okręg Kraków i ja, która miałam ich zaprowadzić na miejsce akcji, tj.  Masłońskie, drogą do fabryczki tektury i papy (Hassenranduuml;ck był tam  księgowym, miał drugi etat). 

Przywozili i odwozili go końmi fabrycznymi. Według mojego rozpoznania  powinien wracać o 17.30, a najpóźniej o godz. 18.00. Czekaliśmy w  zarośniętym rowie. O godz. 17.00 dał się słyszeć tętent koni.  Przygotowani wyskoczyliśmy z rowu. W ostatniej chwili krzyknęłam, że w  powozie nie ma Hassenranduuml;cka. Był woźnica i urzędnik Polak. Konie  wyprzęgliśmy. Zostały przywiązane o 50 metrów dalej. Mężczyźni, choć  wiedzieliśmy, że są to uczciwi ludzie, zostali związani i zakneblowani.  Przed tym opowiedzieli nam, że Hassenranduuml;ck dziś nie przyjechał, gdyż  szykuje się obława na granicy Poraja na handlarzy i przemytników. Robi  ją częstochowska żandarmeria wspólnie z granatową policją. Kazali nam  uciekać w stronę dworca w Poraju i przedostać się od tyłu na stronę  Rzeszy i dopiero wsiąść do pociągu (dworzec w Poraju był podzielony na  połowy - jedna należała do Rzeszy, druga do GG).

Gdy tylko odskoczyliśmy od pracowników fabryki papy, słychać dało się  szczekanie psów, krzyki, a nawet strzały. Nagonka szła na nas. Na chwilę  się zatrzymała i znów ruszyła. Zorientowaliśmy się, że musiała  rozciągnąć się na szerszy obszar. Ujadanie psów było słychać dalej.  Dobrnęliśmy na tyły dworca kolejowego. Chwilę musieliśmy odpocząć,  oczyścić się z poszycia leśnego. W tym czasie nadjechał pociąg osobowy  do Częstochowy, stał chwilę, odjechał, a ludzi zatrzymała Schutzpolizei.  Wiedzieliśmy, że nagonka trwa dalej. Rewizja ludzi odbyła się szybko, a  my byliśmy niezdecydowani, co robić. Towarzysz z Czarnej Strugi i  Teodor Wolski zmieszali się z grupką ludzi, których przepuścili przez  bramę dworcową. Towarzysz z Krakowa i ja postanowiliśmy czekać na pociąg  Częstochowa - Zawiercie. Kiedy weszliśmy na peron, a było to prawie w  ostatniej chwili, doszedł do mnie Roman Rutkowski - syn przedwojennego  oficera, który siedział w obozie jenieckim w Niemczech. Nie dopuściłam  do pytań, sama zarzucając go pytaniami: Co tu robi? Dlaczego nie jest w  pracy? Wiedziałam, że ma drugą zmianę, a najważniejsze, czy się nie boi,  bo jest obława na szmuglerzy? Powiedział mi, że jest w tej samej  sytuacji co ja i że może pomóc mojemu współtowarzyszowi. 

Odpowiedziałam mu, że nie jestem w towarzystwie i sądzę, że wrócimy do  domu razem. Chwilę niepewności, ale w tym momencie jeden z gestapowców,  którzy siedzieli w biurze, wychylił się z okna i krzyknął: andbdquo;Romek, ty  tu, chodź zaraz, bo nie załatwiłeś sprawyandrdquo;. Mój towarzysz, który słyszał  wszystko, bez słowa przeszedł na drugą stronę. Na peron wtoczył się  pociąg towarowy, widziałam, jak w biegu wskoczył do uchylonych drzwi  parowozu. Maszynista stał w nich i patrzył w dal. Byłam pewna, że tych  dwóch nie zna się, ale ucieszyłam się z tego niemego porozumienia. Za  tydzień mąż mi powiedział, że wrócił szczęśliwie do Krakowa.

Sprawa Rutkowskiego stanęła do rozpracowania jako pierwsza. W trakcie  akcji dowiedziałam się, że grupa młodzieży, która do nas przystąpiła,  zwerbowała i jego, że jest naszym członkiem. Nie miał jednak jeszcze  przydziału i nie został zaprzysiężony. Zarządzono całkowitą separację od  naszej organizacji, a Romuald Dyja, który był jego kolegą gimnazjalnym,  podzielił jego los (był wprowadzającym).

Zwróciliśmy się też do wywiadu organizacji żydowskiej, aby rozpracowali  Rutkowskiego, który wiecznie plątał się między młodzieżą żydowską z  getta. Było to po tym, kiedy pobili go dotkliwie bracia młodego chłopca  złapanego przez Niemców w trakcie przekraczania granicy. Chłopiec szedł  do rodziny po żywność.

Wywiad żydowski poinformował nas, że Rutkowski jest takim andbdquo;wszarzemandrdquo;, a  nie konfidentem, że policja ani gestapo nie będą szukały, kto go pobił.  Sprawa ucichła. Mimo to intensywnie śledziliśmy życie Rutkowskiego.

W styczniu 1943 r. zostają aresztowani nasi kolporterzy Władysław i  Zbigniew Słabiakowie, synowie nauczycieli, siostrzeńcy por. Józefa  Mazurka ps. andbdquo;Kostekandrdquo;, dowódcy pułku zawierciańskiego GL PPS-WRN. To on  wciągnął ich do naszej organizacji. Oni zaś swoich rówieśników.

Kolportażem zajmowali się u nas bardzo zaufani członkowie organizacji,  żeby prasa nie wpadała w niepowołane ręce. Bracia robili to kilka  miesięcy bardzo dobrze. Prasę dostarczali ściśle według wskazówek.  Zostali aresztowani przypadkowo. Mieszkali na ul. Zaparkowej w domu  swojej babki Mazurkowej wraz z J. Mazurkiem. Dzielnicowi żandarmi robili  przegląd ulic zaśnieżonych i dopatrzyli się, że odcinek domu Mazurków  jest niedostatecznie oczyszczony. Furtka nie była zamknięta, ale  Słabiakowie nie zamknęli też drzwi wejściowych od ganku. 

Zbigniew i Władysław przynieśli właśnie z punktu rozdziału prasy nowy  nakład i poczęli segregować go w paczki na powiat, gdyż mieli przyjść po  nie Zbigniew Kołaczkowski, Henryk Sas, Michał Kusiński. Słysząc  gwałtowne kołatanie do drzwi kuchennych, cały nakład wrzucili pod łóżko i  do łóżka. Wpuścili do mieszkania zdenerwowanych żandarmów, którzy  zaczęli przerzucać mieszkanie i znaleźli prasę. Bracia aresztowani  zostali od razu i przewiezieni do gestapo. Chłopcy przez całe śledztwo  nie wydali punktu, z którego dostali prasę, a dostarczył ją Stanisław  Wencel (junior).

Gestapo domyślało się, że organizacja nasza będzie chciała odbić  aresztowanych i dlatego rozpuszczało pogłoski, że zabije ich na  cmentarzu. 

Po kilku dniach, późnym popołudniem, rzeczywiście zostali przewiezieni  na cmentarz i kazano im kopać grób. Starszy Władysław był nie tylko  silniejszy, odważniejszy, ale zawsze był zbuntowany. Mieliśmy czasami  kłopoty z jego ryzykanctwem. Pomysły jego w pracy konspiracyjnej były  bardzo dobre, lecz zawsze za śmiałe. Niemniej wykorzystywaliśmy je w  całości lub częściowo, zaraz lub w późniejszym terminie. Władysław  zorientował się, że gestapo będzie chciało wykorzystać Zbigniewa, gdyż  obchodzili się z nim łagodniej. Miał rację - gdy dół był wykopany Rudolf  Schneider podał rewolwer Zbigniewowi i kazał zabić brata. 

Zbigniew ani drgnął. Schneider krzyczał i zmuszał go do tego. Tę  sytuację wykorzystał Władysław - skoczył do ucieczki. Dopadł muru  cmentarnego i tam trafiła go kula z ognia otwartego przez gestapowców.  Zbigniewa po kilku dniach przewieźli do więzienia w Opolu i stamtąd we  wrześniu na Blok 11 do Oświęcimia.

Równocześnie ze sprawą Słabiaków była prowadzona przez gestapo sprawa  braci Ciszków, Tadeusza i Romualda. Po aresztowaniu Słabiaków  aresztowany został Tadeusz Ciszek, który uciekł z gestapo i ukrywał się.  Potem przejęła go dywersja i do końca wojny był w grupie andbdquo;Twardegoandrdquo; pod  ps. andbdquo;Emirandrdquo;. Romuald Ciszek został aresztowany wraz z nami 5 września  1943 r. Po bardzo ciężkim śledztwie przeżył Oświęcim i inne obozy.

W lutym 1943 r. nasza andbdquo;trójka specjalnaandrdquo; ustaliła, że po aresztowaniu  braci Słabiaków, koło pozostałych młodych kolporterów intensywnie kręcą  się Rutkowski i Michał Wolski. Wolski był kolegą wszystkich młodych  konspiratorów, którzy wstąpili do nas wraz ze Słabiakami. 

Zameldowaliśmy o tym Janowi Kurkowi, który polecił, by zakomunikować  Rutkowskiemu, że po wpadce Słabiaków organizacja rozwiązuje się w obawie  przed wsypą. Od tego momentu zaprzestaliśmy przyjmować młodzież do  organizacji. Wolski okazał się małym agentem niemieckim, o którym  zebrałam wyczerpujący materiał i przekazałam go andbdquo;Twardemuandrdquo;. W 1944 r.  agent ten, obok innych, skazany został na karę śmierci.

W czerwcu 1943 r. przyjechał do nas andbdquo;Teodorandrdquo;, od którego dowiedzieliśmy  się, że w Głównej Komendzie AK gestapo przeprowadza aresztowania, a  według wielu towarzyszy warszawskich i krakowskich w Głównej Komendzie  tkwi agent. W związku z tym, że PPS-WRN związała swoje losy z losami AK,  musimy się dowiedzieć, co oni mają już rozpracowane i z jakiego terenu.  Według posiadanych danych, rozpracowane akta PPS i AK są na terenie  Myszkowa i znajdują się w nowo postawionych barakach przy szosie do  Koziegłów. Towarzysze z myszkowskiej organizacji zrobili wywiad i M.  Stelmach dał znać, że do tych baraków, a były dwa, około dwóch tygodni  temu przyjechały auta esesmańskie, a w nich funkcjonariusze z gestapo,  Waffen SS oraz Wehrmachtu i wyładowywali z jednego auta wojskowego  skrzynki.

Sprawa została omówiona z andbdquo;Teodoremandrdquo;. Jeśli będziemy już pewni, że akta  są i skąd one zostały przywiezione, damy znać do Klucz, a stamtąd  towarzysze dadzą znać do Krakowa. Sprawa trwała około 10 dni i  wywiadowcy stwierdzili, że dokumenty zostały przywiezione z Warszawy i  mają być odesłane do Radomia lub Kielc, że są bardzo silnie strzeżone i  że z nimi jest jeden więzień. Wtedy Teodor Wolski, Stanisław Stach i  Stanisław Nowak podeszli bardzo blisko, obejrzeli baraki i ich  zabezpieczenie, zorientowali się po oknach, jakie są pomieszczenia i o  tym wszystkim dali znać przez organizację w Kluczach do Krakowa.  Przyjechał andbdquo;Teodorandrdquo; w towarzystwie mężczyzny, którego tytułował andbdquo;panie  rotmistrzuandrdquo;, omówili z moim mężem - andbdquo;Larwa Iandrdquo; - jeszcze raz cały  przebieg akcji.

Wieczorem zabrali mnie i pociągiem pojechaliśmy do Myszkowa. Ze stacji  ruszyliśmy w stronę Koziegłów. Nie było daleko. Mnie posadzili po  drugiej stronie rowu w krzakach i kazali obserwować. Gdyby wpadli,  miałam powiadomić ojca i L. Tajchmana. Akcja się nie udała. 

Tych dokumentów w barakach pilnowali esesmani i wytresowane psy. Nasi  weszli z bronią w ręku na podwórze od tyłu, przecinając siatkę w  ogrodzeniu. Psy podpuściły ich na kilka kroków, ale dalej zaczęły  warczeć i denerwować się. Rotmistrz uskoczył na tyły baraku i tam zrobił  oględziny na ile mu pozwolił zmrok i zasiatkowane okna. andbdquo;Teodorandrdquo; i  andbdquo;Larwa Iandrdquo; zaczęli się wycofywać tą samą drogą i zniknęli za siatką.  Szybko uciekli w las. andbdquo;Rotmistrzandrdquo; został w rowie. Z baraku wyszedł  gestapowiec, zawołał psy i wpuścił je do pomieszczenia. W oknach  pojawiły się czarne rolety i zabłysło światło, które widać było przez  szczeliny.

Po dobrej godzinie andbdquo;Rotmistrzandrdquo; rowami, wychodząc pod tą samą zerwaną  siatką, dotarł do czekającej ze mną dwójki. Idąc przez las, andbdquo;Teodorandrdquo; i  andbdquo;Rotmistrzandrdquo; stwierdzili, że tym razem uszli z życiem, a taką akcję  powinna wykonać jedna z grup dywersyjnych z ich udziałem (podobno była  taka akcja, ale już po naszym aresztowaniu). Po wojnie, kiedy  dopytywałam się o tę akcję, Franciszek Wilk opowiadał mi, że była i  pociągnęła za sobą straty. Były aresztowania. Dokumenty dotyczyły członków AK w Warszawie, Kielcach, Radomiu, Krakowie i Katowicach.

W lipcu 1943 r. w Centurii zorganizowaliśmy koncentrację żołnierzy GL  PPS-WRN należących do Zawiercia i powiatu. Akcję prowadził por. J.  Mazurek, który dobrał sobie sztab ludzi, zliczających w różnych punktach  okręgu. Po dodaniu członków w fabryce, robotach publicznych, urzędach  wraz z Ogrodzieńcem, Porębą, Mrzygłodem, Marciszowem, Blanowicami,  Kromołowem (większe skupiska) okazało się, że nasz obwód liczył około  4000 ludzi. Po tym zwołane zostało zebranie Komitetu Obwodowego, na  którym był inż. C. Uthke. Zebranie odbyło się w mieszkaniu J. Mazurka.

5 września gestapo dokonało licznych aresztowań w Zawierciu, Łazach,  Wysokiej i Rokitnie Szlacheckim. Aresztowano 117 osób, w tym 7 kobiet.  Po raz pierwszy aresztowania dotknęły także tak dotkliwie naszą  organizację. W rękach gestapo znaleźli się: Stanisław Stach - zastępca  przewodniczącego Obwodu zawierciańskiego PPS-WRN, Bronisław Stefan  Micuła, Piotr Wierzbicki, Stanisław Olszowy, Ludwika Stach oraz  kolporterzy - Elżbieta i Henryk Sas, Romuald Dyja, Zbigniew  Kołaczkowski, Romuald Ciszak, Wacław Marszałek, Józef Gawroński,  Kazimierz Jagielak (ojciec), Kazimierz Jagielak (syn) i  radiotelegrafista Józef Micka.

Kolejne duże aresztowanie nastąpiło 10 listopada 1943 r., które objęło  67 osób, wśród nich znaleźli się towarzysze z naszego Komitetu -  Stanisław Nowak, Ignacy Nowak i Wojciech Napora.

Bardzo bolesne dla organizacji i dla mnie były aresztowania w sierpniu  1943. Gestapo aresztowało wówczas grupę starych działaczy PPS  spełniających ważną rolę w kierownictwie Obwodu - Jana Kurka -  przewodniczącego Komitetu, mego ojca Stanisława Wencla, Bronisława  Micułę i Bronisława Rogonia. Aresztowani także zostali Anna Groja - moja  siostra i Józef Mazurek dowódca zawierciańskiego pułku GL PPS-WRN.

Nas, aresztowanych 5 września 1943 r., wkrótce zawieźli do obozu  oświęcimskiego do Bloku 11. Tu byłam do 15 października 1943. Przez te  kilkadziesiąt dni wiecznie mnie o coś pytali i za coś bili. Czy  pracowałam w tajnej organizacji? Kto to jest andbdquo;Świderandrdquo;? Czy to mój brat  Stanisław Wencel? Kto to jest Stanisław Pęczkowski? I czy należy do  organizacji? Gdzie są moje siostry? Dlaczego ojciec nie podpisał  volkslisty, jak jakaś tam moja stryjeczna rodzina? Co robiłam w Porębie,  Włodowicach, Marciszowie i Mrzygłodzie, Myszkowie i Poraju, Łazach i  Ogrodzieńcu, Sosnowcu, Będzinie? Dlaczego nie lubiłam Pacieja? Dlaczego  pomagałam i chodziłam do Henryka Kozła? Dlaczego wszystkiego się  wypieram, gdy mają tu raporty swoich agentów - Władysława Bryły,  Stanisława Dachowskiego, Zofii Broda-Rachtanowej, Oskara Hassenranduuml;cka,  Władysława Pacieja. I tak przez kilka godzin jedno i to samo, a przy tym  bicie.

Pewnego dnia, kiedy rozpoczął się andbdquo;taniecandrdquo; od początku, dowiedziałam  się, że wiedzą wszystko, gdyż aresztowany w Krakowie nasz tow. Rembowski  z Sosnowca opowiedział im wszystko o naszej całej rodzinie, moim mężu, o  działalności rodziców, naszej działalności przed wojną i wojennej. Gdy  wróciłam do Bloku, prosiłam bardzo blokowego, Janusza czy Mietka, nie  pamiętam imienia, żebym mogła się widzieć na kilka sekund z mężem.  Wieczorem wywołał mnie Jakub (wówczas nie wiedziałam, że jest katem  obozu). Prowadząc mnie do sali zabiegowej, oświadczył, że jak wydam ich,  to mnie i męża udusi własnymi rękami.

Mąż potwierdził mi wszystkie moje niepewności. Dodał, że Stefan Micuła  został sprzedany przez Pacieja jak i my, ale sypnięty też przez  andbdquo;Józefaandrdquo;, nie pamiętam nazwiska, zajmującego się w Czeladzi  rozprowadzaniem kartek między naszymi towarzyszami. Na pożegnanie mąż  powiedział mi: andbdquo;Jak możesz i umiesz trzymaj się mocno, jak do tej pory.  Śledztwo wiecznie trwać nie będzie. Zapomnij nazwiska i cyfry, zapomnij,  jak się nazywasz, a wygrasz los na loterii życiaandrdquo;.

W 11 Bloku urządzono konfrontację z każdym z aresztowanych, którzy  należeli do młodzieżowej sekcji kolporterów: Zbigniewem Słabiakiem,  Romualdem Ciszkiem, Henrykiem Sasem, z kierownikiem sekcji gospodarczej  Bronisławem Micułą, Zbigniewem Kołaczkowskim zastępcą Stefana Micuły (w  potocznej mowie nie używaliśmy dwóch imion i dla odróżnienia od ojca  Bronisława mówiliśmy Stefan), z Rutkowskim, Dyją i towarzyszami z Łaz  Alicją Oblamską (miała 17 lat), Driańskimi, Stanisławem Olszowym. Każdy z  nich zaprzeczał, że ze mną współpracował prócz Rutkowskiego. Byli bici  po twarzy i straszeni zastrzeleniem, kopani, ale żaden nic nie  powiedział. Patrząc na to, nie miałabym urazy, gdyby nie wytrzymali i  wydali mnie. Słabiak robił wrażenie człowieka cierpiącego na zanik  pamięci, jakiś dziwny wyraz otępienia był w jego twarzy. Rutkowski  natomiast palił gestapowskie papierosy i pił piwo podsuwane mu przez  Schneidera. Czego on nie mówił? Że chodził ze mną na akcje. Zmyślał  takie historie, o których nie miałam pojęcia, ale bałam się, że i inni  towarzysze moi też się boją i dlatego nie wiedziałam, co robić. Myśli  biegły mi po głowie i nie mogłam wymyślić, co robić, by przestał mówić.  Siedział przede mną koło Schneidera. Ja stałam między nimi i wiedziałam,  że nic nie pomoże mi zapieranie się i bohaterstwo poprzednich chłopców.  Ten wybitnie mnie prowokował. 

W tym momencie z bezsilności wpadałam w jakiś dziwny szał, łapałam go  pod brodę za rozchełstaną koszulę i rzuciwszy go w tył z wyzwiskiem: andbdquo;Ty  świnio, zapomniałeś, że twój tatuś to oficer polski!andrdquo; - uderzyłam go z  całej siły w twarz. Na to wpadli do pokoju z przyległego gabinetu  gestapowcy, którzy przesłuchiwali Annę Ładoń. Schneider stał spokojnie, a  gdy Rutkowski pozbierał się, krótko rzekł: andbdquo;Weźcie się za nią, jego na  Blok 11 - mam dośćandrdquo;.

Dostałam solidne lanie, pękł mi obojczyk. W tym dniu kończyło się dla  mnie śledztwo. Protokół, który podpisałam był w języku niemieckim, nie  znałam go tak dobrze, żeby wszystko zrozumieć. Kazali mi podpisać  chłopcy z 11 i mój mąż. Gdyby nie bohaterska postawa moich  współtowarzyszy, na pewno bym nie żyła. Dzięki nim moje dziecko ma  matkę. Dostawałam od dra St. Hendrowicza, który robił mi opatrunki,  pastylki znieczulające, które łagodziły ból obojczyka, siedzenia, pleców  i nóg, ale dawały mi tępotę umysłową. W końcu września Helena Płotnicka  podała mi małą torebeczkę moich pastylek i rzekła: oszczędzaj teraz, w  drodze jest nowy transport z Zawiercia. Mówiło się we wrześniu, a on  przyszedł dopiero w listopadzie - cały miesiąc i 10 dni. Po 10  października ruch w Bloku panował nieopisany. Domyślałyśmy się  wszystkiego najgorszego.

Przez czas pobytu w tym Bloku poznałyśmy egzekucje w łazience, pod  ścianą śmierci, bicie, krzyki, wyrzucanie nas z sali na dziedziniec,  gdzie kazano nam sprzątać zakrwawione ubrania, buty damskie, męskie i  dziecinne. Wiedzieliśmy, że krzyki, które dochodzą z dołu, to więźniowie  torturowani na słupkach lub w stojących bunkrach itd., itd.

Mąż siedział w celi na dole (w bunkrze), która wychodziła na szosę andbdquo;do  wolnościandrdquo; do miasta Oświęcimia. Wystukałam alfabetem Morseandrsquo;a pytanie,  czy nie wie, co się dzieje, gdyż w Bloku panuje wielki ruch.  Odpowiedział mi, że szykują sale dla więźniów z Zawiercia i powiatu, bo  transport ma przyjść w najbliższych dniach. Nazajutrz wyprowadzono nas  na spacer. W oknach stali nasi najbliżsi. Z okna bunkra trzeciego po  prawej stronie odezwał się głos mojego męża. Byłam zdziwiona, gdyż  wczoraj rozmawiałam z nim w celi wychodzącej na druty. Powiedział mi, że  go przenieśli, gdyż dziś przychodzi transport aresztowanych z Cieszyna,  Oświęcimia, z więzienia z Opola, Radomia i Warszawy. Będą to więźniowie  należący do AK i PPS-WRN. Potem przypomniał mi, że nasza córka ma 2  lata. andbdquo;Pamiętaj, ja muszę dać głowę, ale Ty staraj się, żebyś przeżyłaandrdquo;.  Pamiętałam o urodzinach córki pomimo bólu po przebytym śledztwie, ale  nie wierzyłam już, że będzie mi dane przeżyć obozy i wrócić do dziecka.

Za kilka dni wezwali mnie na Politische Abteilung. Stałam bardzo długo  przed budynkiem i czekałam na swoją kolejkę. Już było po południu, kiedy  wprowadzili mnie do pokoju przesłuchań i koło Rudolfa Schneidera i  jeszcze dwóch nieznanych mi esesmanów siedział Paciej. Za mną  wprowadzili kilku mężczyzn, widać było po ich wyglądzie, że przeszli  śledztwo. Ustawili ich koło mnie, przypatrywał się im Paciej, a  następnie padło pytanie do mnie, kogo znam z tej grupki mężczyzn?  Domyśliłam się, że są aresztowani z tych miast, o których wspominał mi  mąż. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że żadnego nigdy nie widziałam na  oczy. 

Paciej wskazał na jednego z nich i widocznie wynik był dobry, gdyż  innych wyprowadzili, a został wskazany. Paciej zaczął mówić, że człowiek  ten jest z Radomia i że dla niego przekazywałam przesyłki z tajną  prasą, korespondencję, wykazy lotnisk spadochronowych dla Anglików.  Cokolwiek powiedział było kłamstwem, gdyż z Radomiem nie miałam nigdy w  swojej konspiracji styczności, a Paciejowi nic nie przekazywałam. Pytali  mnie, co ja na to - odpowiedziałam: nic, po prostu nic nie dawałam, a z  tym człowiekiem nie miałam żadnego powiązania. Kazali mi dobrze się  zastanowić do następnego przesłuchania. Ale takiego nie było już. Za  kilka dni znów zostałam wywołana, stałam na placu Bloku 11. Długo  stałam, aż wreszcie kazali mi wrócić na salę. Powtarzało się to kilka  razy. Ostatni raz przeszło koło mnie znów kilkunastu mężczyzn, a potem i  kilka kobiet. Wtenczas, kiedy wróciłam na salę, sięgnęłam po mój zapas  pastylek. Łyknęłam je. Było ich osiemnaście. Byłam bardzo chora,  pompowali mi żołądek. 

Po 15 października 1943 r. zostałyśmy wszystkie  więźniarki polityczne, oprócz p. Ireny Oblamskiej i Heleny Płotnickiej,  przeprowadzone do Bloków 31 i 33 do Brzezinki. W Bloku 31 był już  transport warszawianek, które wysłano z warszawskiego Pawiaka 5  października 1943 r. Były same osobistości świata inteligencji  międzywojennej: Zofia Śliwińska (Zofia Kossak-Szczucka), dr Alina  Tetmajer, Mieczysława Korompay, Maria Koźmińska, Józefa Thumowa z córką  Jadwigą andbdquo;Laląandrdquo;, Joanna Kunicka, Jadwiga andbdquo;Dadaandrdquo; Szylling, Urszula  Tomaszewska, Hanka Dragatówna, Jadwiga Tymek, dr Maria Werkenthin, Alina  Pac-Pomernacka, Zofia Kraczkiewiczówna, doc. Łucja Charewiczowa, Jasia -  zwana andbdquo;Grzybkiemandrdquo; - Hanicka, Maria Stadowska-Strońska, Wanda  Lewandowska, Stanisława Kiesłowska, Inka Kłosowska, Irena  Jelnicz-Skumin, Żabka Pfeferblum, Jaga Szymborska, Kazimiera Kaczyńska,  Jasińska, Halina Wagner.

Patrzyłam na te twarze opanowane, uśmiechnięte, ubrane w pokraczne  sukienki, które nosiły z gracją wielkich dam. To były andbdquo;cugangiandrdquo;, teraz  my też jesteśmy andbdquo;cugangamiandrdquo;. Potem spędzili nas na dół i poleciał zimny  prysznic, potem gorący, błoto obryzgiwało nam nogi. Kilka minut i  przegonili nas do sali, gdzie ustawiono pojedynczo, łapałyśmy nowe  ubrania, buty, pasiaki, koszule, swetry, majtki, pończochy (bez gumy),  wyglądałyśmy, jak przebierańcy, jedna dostała wszystko za małe, druga za  duże, jak mogłyśmy, tak dokonałyśmy zamian i wygląd się poprawił. 

Po obcięciu włosów nie poznawałyśmy się zupełnie, czasami towarzyszył  temu śmiech, czasami przerażenie. Potem poznałyśmy kierownictwo Bloku:  blokowa - Helena Dzikowska niski numer, ochrypnięta, z Krakowa lub  Tarnowa, Schreiberka - Henryka Czaplowa z Zawiercia - drużynowa ZHP,  nauczycielka z andbdquo;Płomieniaandrdquo; (brat Zdzisław Brzozowski zginął w Wawrze),  Vertreterka - Danuta Kluza, piękna dziewczyna z Dąbrowy Górniczej,  Sztubowa zajmująca się brotkamerą - Zdzisia z Poznania, nazwiska nie  pamiętam, Dina - Nachtwacha (Ukrainka). Z drugiej strony bloku zajmowała  pokój Legeralteste - słynna Stefania andbdquo;Steniaandrdquo; Starostek - numer niski -  z pierwszego transportu z Tarnowa. Potem mowa blokowej do nas, nowo  przybyłych andbdquo;cugangówandrdquo;. Naszą piątkę to nie zdziwiło (dwie poszły na Blok  33) ten sam krzykliwy ton, te same groźby, co w Bloku 11.

Około 15 listopada 1943 r. szczepili nas w rewirze, a potem Blok 17  tyfusowy, a potem dwudziesty któryś - tam leżałam chora na zapalenie  płuc i tam zobaczyłam to, czego nie spodziewałam się nigdy zobaczyć.

Prawa strona Bloku była zajęta przez chore Aryjki, lewa przez Żydówki.  Selekcja spadła na nasz Blok niespodziewanie. Wybierali do gazu  andbdquo;muzułmanówandrdquo; [tak w gwarze obozowej określano więźniów wycieńczonych  fizycznie, których mordowano w pierwszej kolejności jako niezdatnych do  pracy]. Zaczęli od lewej. Zapisywane numery tworzyły już pokaźny rząd.  Stanęli przed koją na dole, na której leżały matka z córką. Dopiero  przyszły do Bloku. Miały numery, które różniły się od siebie tylko o 1.  Los padł na córkę, którą ta decyzja sparaliżowała, chciała prosić,  błagać, ale nie mogła wykrztusić słowa, łapała oddech krótko i miała  wykrzywione oczy i usta. 

Spowodowało to wybuch śmiechu esesmanów i bicie jej po plecach bykowcem,  co miało dopomóc wykrztuszeniu słowa. Gdy za esesmanami zamknęły się  wrota Bloku, córka zaczęła błagać matkę, by coś zrobiła, że jest młodsza  od niej o 30 lat, że chce żyć. Matka siedziała skulona i w pewnym  momencie krzyknęła: andbdquo;Ja też chcę żyć, boję się śmierci tak, jak i tyandrdquo;.  Za dwie godziny ustawili w rząd kobiety z zapisanymi numerami. Piękna  osiemnastoletnia córka stanęła w nim, trzymając w ręce pajdkę chleba.  Matka z koi wyciągnęła rękę, szarpnęła pajdkę córki i znów krzyknęła:  andbdquo;Daj mi, ty już nie będziesz potrzebowałaandrdquo;. Prawa strona Bloku  skamieniała. Długo nie spałam tej nocy, patrzyłam na śpiącą matkę, a sen  jej był lekko nerwowy, jak po wielkim przeżyciu, które skończyło się  dla niej pomyślnie.

W drugiej połowie lutego 1944 r. zostałam przeniesiona do Bloku 7a.  Byłam bardzo słaba, zupełnie głucha, owrzodziała. Na drugi dzień  przyszła do mnie z rewiru p. Monika Galica, przyniosła pozdrowienia z  Bloku 31 i kazała mi się zgłosić do pani Zofii Kossak-Szczuckiej.  Poszłam tego dnia przed apelem wieczornym. Oznajmiła mi, że blokowa 7a  wie, że ma dekować mnie co najmniej trzy tygodnie.

Koło 25 lutego dostałam od męża gryps. Przyniósł go szczupły, czarny,  młody mężczyzna. Nowina była bardzo zła. W końcu lutego zjeżdża  Sondergericht z Opola na Politische Abteilung do KL Auschwitz. Zaraz  postarałam się o rozmowę z panią Zofią Kossak-Szczucką. Tę wiadomość  potwierdziła. Pytałam ją, co można zrobić, bym nie stanęła przed sądem.  Odpowiedziała mi, że ona wie, ale nie wie, czy lekarki tego się podejmą.  Podjęły się. W rewirze zaaplikowano mi w pośladek mleko. Dostałam  wysokiej temperatury i zostałam znów przetransportowana do Bloku 17,  gdzie pracowała dr Nulka Tetmajer. 

Pierwszego zastrzyku dokonała ona i dr Janina Węgierska. Esesmani  przychodzili po mnie trzy dni. 29 lutego 1944 r. odbył się Sondergericht  - z naszej organizacji zostali straceni: Stanisław Stach, Piotr  Wierzbicki, Bronisław Stefan Micuła, Zbigniew Kołaczkowski, Zbigniew  Słabiak, Romuald Dyja, Stanisława Olszowy. Po śmierci mojego męża  przyszedł do mnie do bloku Kostek Jagiełło. Opowiedział mi, jak wydostał  z Bloku 11 mojego męża i przekazał go do obozu do Birkenau do komanda  Bauhof. Rozprawiali poważnie o ucieczce przez Oświęcim główny, kazał mi  się zastanowić, czy ja bym się na to nie pisała. 

Gdybym nie miała dziecka lub gdyby dziecko miało ojca - to tak, ale jest  inaczej i nie mogę narażać swoich koleżanek, rodziców, rodziny i  córeczki. Odpowiedziałam, że nie mogę tego zrobić i podałam powody. Był  pogodny, ufny zwycięstwa, dużo wiedział o naszej organizacji na  wolności, powiedział mi, że miałam wspaniałego męża i że za kilka dni  postara się, żeby odwiedził mnie Franciszek Soczewica, ojciec chrzestny  mojego męża. Przyszedł i przyniósł mi pasiak w ciemno granatowe pasy,  czarny fartuch, czarne pantofle, pończochy i chustkę na głowę. Rzuciłam  mu się na szyję. Nie było czasu i miejsca na dłuższe spotkanie, czekali  na niego dachdeckerzy, mocno mnie znów ucałował, pogładził po twarzy,  jak małą dziewczynkę, i powiedział: andbdquo;Do widzenia na wolnościandrdquo;. Wróciłam.  On nie. Poszedł w październiku tegoż roku transportem do innego obozu.  Tam zmarł.

Ostatni pożegnalny list mojego męża do mnie kończył się słowami: andbdquo;Ty  musisz żyć. Ty musisz, na Ciebie czeka dziecko nasze, będziesz mu matką i  ojcemandrdquo;. Jak żyć w tych warunkach. Byłam taka słaba, nie mogłam podnieść  nóg do góry. Wstrzyknięte mleko dało o sobie znać. Na pośladku zrobił  mi się ogromny ropny odczyn. Jak żyć - nie wiedziałam, ale to dalszy  termin, a teraz, jak chodzić, ropień zakażał następne miejsca mojego  ciała, ręce i nogi. Bardzo dużo pomagała mi koleżanka z 7 Bloku, Henia  Szylska z Końskich (siedziała za brata i narzeczonego działających w  AK), ona to od dr Nulki Tetmajer przynosiła zioła, maści, bandaże lub  starą odzież, którą rwałam na opaski. W rewirze wizyty u lekarza  ułatwiała mi Monika Galica, żebym taki muzułman, nie wpadła w ręce  lekarza niemieckiego.

Po miesiącu zostałam wysłana do komanda zajmującego się sadzeniem drzew  za krematorium. Tam zobaczyłam zgrozę komór gazowych. Ciała w rowach,  powykręcane nogi, ręce oberwane jak u lalek, zniekształcone twarze -  okropny ich wyraz. W ten sposób umarł mój mąż. Wspaniały człowiek,  wspaniały Polak, dobry mąż i ojciec.

Nasze komando leśne skończyło się i w końcu marca zostałyśmy w Bloku. Na  lagrze panowała Lagerspere. Przyszła Lageralteste Stenia, zabrała 4  więźniarki i zaprowadziła do Bloku, który zawsze mnie ciekawił, Blok  matek z dziećmi do dwóch lat. Matki tych dzieci nie chodziły do pracy,  ale i nie wychodziły poza Blok, co się łączyło z tym, że nie mogły dla  siebie zorganizować pożywienia. Dzieci żyły i chowały się dobrze dopóki  wystarczała im mała ilość matczynego pokarmu. W miarę, jak rósł apetyt, a  w piersiach matek nie stawało pokarmu, dzieci zaczynały się zmieniać.  Buzie robiły się mniejsze, dziecko łkało, łkało, potem cichło i  umierało. Ze ślicznego dziecka robił się staruszek z małą pomarszczoną  buzią. 

W Bloku tym była wydzielona część pomieszczenia na tak zwaną umywalnię,  tam składano zwłoki dzieci z pomarszczonymi czółkami i ustami  wykrzywionymi z bólu i głodu. Zupa mleczna, którą dostawały dzieci, była  andbdquo;chrzczona wodąandrdquo;, raz w kuchni, bo kucharki organizowały, drugi raz w  brotkamerze w Bloku. Dzieci tę zupę dostawały zimną. Matki grzały ją  swoim ciałem. 

Zjedzona taka zupa powodowała biegunkę i dzieci szybko marły. Małe  trupki zabierane były przez Straflkomando, które obsługiwały w tym  czasie dwie Niemki z czarnym winklem. Popychając wózek ze zwłokami  wykrzykiwały zaśmiewając się andbdquo;Kalbfleischandrdquo; - Cielęcina. Nigdy nie mogłam  pozbyć się z pamięci tego widoku. Zawsze pytałam, a moja córka? Może  tak samo gdzieś się męczy i powoli kona. Czekałam każdego listu,  pocieszałam się na chwilę, że przecież pisze mi mama, że zdrowa i ładnie  się rozwija, a potem znów niepewność i męka. 

Pod koniec czerwca niebo, powietrze i nasze uszy rozdarł ryk syren.  Ucieczka z obozu, naszego czy męskiego? Męskiego. Poszukiwania były i u  nas, ale pobieżnie, natomiast cały wysiłek esesmani włożyli w teren  Birkenau męskiego, lagru cygańskiego, czeskiego, B II B, B II C, i  Krakenbau. Na drugi dzień spotkałam Monikę Galicę, która mi powiedziała  na ucho: andbdquo;Twój opiekun uciekł, przerzucimy cię na lager B do Bloku 15  Tam są komanda dużo cięższe, ale nie musisz stykać się z ludźmi, którzy z  tobą go widzieliandrdquo;. Na drugi dzień na apelu zostałam przetransportowana  na lager roboczy B. Poszłam do komanda także 15, do robót polnych, potem  do obwałowywania Wisły i Soły, do sadzenia drzew do połowy września, i  potem znów na lager A do Bloku 31 - dziecięcego.

We wrześniu 1944 r. kierownictwo zaczęło się przygotowywać do likwidacji  obozu. Wszystkie więźniarki polityczne zostały zebrane i osadzone na  miejscach pracy w obozie. Przylepili nam ogromne czerwone koło na  plecach sukienek. Dostałam miejsce w Bloku dziecięcym, w którym  przebywały dzieci od 2 do 14 lat. Ale wtedy nie było dwuletnich, były od  4 lat. Przeważały dzieci żydowskie, które były potrzebne dr. Mengele do  badań nad mnogością urodzin. Lubiłam dzieci zawsze, a w obozie  szczególnie. W każdej dziewczynce widziałam swoją córkę.

Pewnego dnia ustawiłyśmy dzieci na poobiedni apel. Przed nasz Blok  zajechały auta i w tym samym momencie do Bloku wkroczyli esesman.  Odliczyli dzieci żydowskie i dostałyśmy rozkaz załadować dzieci na auta,  które miały jechać z nimi do krematorium. Cztery Polki opiekunki dzieci  - Henryka Szylska, Anna Ładoń, Anna Lipka i ja nie ruszyłyśmy z  miejsca. Blokowa, Helena Dzikowska poganiała nas, przeraźliwie krzyczała  Lageralteste Stenia Starostek. Nie było z naszej strony żadnej reakcji,  na andbdquo;głupie krowy, ku...andrdquo; i inne epitety. Esesmani odsunęli nas na  dalszy plan Bloku i sprowadzili blokowe i sztabowe żydowskie. Dzieci  przerażone krzykiem czepiały się naszych rąk, nóg, starsze kryły się  przed nami, szukając pomocy. 

Funkcyjne Żydówki odrywały swoje rodaczki i zanosiły do aut. Zostałyśmy  ukarane tygodniowym andbdquo;sportemandrdquo; na Lagerstrasse. Sport trwał dwa dni, gdyż  przerywały im ciągłe naloty dokonywane przez lotnictwo radzieckie. Te  dwa dni dało nam się też we znaki - miałyśmy odrapane nogi, ręce, skórę z  brzucha i piersi, podartą odzież i ból po uderzeniach andbdquo;bykowcaandrdquo; i od  skakania andbdquo;żabekandrdquo;. Za kilka dni nasz Blok także został zlikwidowany i  reszta dzieci poszła na lager cygański.

Byłam przez ten czas sobą. Miałam dzieci i opiekowałam się nimi jak  swoimi. Co za błogie uczucie bać się o kogoś innego, bo wtedy wstępuje w  człowieka energia, poczucie godności, jest się potrzebnym. Tak mi było  dobrze, jak podnosiły głowy i swoimi starczymi oczyma uśmiechały się,  jak im z przysłanej paczki dzieliłam jedzenie, jak małymi rączkami  tuliły się do mnie w czasie apeli i nalotów samolotowych czy choroby.  Jeżeli w obozie koncentracyjnym można być szczęśliwym, to te trzy  miesiące byłam.

W listopadzie zostałam po likwidacji Brzezinek - obozu kobiecego -  przeniesiona do obozu B II B, a w końcu grudnia 1944 r. do obozu  kobiecego przy Głównym Oświęcimiu. Tu dostałam list od ojca. Był w KL  Gross Rosen.

18 stycznia 1945 r. poszłam do transportu z kilkudziesięcioma tysiącami  więźniów. Jak pochód z KL Oświęcim ruszył przez Brzeszcze, szłam koło  chodnika. Ludzie wynosili nam ciepłą wodę, rzucali chleb - i bardzo  płakali. Jedni esesmani nie pozwalali, inni nic nie mówili, jeżeli  piątki po zachwianiu wracały do normalnego porządku. Wtem za  Brzeszczami, ktoś mnie ciągnie za płaszcz. Spojrzałam w dół - O Boże  mój, może czteroletnie dziecko. andbdquo;Co z Tobąandrdquo;? andbdquo;Czocia Lucia ja z Tobąandrdquo;.  Zrozumiałam - dziecko mnie zna z Bloku dziecięcego i teraz uważa mnie za  osobę, która się nim zainteresuje i zaopiekuje. No cóż, taki mój los.  Może mojemu dziecku też ktoś pomoże - zawsze tak myślałam. Wzięłam jej  rękę w swoją i tak doszłyśmy te 30 km do Pszczyny. Tam za porcję, którą  dostałam w Bloku, kupiłam sanki do pchania i porządnie nakarmiłam  dziecko. Usnęła spokojnie. Na tych sankach dojechała do Wodzisławia, tam  je zostawiłam, gdyż nie pozwolono mi ich wtaszczyć do wagonu.

Przytulone do siebie jechałyśmy odkrytym wagonem do nieznanego obozu. W  trzecim dniu miałam tylko kromkę chleba i jeszcze sporo cukru. Dawałam  go Lubie po troszeczku ze śniegiem zgarniętym z brzegu lory węglarki. Ja  zaspokajałam się tylko śniegiem. Pociąg zatrzymał się i po całym dniu  wyszłyśmy najpierw za swoją potrzebą - wysadziłam dziecko. Miała  zdrętwiałe nogi, boleśnie się krzywiła, ale nie płakała. Powoli wróciła  do siebie i potem bystrym okiem spostrzegła, że mężczyźni z obozu  buchenwaldzkiego rozmawiają z naszymi kobietami i coś im podają.  Pobiegła tam i stanęła spokojnie, patrząc błagalnie. Więzień podał jej  garnuszek zupy, a ona obejrzała się i rzekła: andbdquo;Tam moja mama, daj jej  teżandrdquo;. Więzień odpowiedział, że nie ma już więcej. Nie dał zupy, ale dał  jej ciepły szalik, w który wtuliła zmarzniętą buzię. Zupę podzieliłam na  dwa razy, kazałam jej jeść zaraz połowę, a drugą połowę dostała już w  Bergen Belsen - drugim obozie śmierci.

Do Bergen Belsen przyjechałyśmy 22 lub 23 stycznia 1945 r. Nie jadłam  już 3 dni i było mi dane jeszcze 6 dni nie jeść. Byłam prawie bosa, gdyż  po wyładowaniu nas na rampie obozowej zagonili nas do łaźni i tam  zgubiłam jeden but, został mi jeden, nie mój, dużo mniejszy i prawie  wcisnęłam go na siłę, ledwie przyszłam pod Blok. W Bloku były już  kobiety z wcześniejszych transportów i o dziwo, w baraku zmieściło się  nas 1200, jedna koło drugiej, ułożone jak szproty w pudełku. Najgorsze  były noce. Bezsenne. Jasne od niemieckiego morza (Północnego). Drgania  od bombardowania. Warkot samolotów.

Rano zaczęłam oglądać się za butami. Ale nic z tego, nigdzie nie było.  Tu organizacja jeszcze nie zakwitła. Około 12.00 andbdquo;Steniaandrdquo; -  Lageralteste, i tu nią też była, wywołała na komando do rozładowania  wagonów z transportów. Powlokłam się głodna i bosa. Nogę obwiązałam  koszulą, którą ściągnęłam z siebie. Na rampie stał pociąg z wagonami,  które były prawie hermetycznie zamknięte. Otworzyli je. Z otworów  buchnął smród. Ciała ludzkie potoczyły się na ziemię, wypchnięte siłą  tych, którzy stali w środku. Ktoś zapytał, skąd przyszedł ten transport?  Z głębi wagonu odpowiedzieli, że z Gross Rosen. Oprzytomniałam,  pierwszemu lepszemu trupowi ściągnęłam buty, wsadziłam na własne nogi i  zaczęłam pomagać więźniom wychodzić z wagonów. Nie na wiele starczyło mi  sił, odpoczywałam, znów wstawałam i szłam do następnych.

Szukałam ojca, mojego ojca, który do mnie napisał list na Boże  Narodzenie. W wagonach zostawiano chleb, torebeczki cukru, margarynę,  bony obozowe, marki niemieckie. Było nas osiem i tymi pozostawionymi  darami esesmani pozwolili nam się podzielić. Obserwowałam moje  towarzyszki, żadna nie rzuciła się na chleb, dopiero drobniutka Felisia  Gawron, żona prawnika z Radomia, aresztowana 10 listopada 1943, za męża,  który był w radomskim AK, zapytała starszej od nas, może 60-letniej  więźniarki: andbdquo;Czy ja mogę sobie raz tylko ugryźć? Tylko jeden raz  ugryzęandrdquo;. andbdquo;Naturalnie, jedz, tylko pomału, moje dziecko, nie zjedz  wszystkiego, może najpierw cukier, dobrze?andrdquo;. Pytała, jak małego dziecka.  Potem popatrzyła na nas i rzekła: andbdquo;Jedzmy, żywi odeszli od łaźni,  umarłym już nie potrzeba. To stypa pogrzebowa. Niech im ziemia lekką  będzie. Widocznie tak Bóg chciałandrdquo;.

Na drugi dzień już przy każdych drzwiach stał esesman i nie pozwolił nam  podnosić z podłogi pozostawionej żywności. Byłyśmy tak słabe, a na  zorganizowanie tego chleba trzeba mieć siłę i chęć do życia, a my jej  już nie miałyśmy. Byłam trzeci raz muzułmanem. Ale trzeba żyć. I Luba.  Teraz też myślałam o niej. Wczoraj zaniosłam jej chleb, dziś kazałam  zjeść jej całą zupę, którą jej naleją w garnuszek buchenwaldzki. Ile  wytrzymam? Jak ona dożyje? Ale od Buchenwaldu jestem jej mamą. Nie mówi  do mnie inaczej. 

W czwartym dniu pracy na rampie spostrzegłam zaczerwienienia na rękach i  nogach, miejsca potarte lub zadrapane piekły, a potem bolały. Te same  objawy miała i Felisia. 

Oparszywiałyśmy od wyładowywanych trupów, które były często ropiejące,  brudne. Miejsca czerwieniały, a na dłoniach - na wierzchu i wewnątrz -  tworzyły się brzydkie pęcherze, które pękały i wyciekała z nich  śmierdząca, lepka ciecz. Potem przyszła kolej na nogi, uda, głowę. I  znów pytanie - Ile przeżyję? Naloty wróżyły szybki koniec, czy teraz mam  umrzeć. Miałam gorączkę. Zgłosiłam się do blokowej. Ta zabrała nas z  Lubą i Felisią i dała nas do Bloku chorych. Któregoś dnia podniosłam  głowę i zobaczyłam w nogach Lubę. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała:  andbdquo;Ciocia Felisia umarła, ale Ty otworzyłaś oczy, to będziesz żyła. Boli  cię, powiedz gdzie?andrdquo;. Kiedy stanęłam pierwszy raz na nogi, była już  trzecia dekada lutego. 

Zapytałam się, jak żyła Luba i komu mam podziękować, że się nią  opiekowali. Odpowiedziały mi, że jest samodzielna i ona się mną  opiekowała, poiła, karmiła, czasami myła i sprzątała po mnie.  Powiedziały mi, że miała szkarlatynę i jakieś świństwo podobne do  pęcherzycy, ale lekarka stwierdziła, że to nie jest ta choroba.  Patrzyłam na twardą głowę, małe oczka, duże usta i mocne zęby. Luba  patrzyła na mnie i uśmiechała się. Chodź do mnie córeczko, chodź, nie  bój się, już po wszystkim, nie zarazisz się. Nie boję się, już będę z  tobą zawsze. Kiwnęłam głową.

Jak wstałam, było nam już lepiej. Poszłam do kuchni, może coś dostanę  dla niej, może spotkam kogoś znajomego. Dostałam obierki z brukwi i  kartofli, pewnie obierane dla kierownictwa obozu. W marcu już było dużo  lepiej. Spotkałam na lagrze andbdquo;Stenięandrdquo; władczą i pełną energii. Poznała  mnie i zaproponowała mi pracę w kuchni, żebym jeszcze zorganizowała  kilka kobiet, tylko nie muzułmanek. Poszłam po blokach i znalazłam  wszystkie z rampy. Poszły ze mną do Lageralteste, obejrzała je i  nazajutrz pracowałyśmy w kuchni na lagrze męskim. Lubę brałam ze sobą,  siedziała w kącie, było jej ciepło i co chwilę dawałam jej coś do ust,  by żuła. W piecach paliło się obuwiem po zmarłych więźniach,  przeszkadzały podkówki, gwoździe, haczyki i okucia ze sznurowadeł, po  każdej porcji trzeba było wyrzucać z małych palenisk. Kocioł zupy 400  litrów gotował się cały dzień. Było ciepło i mogłam pić gorącą wodę,  mogłam zjeść trochę zupy.

Coraz częściej w bramie wejściowej widać było klęczących więźniów. Jedni  w ustach mieli ucho ludzkie, inni w dłoniach mieli coś podobnego do  wątroby lub kawałek bladoróżowego mięsa. Do mojego chorego umysłu i  ciała nie doszło, że to andbdquo;ludożerstwoandrdquo;. Potem widziałam na lagrze małe  kuchenki, skąd dochodziły zapachy mięsa, nikt nie widział białego  chleba, nikt nie widział nic, prócz surowej lub gotowanej brukwi.

15 kwietnia 1945 r. weszły wojska angielskie, a oswobodzili nasz obóz  Polacy z armii angielskiej. 30 kwietnia 1945 r. radzieckie władze  wojskowe odebrały mi Lubę jako Rosjankę i wywiozły ją do Brunszwiku - do  obozu radzieckiego. Na pożegnanie łkającej dziewczynce powiedziałam, że  jej nie zapomnę, a ona dała mi mały zegareczek. Mam go do dziś,  przypomina mi, że był ktoś, kto w takich ciężkich chwilach kochał mnie.  Luba nazywała się Ignaczew, miała 5 lat, nie wiedziała, gdzie byli jej  rodzice, gdzie mieszkała, raz podawała jedną wieś, potem drugą. Nie  myślałam, że mi ją odbiorą. Sądziłam, że będę miała czas na odszukanie  jej rodziców. Zrobili to inni. Byłam potem w tym obozie, ale Luby mi nie  pokazali, uważali, że dziecko było do mnie przywiązane zbyt mocno i  powtórne rozstanie byłoby niewskazane. Zobaczyłam ją z daleka, bawiła  się z innymi dziećmi.

Po ogłoszeniu upadku III Rzeszy obóz Bergen Belsen zaczęto likwidować, a  byłych więźniów przenosić do innych obozów utworzonych z miasteczek.  Niektórzy na własną rękę ruszali do kraju. Z grupą chorych zostałam  przeniesiona do Bergen - do koszar i szkoły żołnierzy SS, gdzie został  utworzony szpital. Byłam chora na czerwonkę i miałam przecięte żyły w  prawej stopie. Lekarz angielski zrobił mi zabieg operacyjny. Byłam tam  cały maj i kilka dni czerwca. Potem z grupą więźniów przeszłam, a raczej  pojechałam do strefy amerykańskiej do Bardowiku koło Landuuml;nenburga. W  Bardowiku pracowałam w Gminie Polskiej oraz w Sekretariacie Szkoły  Podstawowej. Pierwszym transportem wróciłam do kraju, było to 22  października 1945 r.

Wróciłam do Zawiercia. Ojciec nie wrócił, nie żył już 2 stycznia 1945 r.  Są różne wersje jego śmierci. Że zmarł na niewydolność krążenia, druga,  że jak zbliżał się front, kierownictwo obozu w Gross Rosen miało  zlikwidować przez rozstrzelanie wszystkich chorych, którzy nie byli  zdolni do transportu. Jeszcze inna wersja mówiła, że nastąpiła  likwidacja wszystkich więźniów andbdquo;czerwonychandrdquo;. Prawdy nie znamy.

Brat Stanisław siedział w więzieniu w związku z nieujawnieniem się.  Koledzy czy towarzysze z PPS i TUR, którzy poszli w służbę do UB,  dostali zadanie złapania brata. Takim szczęśliwcem był Marian  Przybysławski.

Na UB w Zawierciu siedziała moja matka i siostra Kamila. Tu wykazali się  szczególną gorliwością bracia Henryk i Marian Kozłowie oraz Leon  Wróbel. Kozłowie byli w OM TUR, Henryk, któremu dwa razy w życiu  pomogłam, chodził ze mną do Liceum Kupieckiego w Zawierciu. W 1937 r.  policja aresztowała 38 członków OM TUR, którzy należeli do  Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. W ten dzień, kiedy nastąpiły  aresztowania, Heniek przyszedł do szkoły, a z chwilą rozpoczęcia lekcji  weszli funkcjonariusze policji mundurowej oraz cywilnej i zabrali go.  Miał on zwyczaj nosić do szkoły jeden gruby brulion, w którym zapisywał  wszystkie lekcje. Tym razem przyszedł z małą czarną teczką. Z chwilą  wejścia policji, jego kolega Józef Karon, który z nim siedział, teczkę  tę przesunął do siebie, a potem odstawił na ziemię. Kiedy wyszli  zabrałam teczkę, a na pierwszej pauzie zaniosłam do domu. 

Była w niej odezwa, kilkadziesiąt ulotek i jedna broszura. Oddałam ojcu i  czekałam, kiedy przyjdą po mnie. Heniek został aresztowany jako  andbdquo;czystyandrdquo;. I w związku z tym dostał tylko 8 miesięcy Berezy Kartuskiej.  Kiedy wrócił, serdecznie mi dziękował. Moment ten moi byli koledzy na  usługach gestapo Stanisław Dachowski i Władysław Bryła przekazali do  wiadomości Rudolfa Schneidera, który dodatkowo kilka godzin z tego  powodu mnie badał.
Drugi wypadek to w 1942 r., jak Heniek wrócił do kraju z ZSRR. Mąż i ja  chodziliśmy do jego kryjówki, proponowaliśmy różne wersje pomocy.  Przerzutu przez nas nie przyjął. Pomoc finansową przyjmował, tak on, jak  i jego rodzina. Oni to właśnie robili rewizję w domu mojej matki, oni  ją aresztowali i oni ją przesłuchiwali, wyzywając brata, mojego męża i  mnie, jako niepatriotów naszej ojczyzny.

Wiem, że nasza działalność może podlegać krytyce, ale na tak dużą ilość  akcji i masowość zawierciańskiej PPS-WRN, która liczyła przecież 4000  ludzi, straciliśmy niewiele osób. W śledztwie Stanisław Stach i  Stanisław Olszowy wzięli na siebie winę za kogo się dało. Byli głównymi  oskarżonymi i tak dzielnymi, i zdecydowanymi. Przecież gdyby śledztwa  nie wytrzymała nasza trójka, która znała bardzo dużo towarzyszy z  Zawiercia i powiatu, Sosnowca, Krakowa, Warszawy, Będzina, Czeladzi  itd., nie dożyliby towarzysze, jak Franciszek Torbus, Zdzisław Miciński,  Lucjan Tajchman, Stefan Kura, Antoni Biedroń oraz wszyscy zawierciańscy  towarzysze, którzy zostali przy życiu do wyzwolenia. Ta mała garstka  aresztowanych umiała milczeć i dlatego w obozach było nas niewielu.

Ludwika Stach-Pęczkowska 


Powyższe wspomnienia zostały spisane w roku 1987. Następnie ukazały  się pod tytułem andbdquo;Zawiercie - Auschwitz - Bergen Belsenandrdquo; w pracy  zbiorowej andbdquo;Polska Partia Socjalistyczna w latach wojny i okupacji  1939-1945. Księga wspomnieńandrdquo;, tom 2, Polska Fundacja Upowszechniania  Nauki, Polskie Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa, Warszawa 1995.  Całość przygotował i sporządził wyjaśnienia w nawiasach kwadratowych  Remigiusz Okraska. </description>
        </item><item>
        <title>Księga gości</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/ksiega_gosci</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Katastrofalny stan miasta - początek XX w.</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/miasto_sprzed_ii_wojny_swiatowej</link>
        <description>Sprawozdanie Rady Miejscowej Opiekuńczej w Zawierciu za 1917. Rada Opiekuńcza działała w latach 1916-1918 w Królestwie Polskim. Prowadziła bursy, schroniska, ochronki, wydawała żywność, odzież, zasiłki pieniężne.

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Fragment wstępu opisowego do budżetu miasta Zawiercie na rok 193/32  obrazujący ówczesną sytuację miasta i jego robotniczej ludności.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 </description>
        </item><item>
        <title>Kapliczki</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/kapliczki</link>
        <description>Wbrew pozorom jest ich całkiem sporo, w subtelny sposób udało się im ujść potężnym szczękom nowoczesności i przetrwać w świecie szkła, żelaza i betonu. Stojąc spokojnie pośród plątaniny dróg, a także gdzieś w szczerym polu przypominają o minionym czasie sprzed epoki komputerów i podróży w kosmos. Cicho snują opowieść o pełnych wiary sercach mieszkańcach zawierciańskiej ziemi, którzy sprawili, że do tej pory ludzie czynią w podróży znak krzyża. 
Mowa tu o kapliczkach i krzyżach przydrożnych tak często mijanych w drodze do pracy, szkoły lub na randkę i być może przez swoją powszechność lub nadmierny kult racjonalizmu niedostrzegane przez przechodniów. Te obiekty nie są jednak reliktami minionej epoki, kiedy to za króla Ćwieczka, Zawiercianie przy blasku świecy odśpiewywali wieczorne pacierze. Są one pamiątką jaką na zawsze pozostawili nam nasi przodkowie, dotyczącą nie tylko głębokiej religijności ówczesnych ludzi, ale także ich historii.

Rzadko bowiem zdarzało się, aby kaplica lub krzyż powstały bez jakiejś konkretnej przyczyny. Niemal zawsze wyrażały one wdzięczność dla Boga np. za pomyślne plony, szczęśliwe zakończenie klęski żywiołowej lub wysłuchanie jakiś prywatnych modlitw. Najczęściej ich fundatorami była cała społeczność miasta lub wsi. Zdarza się też, ze spotkamy się z takim krzyżem stanowiącym upamiętnienie jakiegoś ważnego dla mieszkańców jubileuszu, rocznicy założenia osady lub np. ważnej bitwy. 

Dokładną historię wielu z nich dawno zatarła już niepamięć, ale część wiadomości przetrwała. Zapoznajmy się zatem z losami tych krzyży i kapliczek tak ważnych dla dziejów całej społeczności.



</description>
        </item><item>
        <title>Czerwone Zawiercie sto lat temu - początki zawierciańskiego PPS</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/czerwone_zawiercie</link>
        <description>Jeżeliby szło o zaszczyt pierwszeństwa co do początków ruchu  robotniczego [w Zagłębiu Dąbrowskim], to należy on się dzielnicy  Zawiercie. Ruch socjalistyczny wśród robotników rozpoczął się tu już w  1889 r.
Ruch ten zapoczątkowali trzej praktykanci, później majstrowie fabryki  T.A.Z. - Rakowski Wacław, Brzostowicz Czesław i Hemel. Pierwsze kółko  organizacyjne stanowili: Aleksander Masłoński, Jan Ciszewski, W.  Baumert, Franciszek Raab i nauczyciel Ewaryst Skrzyński. Praca  agitacyjna polegała głównie na rozpowszechnianiu broszur i zaznajamianiu  robotników z zasadami socjalizmu.

Broszury rozpowszechniano i wśród okolicznych wsi, co głównie robili  Masłoński i Baumert.
W roku 1890 Rakowski, Brzostowicz i Hemel założyli Związek, mający na  celu pomoc podczas strajku. Próba jednak nie udała się i wkrótce wszyscy  trzej z Zawiercia wyjechali, ale do organizacji weszli nowi: Szymański,  dozorca kotłowni, ślusarz Łukasik, zamordowany w 1907 r. 2 maja przez  endeków, Wróblewski, Kopczyński, ślusarze, Peter Bolesław, Welcel  Stanisław i wielu innych. Ponieważ po wyjeździe Rakowskiego,  Brzostowicza i Hemela nastąpiła przerwa w dostarczaniu dla Zawiercia  broszur, a chętnych do czytania było bardzo wielu, przeto postanowiono  założyć własną drukarnię, w której miano przedrukowywać posiadane  broszury.

Tow. A. Masłoński tak opisuje tę imprezę w książce pt. andbdquo;Z pola walkiandrdquo;:  andbdquo;Przy fabryce było kilkadziesiąt kanałów sklepionych dość obszernych.  Część tych kanałów miałem pod swoją kontrolą i z łatwością mogłem nie  dopuszczać tam nikogo. Postanowiliśmy drukarnię umieścić w tych  kanałach. Jeden z okolicznych nauczycieli miał napisać broszurę, zrobić  korektę i w ogóle być literatem przy drukarni. Robotnik, tow. Baumert  jeździł do Warszawy w celu wydostania czcionek... Czcionek jednak nie  dostaliśmy i ta fantastyczna drukarnia nie wyszła ze sfery projektów.  Demoralizacji podówczas nie było, działaliśmy prawie jawnieandrdquo;.
Rozruchy głodowe w Zawierciu w 1891 roku

W tej samej książce opisuje Masłoński przebieg rozruchów głodowych w  Zawierciu na skutek drożyzny chleba, spowodowanej nieurodzajem w Rosji.  Rozbito wtedy kilka piekarń, a znaleziony chleb sprzedawano po 8 gr. za  funt (piekarze żądali 12 groszy) i pieniądze wręczano piekarzom.  Głównego sprawcę tych rozruchów, piekarza Szczecińskiego, który nawet  strzelił do tłumu oblegającego piekarnię, wyratowali od zlinczowania  Masłoński, inż. Kosakowski i urzędnik fabryczny Iwanowski. Dzięki temu  nie było sprawy sądowej i wielu robotników uniknęło więzienia, chociaż  na trzeci dzień zjechali kozacy, których prowokowali chłopcy, wciągając w  zasadzkę, gdzie już przedtem mieli rozciągnięty sznur, przez który  walili się kozacy na ziemię jak kloce, ku wielkiej uciesze chłopaków.  Kozacki oficer zaś miewał na ulicach Zawiercia, do otaczającego tłumu  robotników, andbdquo;wykłady ekonomii politycznejandrdquo;, dowodząc, iż kupcy nie są  winni, że żądają drogo za towary, ponieważ muszą płacić wysokie podatki i  patenty.

W roku 1892, po wybuchu strajku majowego w Łodzi, robotnicy Zawiercia  wysłali Masłońskiego do Łodzi, aby zbadał na miejscu, o co toczy się  walka i jakie są jej rozmiary. Po powrocie Masłoński zdał relację, że  aczkolwiek w pierwszych dniach ruch robotniczy w Łodzi miał cechy  rewolucyjne i klasowe, to jednak skutkiem prowokacji władz przerodził  się w rozruchy antysemickie i łobuzerskie - i radził strajku nie  ogłaszać. Tak też zrobiono.
Wkrótce musiał Masłoński wyjechać z Zawiercia. Przez pewien czas  pracował w Markach pod Warszawą, gdzie zorganizował strajk, opisany  przez niego w pierwszym numerze andbdquo;Robotnikaandrdquo;. /.../

Po wyjeździe Masłońskiego pozostali towarzysze zawierciańscy pracowali  dalej energicznie i ich to dziełem był w latach następnych cały szereg  strajków i wystąpień rewolucyjnych na terenie Zawiercia. Pierwszy  zbiorowy i silny atak do twierdzy kapitału został dokonany przez  robotników Zawiercia w roku 1894; 8 marca w Tow. Akcyjnym wybuchł  pierwszy wielki strajk. Pracowało wtedy w tej fabryce 5000 robotników.  Zarobki wynosiły od 45 do 55 kopiejek za dniówkę. andOacute;smego, jak zwykle,  nastąpiła wypłata tygodniowa, ale wypłacono nie od sztuki, lecz od  arszyna (dawna miara rosyjska), co obniżyło zarobek tygodniowy tkacza o  40 do 50 kop. Jednocześnie robotnicy dowiedzieli się, że urzędnicy  biurowi otrzymają 10 000 rubli gratyfikacji. To przepełniło czarę  goryczy robotników.

Pierwsi opuścili pracę tkacze ze starej tkalni, za tym przykładem poszła  blichownia i inne oddziały, na drugi dzień pracowała już mała garstka, a  na trzeci dzień w fabryce już było cicho.

Natychmiast puszczono w ruch całą maszynerię administracyjno-policyjną,  wyrażającą się w namowach ze strony administracji, naczelnika powiatu,  inspekcji fabrycznej, wreszcie w groźbach w rozklejonych ogłoszeniach  gubernatora Millera, który zjechał do Zawiercia. Pomimo to robotnicy  trzymali się dzielnie. Spokój i porządek zachowywali wzorowy.

W siódmym dniu strajku przybył z Warszawy członek zarządu głównego i  ogłosił publicznie, że fabryka daje robotnikom 30 tysięcy rubli zapomogi  jednorazowo (co na każdego wypadało od 5 do 7 rubli, a więc równało się  płacy dwutygodniowej), zapłaci za dni strajku, ofiaruje 10 tys. rb. na  kościół, oraz obiecuje zająć się rozpatrzeniem położenia robotników w  niektórych oddziałach. Wobec tego robotnicy powrócili do pracy, a  tymczasem zarząd fabryki ani myślał o dotrzymaniu obietnicy. Toteż 12  kwietnia zjawiły się na parkanach Zawiercia nieliczne kartki pisane tej  treści:
andbdquo;Bracia robotnicy, jutro rzucamy robotę, aby upomnieć się o swe prawaandrdquo;.

I nazajutrz nie było w fabryce ani jednego robotnika. Tym razem zarząd  fabryki i władze rozwinęły olbrzymie represje.

Przybył gubernator Miller i oświadczył, że dopóki strajk trwa, on na  żadne ustępstwa nie pozwoli i dziesięciu robotników, którzy z nim  rozmawiali i nie zgadzali się z jego argumentami, kazał natychmiast  aresztować.

Zarząd rozlepił ogłoszenie, że będzie wydalał z mieszkań fabrycznych.  Sprowadzono policję i dragonów z Częstochowy. Aresztowano masowo.

Robotników, zagranicznych poddanych, wydalono z kraju po wymierzeniu im  chłosty, przy czym odstawiono ich w kajdanach do granicy pruskiej.  Miejscowych wywożono do gmin, kilkunastu odstawiono do więzienia w  Piotrkowie. Domy oddawano na pastwę żołdactwa, uciekających bito kolbami  karabinów, nahajami i prowadzono do aresztu. Na kryjących się po lasach  urządzano obławy, a schwytanych katowano w straszliwy sposób. W  areszcie strażnicy ustanawiali sąd doraźny.

Takie barbarzyństwa trwały w ciągu dwóch tygodni, lecz to nie  skutkowało. Robotnicy nie dali się sterroryzować i złamać. Aż dopiero  gdy sprowadzono łamistrajków z Wolbromia, Miechowa i dalszych okolic,  strajk został złamany. Unoszący się z komina fabrycznego dym  rozstrzygnął sprawę. Oczywiście nie wszystkich przyjęto z powrotem, a  paruset wysiedlono i wysłano z Zawiercia.

W jakiś czas po strajku zaczęto podwyższać płacę we wszystkich  oddziałach od 3 do 5 kop. na dniówkę.

Takimi ofiarami zdobywał robotnik większy kęs chleba czarnego. /.../
andbdquo;Drugie wydanieandrdquo; andbdquo;Robotnikaandrdquo;

W r. 1895 tak się stosunki w Zagłębiu rozwinęły, że nie wystarczał już  andbdquo;Robotnikandrdquo; [nielegalny organ prasowy Polskiej Partii Socjalistycznej]. 

W tym roku też zrobiono w Zagłębiu drugie wydanie nr 7 andbdquo;Robotnikaandrdquo;.  Odbyło się to w Zawierciu i w następujących okolicznościach:

Robociarzom zawierciańskim tak się rozrosły stosunki, że zabrakło im  nadesłanego nr 7 andbdquo;Robotnikaandrdquo;. Wtedy jeden z robotników T.A.Z., tow.  Michał Stefański wpadł na myśl odbicia go na litograficznych walcach,  służących do drukowania chustek, perkali itp. i rzeczywiście udało mu  się w ten sposób z jednego egzemplarza odlitografować 20 egz. a tak  udatnie, że podobno z trudem udawało się poznać, że to litografowane a  nie drukowane. Jakaś jednak kanalia doniosła o tym. Natychmiast zjechał  rotmistrz żandarmów na śledztwo, zrobiono rewizję, lecz nic nie  znaleziono. Zaaresztowano tylko robotnika Aleksandra Karasińskiego, u  którego znaleziono broszurę majową. 

Badany w sprawie odbijania andbdquo;Robotnikaandrdquo; Stefański wytłumaczył się w ten  sposób, że 1 sierpnia przyszedł do fabryki i w kieszeni swego surduta,  pozostawionego w warsztacie, znalazł zwiniętą gazetę, zapakował w nią  przyniesiony z domu chleb, a po zjedzeniu chleba, chcąc ją wygładzić,  położył między wałkami maszyny. Po wyjęciu gazety zauważył, że na wałku  odbiły się litery. Zaciekawiony tym, położył na wałek arkusz czystego  papieru i okazało się, że odbiła się na nim cała stronica, a robotnik  Antoni Ludwig również dla próby odbił jeszcze raz tę stronicę.

Żandarm odjechał w przekonaniu, że był to fałszywy andbdquo;donosandrdquo;. /.../
Strajk powszechny [w 1905 r.]

W Zawierciu również strajk powszechny. Zawierciański Komitet Robotniczy  PPS wydał następującą, dość andbdquo;serdecznąandrdquo;, odezwę:

andbdquo;Towarzysze i Towarzyszki!
Podczas kiedy my wytężamy swe siły przeciwko uciskowi carskiemu i  kapitalistycznemu, różni ludzie złej woli będą chcieli skorzystać z  sytuacji i wyzyskać ją dla swych niegodnych celów.
1)    Uważamy więc za obowiązek uprzedzić, że schwytani na kradzieży i  gwałcie prywatnej własności tak chrześcijańskiej jak i żydowskiej będą  przez nas ukarani doraźnie.
2)    Pijanym sypać się będzie po 20 kijów i odprowadzać do domów.
3)    Wszczynających między sobą bójki też spotka kara.
4)    O spokoju, godności i stanowczości pamiętajmy, kochani towarzysze,  bo tylko wtedy nasze żądania będą urzeczywistnioneandrdquo;.

Dalej idzie spis tych żądań.
W całym Zagłębiu groza strajku powszechnego objawiła się w całym  majestacie, napełniając przerażeniem burżuazję i władzę carską. Na  ulicach tysiące robotników, a oczy błyszczą jak gwiazdy, na ustach  uśmiech wesoły, a w sercach poczucie siły i mocy spiętej klamrą  braterskiej solidarności. /.../

W Zawierciu również odbywały się wielkie zgromadzenia, a przemówienia  mówców zgromadzeni przyjmowali okrzykami: andbdquo;Niech żyje niepodległość!andrdquo;,  andbdquo;Precz z najazdem!andrdquo; itp. 
Z Zawiercia organizacja wysłała 50 robotników do Poręby, gdzie ci  zatrzymali fabrykę; drugą delegację 6 lutego wysłano do Myszkowa i tu  robotnicy zaraz zastrajkowali. /.../
Zawiercie

Organizacja zawierciańska od samego założenia była bardzo ruchliwa, a  robotnicy brali wybitny udział w ruchu.

Komitet, który od 1905 r. kierował wystąpieniami robotników, akcjami  rewolucyjnymi i oddziaływał na okoliczne wsie, stanowili: Welcel  Stanisław, Zieliński Bolesław, Kluszczyński Wacław, Sziber Roman, Lejman  Leon, Kluczewski Kazimierz, Różalski, Koźmian Maciej i Szmidt.
Organizacja bojowa [PPS]

Organizacja bojowa w Zawierciu powstała z tzw. Samoobrony Robotniczej,  organizacji powstałej samorzutnie zaraz po 1904 roku, a mającej na celu  obronę robotników i robotnic przed majstrami, którzy robotników  traktowali jak ekonomi pańszczyźniani, a robotnice, młode nieraz  dziewczęta, zmuszali do posłuszeństwa dla siebie.

Z tej to andbdquo;Samoobronyandrdquo; powstała pierwsza andbdquo;piątkaandrdquo; bojowa, do której  weszli: Zieliński B., St. Szmigiel, St. Łukasik, Wł. Klin i M.  Skowroński. 

Wkrótce powstały tu trzy andbdquo;szóstkiandrdquo; i pierwszym czynem bojówki była  sławna w całej Polsce bitwa z kozakami i policją pod fabryką  Huldczyńskiego. Oto pewnego dnia 1905 r. zjawili się żandarmi w fabryce i  chcieli zaaresztować członka PPS - Dziedzica Michała. Robotnicy nie  dopuścili do aresztowania i groźną postawą zmusili żandarmów do  wycofania się z fabryki. Wtedy sprowadzono szwadron kozaków i oddział  policji. Ale bojowcy już się też zmobilizowali i gdy nadjechali kozacy,  dano do nich kilka salw rewolwerowych. Kozacy w popłochu wpadli z końmi  na górę roztopionej szlaki z pieców. Jednocześnie uderzono na alarm.  Bito w dzwony kościelne, a syreny fabryczne i gwizdki parowozów przez  kilkanaście minut pruły powietrze. Kozacy cofnęli się, pozostawiając  siedmiu zabitych i wiele koni rannych w rozżarzonej szlace. W parę  godzin potem zostało na ulicach aresztowanych kilkunastu robotników,  między nimi i bojowiec Leopold Kulik, biorący udział w tej bitwie.  Robotnicy i Kulik byli aresztowani i zbici strasznie przez kozaków,  którym przewodniczył strażnik Otrębski.

Następnym czynem bojowej organizacji w Zawierciu było zabranie  paszportów w gminie Mrzygłód. Wójt, jak również i pisarz bez żadnego  oporu wydali bojowcom wszystkie posiadane paszporty. Podobne wyprawy  organizacja bojowa urządziła na gminy Włodowice, Poręba i Kromołów.

Wobec prześladowań ze strony moskiewskich siepaczy po pierwszych  wystąpieniach został zabity w andbdquo;krwawą środęandrdquo; strażnik Kozłow, za którego  niewinnie powieszono w Cytadeli w Warszawie Ziernickiego. Na Starym  Rynku padł strażnik z Sosnowca, za którym przybył bojowiec z Sosnowca i  który go zabił. (Nazwisko strażnika, jak również i bojowca nieznane).  Wkrótce padł zabity strażnik Gawłowski, na ulicy Marszałkowskiej,  wachmistrz na ulicy Aptecznej i szpicel Pudło; obok fabryki Weitzena  dokonano zamachu na patrol kozacki.
Wyprawa na monopole rok 1907

Wybrano do tego jeden dzień, w którym dokonano jednocześnie pogromu  monopoli: w Ogrodzieńcu, Porębie i Włodowicach. W Ogrodzieńcu udało się  wykonać bez rozlewu krwi, w Porębie po skończonej robocie zjawili się  kozacy i w potyczce z bojowcami zabito jednego kozaka, po czym bojówka w  należytym porządku powróciła do domu. Natomiast we Włodowicach stało  się inaczej. Po rozbiciu monopolu, podczas odwrotu, oddział został  zaatakowany przez tłum chłopów. Dowodzący bojówką instruktor Kwapiński  Jan, pragnąc uniknąć rozlewu krwi - kazał bojowcom uchodzić, a sam  próbował powstrzymać chłopów, tłumacząc im cele walki rewolucyjnej,  wskutek tego stracił kontakt z oddziałem, zaś chłopstwo podjudzane przez  policję i miejscowego karczmarza, rzuciło się na osamotnionego i  niemiłoandnot;siernie pobiło, po czym na wpół żyandnot;wego policja przywiozła do  szpiandnot;tala w Zawierciu.
W wymienionych akcjach brał udział Welcel Stanisław, działacz  przedrewolucyjny, organizator i instruktor Organizacji Bojowej; Kuandnot;lik  Leopold, Wróblewski Franciandnot;szek, Fohtman, zginął w Turhańsku, Pękalski -  nie żyje, Dziedzic, Pleban, Bereza, Bazgier, Korzec Stanisław, Czerwik,  Malanowski, walcerz z fabryki Huldczyńskiego, Szmigiel, Grabara,  Janikowski, Daandnot;nek, Zieliński Bolesław, Szmigiel Stanisław, Klin  Władysław, Łukasik Stanisław, Skowroński Mieczysław, i wielu innych,  których nazwiska trudno ustalić.

Stanisław Andrzej Radek 

Powyższy tekst to wybrane fragmenty książki Stanisława Andrzeja Radka  pt. andbdquo;Rewolucja w Zagłębiu Dąbrowskim. 1894 - 1905 - 1914andrdquo;. Książka  ukazała się jako wydawnictwo Oddziału Stowarzyszenia Byłych Więźniów  Politycznych, Sosnowiec 1929. Opisuje działalność lewicową w tym  regionie, szczególnie niepodległościowy nurt socjalizmu w postaci  Polskiej Partii Socjalistycznej (później, po rozłamie, PPS - Frakcja  Rewolucyjna). Autor książki był aktywnym działaczem tego ugrupowania w  Zagłębiu, więc wiele opisywanych zdarzeń zna z własnych obserwacji.  Zaletą książki jest to, że w przeciwieństwie do późniejszych wydawnictw,  z okresu PRL-u, nie umniejsza roli PPS-u i niepodległościowego nurtu  socjalizmu. Z książki wybrano wszystkie większe fragmenty poświęcone  Zawierciu, pomijając jedynie drobne wzmianki. Poprawiono pisownię wedle  obecnych reguł, wybrany fragment opatrzono nowym tytułem (śródtytuły  zachowano oryginalne). 

Opracowanie całości: 
Remigiusz Okraska</description>
        </item><item>
        <title>Ankieta</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/ankieta</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Początki budownictwa mieszkaniowego w Zawierciu</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/poczatki_budownictwa_mieszkaniowego_w_zawierciu</link>
        <description>

1878 r. - w czerwcu i lipcu zarząd TAZ Zawiercie podjął rozmowy w sprawie nabycia gruntów pod budownictwo mieszkaniowe.
1879 r. - Zarząd TAZ nabył nieruchomości za 8700 rubli od bankiera Zygmunta Pringsheima na podstawie aktu notarialnego z dnia 23 lipca spisanego 4 sierpnia przez notariusza Józefa Zborowskirgo w Częstochowie.W pierwszej fazie budowy wytyczono trzy równoległe aleje: Pierwsza Aleja (Fabryczna), Druga Aleja (Konopacka), Trzecia Aleja (F. Szymańskiego). Osiedle powstało na terenie znajdującym się na wschód od fabryki, lini kolejowej i lasów - dóbr Poręby Mrzygłodzkiej. Na północy graniczyło z dobrami prywatnymi Kromołów, od południa i zachodu oddzielone było podmokłymi terenami rozlewiska Warty od obszaru Zawiercie Małe.
1880 r. - przystąpiono do budowy domów mieszkalnych dla urzędników i robotników. 1 sierpnia 1898 r. na posiedzeniu Zarządu postanowiono, że budowa domów mieszkalnych na nowo zakupionych gruntach ma nastąpić z rozdziałem na regularne ulice i place wg planów zatwierdzonych przez zarząd z pozostawieniem przy każdym domu przestrzeni na podwórko lub zabudowania gospodarcze. W ten sposób zapoczątkowano budowę osiedla robotniczego TAZ.
1894 r. - wybudowano 53 domy murowane i 14 drewnianych. Do 1897 r. wybudowano 3 domy murowane i 2 drewniane. W latach 1908-1910 wybudowano domy położone we wschodniej części osiedla koło Domu Ludowego. Osiedle Taz posiadało obok domów mieszkalnych inne budynki funkcjonalne, m.in. willę dyrektora TAZ z ogrodem, domkiem ogrodnika, oranżerią, stajnią, wozownią i garażem; dom lekarza z gabinetem przyjęć, ochronkę (przedszkole), Resursę, piekarnię, pralnię, pokoje gościnne, szpital.
1906 r. - przystąpiono do budowy szkoły, łaźni i Domu Ludowego. W osiedlu znajdowały się dwa kościoły: kościół św. Ap. Piotra i Pawła (1903 r) i kościół ewangelicko -augsburski. Starania o wybudowanie kościoła ewangelicko-augsburskiego rozpoczęto 17 października 1888 r. Grunt o pow. 50 prętów kwadratowych (ok. 2000 metrów) podarował Fryderyk Munch w 1982 r. przy ul. Łośnickiej. Dnia 29 października 1899 r. gmina ewangelicka w Zawierciu obchodziła uroczystość oddania do użytku tej świątyni

W celu zintegrowania kadry pracowniczej z konkretną firmą właściciele przedsiębiorstw przemysłowych budowali mieszkania. W ten sposób w Zawierciu rozwinęło się budownictwo patronalne - familijne. Taką formę budownictwa prowadziły: Towarzystwo Akcyjne Zawierciem Towarzystwo Akcyjne Reich i Ska oraz częściowo Towarzystwo Sosnowieckich Fabryk Rur i Żelaza - firma Huldczyński
</description>
        </item><item>
        <title>Zawierciańskie kościoły</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/zawiercianskie_koscioly</link>
        <description></description>
        </item><item>
        <title>Historia Stefana Gostkowskiego - lotnika w czasie II wojny światowej</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/ltniku</link>
        <description>Podręczniki do historii często milczą o losach tych, którzy  naprawdę tworzyli dzieje. Nie mówię tu o znanych postaciach, których  biografie każdy znajdzie w almanachach i leksykonach, lecz o prostych  ludziach, skazanych na zapomnienie.

Pragnę przedstawić życiorys kogoś, o kim mieszkańcy Zawiercia zapewne  nic nie wiedzą, a jest to postać godna uwagi. Pilot myśliwców w czasie  II wojny światowej, podczas wojennej zawieruchy przewędrował całą  Europę. Stale w pogoni za bronią, chciał walczyć o wolną ojczyznę.
Jak rozwinął skrzydła

Porucznik Stefan Gostkowski urodził się w 1916 r. w Zawierciu. Służbę  wojskową odbył w Krakowie w 1938 r. Przeszedł również półroczny kurs  mechanika samolotowego w Dęblinie, po dziś dzień najlepszej jednostce  szkolącej lotników.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej, 31 sierpnia 1939 r., znajdował  się na lotnisku pomocniczym Wesoła k. Radomia. Latał wówczas na  samolotach andbdquo;Karaśandrdquo;, polskich lekkich bombowcach rozpoznawczych, Anglikom  znanych jako andbdquo;Wellingtonyandrdquo;. Został przydzielony do 2 Pułku Lotniczego  Kraków Rakowice, II Dywizjonu Bombowego lekkiego 22 Eskadry Bombowej.  Jego zadaniem miała być walka z Niemcami nad Częstochową. 

3 września1939 roku 21 i 22 eskadra wyszukiwały i niszczyły na drogach  wokół Radomska czołgi niemieckie 1 i 4 Dywizji Pancernej. Odbyli dwa  naloty, stracili 6 samolotów. W rejonie Radomska niemieckie dywizje  pancerne straciły 30% poważnie uszkodzonych i zniszczonych czołgów. Na  jeden dzień zostały zablokowane dostawy amunicji i paliwa dla Niemców.

Gdy 17 września 1939 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, Gostkowski  dostał rozkaz przedostania się na wschód. Nad Bugiem jego samolot został  jednak zestrzelony.


Na wojennym szlaku
Nie zdołano go pojmać do niewoli radzieckiej. Wyskoczył bowiem z  samochodu transportowego i przedarł się do Rumunii razem ze swoim  przyjacielem Józefem Galją, mieszkańcem Śląska. 19 września dostali się  do obozu w małej letniskowej miejscowości Kampluruku, lecz stamtąd  uciekli do Bukaresztu.

Droga nie była łatwa. Na szczęście udało im się zatrzymać w domu bliżej  nieznanego oficera Białej Gwardii. Mieszkali tam z jego żoną i dwójką  dorastających córek przez ponad dwa tygodnie. W stolicy Rumunii znaleźli  polską ambasadę i tam dostali pieniądze na podróż do Francji.  Oczywiście podróżowali pod innymi nazwiskami, pod pretekstem  poszukiwania pracy. Bilety oraz cywilne ubrania dostali dzięki  życzliwości żony wspomnianego oficera.

Niestety problemy zaczęły się na granicy jugosłowiańskiej. Tam zostali  zamknięci przez żołnierzy w ciemnicy. Dopiero interwencja polskiej  ambasady sprawiła, że uwolniono ich. 

Kolejnym przystankiem na drodze Stefana Gostkowskiego i Józefa Galji  były Włochy. Jednak we Włoszech nie chciano Polaków ani uzbroić, ani  umundurować. Skierowano ich natomiast do Francji, do Lyonu przez Paryż. 

W grudniu 1939 r. francuskie Ministerstwo Lotnictwa zezwoliło na  zorganizowanie czterech polskich dywizjonów myśliwskich. III Dywizjon  Myśliwski Dębliński był jedynym sformowanym we Francji. Stacjonował na  lotnisku Bron pod Lyonem. W kwietniu 1940 r. został przemianowany na GC  I/145 Polski Dywizjon Myśliwski Warszawski, powołany do obrony Lyonu.
We Francji

Polska formacja lotnicza była tworzona we Francji przez Anglików.  Zabierali oni ze sobą na wyspy lotników, radiooperatorów i mechaników,  ale tylko tych, którzy latali bombowcami. Nasi bohaterowie dostali się  jednak do Anglii dzięki dobrej znajomości Wellingtonów.

 

Po obowiązkowej procedurze, grupa 120 Polaków została  przewieziona samochodami do portu węglowego, a stamtąd  przetransportowano ich do Brytanii.

Na Wyspach

Stefan Gostkowski wraz ze swoimi towarzyszami trafili do portu Chatham,  nieopodal Londynu. Zostali tam umundurowani i odpoczywali przez tydzień.  Kolejnym etapem podróży było Blackpool, położone w północno-zachodniej  Anglii nad Morzem Irlandzkim. Wówczas miasto to miało, według wspomnień  pana Stefana, około 50 tys. mieszkańców. Odpoczywali tam przez miesiąc,  mieszkali w hotelu. Spośród kolegów Stefan Gostkowski wspomina  Kazimierza Kapę, Stanisława Skrzypca i Tadeusza Nowaka. Uczyli się  języka angielskiego, grali w piłkę nie gorzej od angielskich kolegów, a  także jeździli na łyżwach. Swoimi umiejętnościami i sprawnością  zawstydzali często gospodarzy. 

Stamtąd przeniesieni zostali do miejscowości Ipswich. Tam chodzili na  kolejne wykłady z języka angielskiego. Polskie Orły uczyły się latać  szykami na dwumotorowych samolotach Wellington. 

W Ipswich 29 sierpnia 1940 r. powstał 305 Dywizjon Bombowy im. Marszałka  Józefa Piłsudskiego. Dywizjon uzyskał gotowość bojową 24 kwietnia 1941  r. Polscy lotnicy otrzymali nowe mundury i latali nad Francją i  Niemcami. Odbywali loty bojowe nad Rotterdam oraz Emden. Pierwsze naloty  na Berlin wykonali w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. Natomiast z 30 na  31 kwietnia 1942 r. dokonali pierwszego tysiącsamolotowego nalotu na  Niemcy nad Kolonią. Następny odbył się nad Essen kolejnej nocy, zaś nocą  z 2 na 3 maja 1942 r. miał miejsce ostatni lot bojowy oraz loty  minowania wód przybrzeżnych. 

305 Dywizjon Bombowy istniał przez trzy i pół roku, aż został rozwiązany  przez króla Jerzego VI ze względu na brak maszyn. Z pomocą lotnikom  przybył jednak brat króla, który pod Londynem uformował 23 marca 1943  roku 318 Dywizjon Myśliwsko-Rozpoznawczy, samodzielną jednostkę do  współpracy z artylerią polską na Bliskim Wschodzie. Dywizjon został  posłany do Egiptu.

Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, Stefan Gostkowski wraz z kolegą  Stanisławem Śmiłkiem, dokonali heroicznego czynu. 2 sierpnia 1943 r.  byli świadkami rozbicia się samolotu. Pobiegli na miejsce katastrofy i  wyciągnęli z kabiny pilota, którym był Polak, kpt. Jan Narewski, pilot  318 Dywizjonu Myśliwskiego eskadry B. Po tym jak udzielili koledze  niezbędnej pomocy, nawet nie zwrócili uwagi na własne zakrwawione  ubrania. Dopiero angielski kolega uprzytomnił to panu Gostkowskiemu,  pytając, czemu ma zakrwawioną twarz.
 Epizod na Czarnym Lądzie

W Egipcie lotnicy stacjonowali w miejscowości Barra, zimowali zaś w  Ankonie. 14 września 1943 r. 318 Dywizjon Myśliwsko-Rozpoznawczy wszedł w  skład 1 TAF (Pierwszego Lotnictwa Taktyczno-Powietrznego Sił Pustyni).  Stefan Gostkowski brał udział w walkach, w których uczestniczyły również  amerykańskie Superfortece. Poznał tam Edwarda Bebłota, który później  wyciągnie ku niemu pomocną dłoń, już po zakończeniu zmagań wojennych.  Wiosną 1944 r. przebazowuje się do Włoch. 

1 maja tego roku osiąga gotowość bojową w składzie 285 dywizjonu  rozpoznawczego. Latał w czasie nalotów nad rzeką Po (Pad) we Włoszech.  Jednak po zakończonych zmaganiach zostali zostawieni przez Anglików w  okupowanych Włoszech. Nikt nie zabrał ich z powrotem do Brytanii. Wojsko  amerykańskie proponowało nawet, aby polscy lotnicy wzięli udział w  walkach z Japończykami, jednak oni nie zgodzili się.

Ostatecznie przez Włochy i Francję dotarli z powrotem do Anglii.


Przywitanie wśród andbdquo;Aliantówandrdquo;
Kiedy już pojawili się na lotnisku, zdziwili się, że nie witał ich  żaden lotnik. Ktoś tylko rzucił im, że już na pewno nie spotkają swoich.  Miał sporo racji. Anglicy przestali szanować wiernych polskich  towarzyszy broni. Brytyjski chorąży chciał ich zgarnąć do pracy w  kuchni. Oczywiście Polacy zbuntowali się. Jako podoficerowie, uznawali  za hańbę pracę przy obieraniu ziemniaków! Za niewykonanie rozkazu groził  jednak pluton egzekucyjny, a w najlepszym razie 2 lata więzienia. W  porę udało im się uzyskać przepustkę i wyjechać do Londynu, gdzie w  ambasadzie przedstawili swój problem. 

Podczas pobytu w angielskiej stolicy napotkali Edwarda Bebłota, tego  samego, z którym Stefan Gostkowski latał w Afryce. Zbierał on lotników,  którzy chcieli przedostać się do Polski i dalej walczyć. Nasi  bohaterowie chętnie na tę propozycję przystali. 

Kiedy powrócili z przepustki do jednostki, tamtejsze dowództwo zostało  już poinformowane o interwencji w ambasadzie. Polscy lotnicy zostali  przetransportowani do obozu w Szkocji, gdzie 8 miesięcy czekali na  wyjazd do Ojczyzny.
 W Polsce
Po wojennej tułaczce i tysiącach kilometrów podróży, Stefan  Gostkowski trafił w końcu do Polski. Niestety szybko okazało się, że  jest traktowany nie jak bohater, lecz jako wróg nowego socjalistycznego  ustroju. Został okradziony przy rewizji nawet z papierosów. 

Przybyli piloci zostali przewiezieni na Śląsk, do Tarnowskich Gór. On  przeniósł się do Zawiercia. Jego bracia zginęli w czasie wojny.  Zatrzymał się u siostry. Pracował w fabryce Erbego. Grywał też w piłkę  nożną w Warcie Zawiercie, ale był to bardzo krótki epizod. Rozegrał  zaledwie trzy spotkania. 

Przez długi czas był przez władze uważany za nieprzyjaciela i przy  każdej wizyty w urzędzie odnoszono się do niego z olbrzymią nieufnością.  Dopiero później udało mu zostać czynnym członkiem ZBOWiD-u i wieść  spokojne życie.

Dziś niewielu zna jego historię, on sam nie pamięta zbyt wielu dat, ale  pomimo podeszłego wieku jego uścisk świadczy o tym, że ciągle jest  strażnikiem nieba Rzeczypospolitej Polskiej. 

autor: Damian Domżalski

Powyższy artykuł pisałem jeszcze za życia porucznika Stefana  Gostkowskiego. Niestety zmarł on rankiem 29.05.2009 r. w Zawierciu.  Cześć Jego Pamięci.
 </description>
        </item><item>
        <title>Osiedle mieszkaniowe TAZ wraz z budynkami funkcjonalnymi.</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/osiedle_mieszkaniowe_taz_wraz_z_budynkami_funkcjonalnymi</link>
        <description>

Osiedle TAZ
Osiedle TAZ posiadało obok domów mieszkalnych inne budynki funkcjonalne. w 1881 r. wybudowano szpital na 30 miejsc prawdopodobnie przy ul. Nowofabrycznej. W 1884 r. założono dla dzieci robotników szkołę jednoklasową do której w 1890 r. uczęszczało 130 dzieci, a w 1897 r. 360 dzieci robotników. W 1885 roku utworzono ochronkę. Wybudowano także dom lekarza z gabinetem przyjęć, piekarnię, pralnię. W 1889 r. został wybudowany przy ul. Fabrycznej budynek nazwany później Resursą. W 1906 roku przystąpiono so budowy szkoły i łaźni. W latach 1908-1910 wybudowano domy położone we wschodniej części osiedla koło Domu Ludowego, który został oddany do użytku około 1912 r. Około 1938 r. TAZ miało 80 domów z 867 mieszkaniami.
Resursa
Klub towarzyski (kupców, obywateli ziemskich itp.); lokal takiego klubu. (Etym. - nm. Ressource 'jw.' z fr. ressources 'środki; zasoby (pieniężne)')
Przy ul. Fabrycznej w budynku TAZ otwarto w 1901 r. Resursę pracowników oficjalistów TAZ. w 1902 r. odbyło się pierwsze posiedzenie założycieli Resursy. Na członków Resursy Obywatelskiej mogły wpisywać się i współpracować inn

e fabryki w Zawierciu. Zarząd Resursy miał 16 członków. Po założeniu Resursy jej prezesem był inż. Stanisław Szymański, a członkami Bolesław Szulc, Aleksander Radzikowski, Michał Terech, inż. Stanisław Szymanowski, Józef Brzeziński, inż. Ignacy Maciejewski. W budynku Resursy w
okresie okupacji hitlerowskiej utworzono Deutsches Haus (Dom Niemiecki), w którym toczyło się życie towarzyskie sfer niemieckich.
Pałacyk Szymańskiego
Willa dyrektora TAZ Stanisława Szymańskiego należy do układu urbanistycznego osiedla robotniczego TAZ. Autorem projektu tego budynku sporządzonego w latach 1896-97 był inżynier architekt Hugo Kuder z Warszawy. Willa była murowana z cegły na cokole z kamienia. Obok willi znajdowały się także takie zabudowania jak: domek ogrodnika, oranżeria, stajnia, wozownia, garaż. Przed fasadą budynku na początku XX w wkomponowano reprezentacyjny podjazd z owalnym gazonem. Willę otaczał park w stylu angielskim. Projekt parku powstały w pracowni warszawskiej przed 1901 r. wykorzystywał przepływającą przez teren rzekę Młynkówkę. Została przekształcona w system stawów o charakterze ozdobnym, spełniających funkcje użytkowe. Od strony południowej willi był wjazd do parku z okazałą bramą, która zniknęła po 1945 r. Po wojnie zaniedbany park został przejęty przez Skarb Państwa stając się parkiem miejskim. W 1961 r. budynek ten otrzymała Miejska Biblioteka Publiczna w Zawierciu.
Łaźnia TAZ przy ul. Kościuszki wybudowana w 1909 r.

</description>
        </item><item>
        <title>Lista ofiar zbrodni katyńskiej związanych z Zawierciem i przedwojennym powiatem zawierciańskim. Osoby zamordowane w Katyniu, Charkowie i Miednoje.</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/lista_ofiar_zbrodni_katynskiej_zwiazanych_z_zawierciem_i_przedwojennym_powiatem_zawiercianskim_odoby_zamordowane_w_katyniu_charkowie_i_miednoje</link>
        <description>
Lista ofiar zbrodni katyńskiej związanych z Zawierciem i przedwojennym powiatem zawierciańskim. Osoby zamordowane w Katyniu, Charkowie i Miednoje.
1. Kpt. Teodor DRABAREK, ur.1892-12-15 Przedecz,dr med., ordynator oddziału szpitala miejskiego w Zawierciu, radny w latach 1934-1939, 504 szp. pol. zm. 1940, Charków.
2. Mjr Rudolf GEYER, ur.1897-10-21 Ostrów,d-ca baonu ON Zawiercie, zm. 1940, Charków.
3. Ppor. Wacław HIRSZBERG, ur.1910-12-04 Zawiercie, przod. SW, 25 pp, zm. 1940, Charków
4. Ppor. Adolf MAMELOK, ur.1909-04-21 Zawiercie, lekarz med., 13 pp, zm. 1940, Charków.
5. Por. sap. Stefan MILIŃSKI ur. 13.02.1910 r Włodowice, urzędnik, kier fmy andbdquo;Auto-Oponaandrdquo;
zm 1940 r. Charków.
6. Mjr Stanisław TARGOWSKI, ur.1893-04-27 Zawiercie, wojsk. zakład zaop. inż., zm. 1940, Charków
7. Ppor. Marian Antoni BELICZYŃSKI, ur.1902-06-23 Michałówka pow. grójecki, urzędnik, 75 pp, zm. 1940, Katyń
8. Ppor. Stanisław BIEŃKOWSKI, ur.1902-04-13 Zawiercie, nauczyciel, 75 pp, zm. 1940, Katyń
9. Ppor. Aleksander CZEKAJ, ur.1910-12-05 Zawiercie, ekonomista, 69 pp, zm. 1940, Katyń
10. Ppor. Jan GUBAŁA, ur. 1907-06-09 Sosnowiec, nauczyciel w Zawierciu, 74 pp, zm. 1940, Katyń
11. Mjr Dawid JURKOWICZ ur. 19 IV 1885 Haverstraw w USA , lekarz w Wysokiej i Zawierciu, zm. 1940 r. Katyń.
12. Ppor. Franciszek KAWCZAK, ur. 1905-06-15 Osiek woj. krakowskie, nauczyciel w Zawierciu, 4 psp, zm. 1940, Katyń
13. Por. Franciszek KOCELA, ur.1908-05-21 Zawiercie, nauczyciel, 16 pp, zm. 1940, Katyń
14. Por Stefan KUCZYŃSKI ur. 3-07-1899 r w Krakowie, kier biura zarządy Towarzystwa Akcyjnegoandrdquo; Zawiercieandrdquo; w Warszawie, zm 1940 r. w Katyniu
15. Ppor Henryk NOSZCZYK ur.6-07-1896 Żarki, adiunkt kliniki UW , zm. 1940 r Katyń
16. Ppor Władysław PITEK ur. 15-08-1898 r w Sosnowcu, nauczyciel szkoły powszechnej w Niegowej, zm. 1940 r. Katyń
17. Chor. Edward PTASZYŃSKI, ur.1895-01-01 Zawiercie,23 pp, zm. 1940, Katyń
18. Ppor. . Eustachy SERKES ur. 1901 Lwów ,nauczyciel w Zawierciu, zm. 1940 r. Katyń
19. Ppor. Antoni SULARZ, ur.1901-10-23 Stara Huta pow. będziński, nauczyciel w Kromołowie, 27 pp, zm. 1940,Katyń
20. Por. Stanisław TUORA, ur. 1903-10-31 Zawiercie, lekarz, 5 szp. okr., zm. 1940, Katyń
21. Por. Feliks WCISŁO, ur. 1902-01-03 Kromołów pow. będziński,urzędnik, 6 baon sap., zm. 1940, Katyń
22. Kpt. Bolesław WIZOR ur. 18-03-1905 r w Chruszczobrodzie,wiceprokurat. wojsk, zm 1940 r. Katyń
23. Ppor. Eugeniusz WOŹNIAK ur.2-05-1913 r w Wadowicach, nauczyciel w Żelisławicach ( Siewierz) zm. 1940 r Katyń
24. Ppor. Zygmunt Woźniak ur.4-11-1905 r w Brzostku, nauczyciel w Żarkach, zm 1940 r. Katyń
25. St. post. Julian Adam ADAMCZYK, ur. 1894 Lubień, PP Zawiercie 1937 r., zm. 1940, Miednoje
26. Post. Marian BINKIEWICZ, ur. 1910-06-11 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
27. St. przod. Aleksander CHWALBIŃSKI, ur. 1890-08-19 Zawiercie,
PP, zm. 1940, Miednoje

28. St. post. Józef CERAJEWSKI, ur. 1901-03-13 Sędziny,PP, zm. 1940, Miednoje.
29. Post. Marian Andrzej CZARNECKI, ur. 1906 Zawiercie,PP Zawiercie 1939 r., zm. 1940, Miednoje
30. St. post. Bronisław DOMAGAŁA, ur. 1909-10 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
31. St. post. Jan DZIĘBOR, ur.1899-12-13 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
32. Przod. Dominik DUDEK ur w 1913 r w Włodowicach, w 1939 PP Koziegłowy, zm. 1940 r Koziegłowy
33. Przod Marek DUDEK ur. 17-03-1899 r. w Jeziorowcach. W PP Zawiercie do 1930r. , z. 1940 r Miednoje
34. St. przod. Zygmunt Jan FIJOŁEK, ur. 1899-06-14 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
35. Przod. Wacław GORGOŃ, ur. 1899-09 Sosnowiec, PP, zm. 1940, Miednoje
36. Post Józef GOSIŃSKI ur. W 1899 r. Parzęczew, PP Zawiercie w 1939 r., zm. 1940 r. Miednoje
37. St. post. Józef GRZEBIELUCH ur. 14-03-1890 r Ogrodzieniec, PP pow. Będziński, zm. 1940 r. Miednoje
38. Post. Ignacy GZIEŁO, ur.1891-10-13 Kromołów, PP, zm. 1940, Miednoje
39. Józef HYLA, ur, 23-01-1901 Myszków i tam zamieszkały, we wrześniu 19839 r w żandarmerii wojskowej,z.1940r. Miednoje
40. Post. Stanisław IŁCZYK, ur. 1907 Zawiercie, PP w Warszawie, zm. 1940, Miednoje.
41. Post. Antoni Janoska ur. 19.01.1905 r. Nowa Wieś koło Żarek, PP Klimontów, zm. 4-5.04.1940 r. Twer, Miednoje, od 2007 r. aspirant PP,
42. Przod. Stanisław JANOSKA, ur. 1896-10-13 Włodowice, PP( Zawiercie 1939), zm. 1940, Miednoje
43. St. przod. Antoni KĘDZIOR, ur. 1894-12-14, nieznane, PP( Zawiercie 1935) , zm. 1940, Miednoje
44. Przod. Walenty KISLINGER ur. 05-02-1893 r Zawiercie, pełnił służbę na kresach wschodnich, zm 1940r. Miednoje
45. Post. Jan KOWALCZYK, ur. 1908-05-25 Zawiercie,PP Pruszków, zm. 1940, Miednoje
46. Przod . Wit KOPEĆ ur.18-05-1902 r. Kidów, służył w policji na kresach wschodnich, zm. 1940 r. Miednoje
47. St straż więzien. Jan KOZŁOWSKI ur. 11-08-1904 r Zawiercie. Pracował w Sieradzu, zm 1940 r. Miednoje
48. Post. Roman KRUPA, ur. 1909-01-10 Zawiercie, PP Irządze 1939 r., zm. 1940, Miednoje
49. St. post. Emil KURPIELA, ur. 1890-09-01 Kromołów, PWŚl., zm. 1940, Miednoje
50. Przod. Marian KURSA, ur. w 1896 r, od 1936 r PP Koziegłowy, zm. 1940 r. Miednoje
51. Przod. Józef LEDECKI, ur. 1901-02-21 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
52. Przod. Wincenty LIPKA ur. w 1898 r. w Ogrodzieńcu, PP Częstochowa. Z. 1940 r. Miednoje
53. St. post. Jan NOWAK ur. 20-07-1899 Udorze, pełnił służbę w Zawierciu i Irządzach. Zm. 1940 r. Miednoje
54. Post. Ryszard MASŁOWSKI, ur.1909-04-03 Wilno,PP, zm. 1940, Miednoje
55. St. post. Józef MARSZAŁEK, ur.1905-03-17 Zawiercie,PP, zm. 1940, Miednoje
56. Post. Bronisław MILEJSKI, ur.1911-08-21, Siadcza, PP Zawiercie ok. 1933 r, zm. 1940, Miednoje
57. Post. Michał MORAWIEC, ur.1902-05-26 Zawiercie, PWŚl., zm. 1940, Miednoje
58. St. post. Pałka Stanisław ur. w 1902 r. Zawiercie, zm.1940 Miednoje
59. St. Post Stanisław NOCOŃ ur 18-04-1892 w Łobzowie , w 1939 r. post w Ogrodzieńcu, z. 1940 r. Miednoje
60. Post. Julian PARDELA, ur.1909-09-13 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
61. Przod. Leon Lucjan PLUTECKI, ur.1897-11-01 Szczodrkowice, PP Zawiercie(1928r), zm. 1940, Miednoje
62. St. post. Leon SARNIAK, ur.1903 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
63. Post. Jan SKWAREK, ur.1902-03-27 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
64. Przod. Roman STOLARSKI, ur.1898-12-27 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
65. Przod . Jan SUCHAN ur. 27-11-1904 r. Częstochowa, pełnił służbę w pow zawierciańskim -Żarki, zm 1940.r Miednoje
66. St. post. Jan SZYDŁO, ur.1889-10-20 Ożarów, PP Zawiercie i Niegowa, zm. 1940, Miednoje
67. Post. Edward Franciszek WALCZAK, ur.1911-10-04 Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
68. Post. Józef WandOacute;JCICKI, ur.1901, Zawiercie, PP, zm. 1940, Miednoje
69. Post. Lucjan ZAJDEL ur. W 1907 r. w Zawierciu. Pełnił służbę w woj. Wołyńskim z. 1940 r Miednoje
70. Przod. Adolf ZYGMAŃSKI, ur. 1896-02-10 Kromołów, SW, zm. 1940, Miednoje
71. Ppor. Jerzy Jan BURDZIŃSKI, ur.1910-06-11 Poręba pow. zawierciański,
nauczyciel, 45 pp, zm. 1940, Katyń
Listę sporządził Zdzisław Kluźniak
 




</description>
        </item><item>
        <title>Pamiętnik Andrzeja Będora - bezrobotnego z Zawiercia (rok 1932)</title>
        <link>http://www.dawne-zawiercie.pl/pamietnik_bezrobotnego_z_zawiercia_rok_1932</link>
        <description>Bezrobotnym zostałem w maju 1925 roku. Pracę, jaką otrzymywałem w międzyczasie, można nazwać wyrobieniem 20 tygodni na zasiłek. Mam lat 34. Samotny. Wykształcenie domowe, pracuję jako robotnik niewykwalifikowany. W 1913 roku wstąpiłem na tak zwany rynek pracy, zmuszony rozpocząć na swe utrzymanie myśleć samodzielnie. Gdyż pracująca matka-wdowa - nie mogła wyżywić nas trojga, tym bardziej  myśleć o wykształceniu dla mnie.
Płaca moja zostawała regulowana według przyjętych norm, popyt-podaż. W roku 1925 przy tak zwanej reorganizacji pracy - zostaje matka zredukowaną. Matka, siostra nie pracowały nigdzie - tym samym spadają na utrzymanie moje. Nieuregulowanie zaopatrzenia na starość spada całym ciężarem na siły młodsze - uwalniając dyrekcje fabryk od jakiegokolwiek troszczenia się o wypracowanych robotników, jak również nie pozwala na odpływanie normalnie starych robotników a zatrudnienie młodszych. Kwestia ta winna być jak najprędzej uregulowana.
Jak zaznaczyłem, redukcji uległem w 1925 r. Był to okres po zamianie marki na złote - i wprowadzeniu automatycznej podwyżki płac. Zarobki z tego tytułu były niezłe, praca trwała wszystkie dni, często pracując godziny nadliczbowe. Z zarobków, czyli z czasów tych - rozporządzałem trzema parami kamaszy - zapasowym ubraniem. Istniało kupno na tak zwane lichwiarskie raty - lecz z wypłatą trza było uciekać! Redukcją tą nie przejmowałem się bardzo.
Zasiłek wynosił mój 10 zł tygodniowo. Matka pobierała osobno. Równocześnie po otrzymaniu 13 ustawowych okresów - pobieraliśmy dalszą - z akcji doraźnej - bez ograniczenia. Staranie o pracę, wynoszącą 14-18 zł tygodniowo, byłoby nonsensem - lub brać takową na tydzień, dwa. W roku 1926 poczęły obiegać pogłoski o wstrzymaniu zasiłku doraźnego samotnym, a zatrudnieniu głów domów, co i nastąpiło.
Zetknąłem się pierwszy raz z P.U.P.P. już nie celem kontroli, a faktycznie o otrzymanie pracy. Zostałem wyprowadzony bardzo prędko z błędu, gdyż P.U.P.P. pracą nie rozporządzały i do dziś dnia nie rozporządzają - poza zapotrzebowaniami na roboty miejskie, tzw. publiczne, jeszcze w ograniczonej ilości - gdyż ślusarze, stróże, dozorcy - wszystko to jest zawsze przyjmowane imiennie - zależnie od władzy, w czyich znajduje się rękach Magistrat. (Istnieje do dziś dnia).
Prywatni pracodawcy nigdy żadnych zgłoszeń nie robią - wolą mieć ludzi poleconych lub zawierać umowy, kto przyjmie za tańszą cenę. Kierownikiem P.U.P.P. był wówczas stary monopolista rosyjski, do którego mogliśmy mówić jak do obrazu o głodzie, litości. Cholery! żadnej odpowiedzi. Chcąc zmusić go do zainteresowania się nami - dostał raz w łeb obsadką, suszką, koszem do śmieci - przemówił do telefonu o przysłanie policji. Zanim tu przybyła - chętnych do pracy już nie było, byli tylko ci, co tak sobie przyszli.
Zwróciłem się do znajomego o pomoc - służy w tajnej policji obecnie - gdyż zawsze miał słabość do załatwiania tajnie we dwóch. Otrzymałem list polecający, a za nim w ślad pracę w kontroli przeprowadzanej dla bezrobotnych. Po ukończeniu tej, znowu pomoc drugiego znajomego - otrzymuję funkcję dozorcy drogowego na publicznych.
Roboty te wobec nadchodzącej zimy - kończą się. Idę z prośbą do dyrektora Pandhellip; osobiście. Pracę otrzymuję w fabryce. Po kilku miesiącach pracy na 3-4 dni w tygodniu - fabryka redukuje ostatnio przyjętych. Znowu 13 ustawowych zasiłków. Nauczony doświadczeniem otrzymania pracy przez P.U.P.P. udaję się wraz z zredukowanym robotnikiem Zandhellip; do Łaz, do Państwowej Kolei Państwowej prosić kilku drogowych - każą mi pisać prośbę lub odmawiają.
Pracę otrzymuje Zandhellip;, właściciel 6 mórg ziemi. Obecnie jeździ na towarowych pociągach koło Łodzi. Umiał trafić. Trafia się zastępstwo za idącego na ćwiczenia wojskowe - biorę, i to warunki tej pracy są ciekawe. Idący na ćwiczenia wojskowe otrzymuje należny urlop miesięczny z firmy, w której pracuje, równocześnie zostaje zwolniony z pracy i wymeldowany z Powiatowej Kasy Chorych, Ubezpieczenia Pracowników Umysłowych w Królewskiej Hucie. Ja zobowiązuję się nie mieć pretensji do niczego - pracować 6 tygodni ćwiczeń, a zapłatę otrzymam za dwa.
Będący na ćwiczeniach otrzymuje urlop - plus zapłatę za czas ćwiczeń; firma - ubezpieczenie i pracownika 4 tygodnie, ja płacę za dwa i zapomogę, którą jeszcze pobieram. Po ukończeniu zasiłku biorę czyszczenie kotła - z drugimi, firma Tartak i Młyn. Żyd wyzyskuje nas - za 4 tygodnie pracy bez ubezpieczenia - gdyż był to warunek, pod którym otrzymaliśmy pracę - płaci 60 zł. Pracowaliśmy od 6 rano do 6 wieczór.
Otrzymuję wiadomość: potrzebny człowiek do pracy, tylko bezwzględnie uczciwy. Za takiego przedstawiam siebie, gdy idzie o uzyskanie pracy. Idę natychmiast, coś jednak było nieuczciwego we mnie, gdyż otrzymuję odpowiedź - to nie dla mnie miejsce. Jest za stróża z płacą 2 zł dziennie. Chciałbym koniecznie widzieć tego bezwzględnie uczciwego za 2 zł dziennie.
Po tygodniu otrzymuje miejsce na cegielni jakiś człowiek. Przebywam na cegielni bardzo często, gdyż są tam doły z rybami i tablica: andbdquo;Łowienie ryb wzbronioneandrdquo;. Co zajdę i chcę wędkę zarzucić - zawsze uczciwy z psem mi przeszkadzają. W niedzielę, święto o każdej porze dnia siedzą. Po upływie blisko roku - siedzę ze znajomym, obaj obserwujemy spławiki wędki.
Staje naraz uczciwy z psem przy nas - bez słowa protestu staram pochwycić leżącą wędkę i oddalić się. Dziwi mnie tylko, pies nie szczeka, stoi skulony - naraz słyszę, panowie, co takiego, może byście mi poradzili, jak można otrzymać zapomogę w Częstochowie, bo wyjeżdżam do synów. Został zwolniony, gdyż pracując blisko rok - spytał, czy tu są urlopy. Donieśli panu. Radzę mu jak ma postąpić.
1930 rok.
W październiku uzyskuję prace na 3 dni w tygodniu w Towarzystwie Akcyjnym Zawiercie. W maju 1931 roku - Tow. Akc. Zawiercie zostaje zamknięte na czas nieograniczony i jestem do dziś dnia bez pracy, czyli wszyscy troje - i zasiłku. Pomimo okresów pracy, sytuacja moja graniczy wprost z nędzą, gdyż pozbawiony zasiłków - biorę pracę na coraz gorszych warunkach, byle na życie coś zarobić. Rozporządzam na świeżo garniturem przenicowanym, jeżeli i ten spadnie ze mnie?

Rok 1931.
Rozpoczynamy strajkiem. Tow. Akc. Zawiercie zamierza zredukować 500 robotników, bronimy się wspólnie, wysuwamy projekt, by zamiast pracy na 3 dni w tygodniu, jak dotychczas - pracować na 1andfrac12;, byle wszyscy. Zarząd odmawia ze względów technicznych i grozi zamknięciem fabryki. Zamykamy się na noc, nie chcąc opuścić oddziałów tkalni. Dyrekcja obstawia stróżami oddział ze swej strony nie dopuszczając żadnej żywności - chcąc w ten sposób zmusić nas do opuszczenia fabryki. Przychodzą nam z pomocą robotnicy innych oddziałów - łapią wóz z chlebem na ulicy, przewracają i przerzucają do nas.
Po dwutygodniowym strajku i całym szeregu konferencji postanowiono ograniczyć pracę do 1andfrac12; dnia w tygodniu. Ładna wróżba na cały rok. Groźba zamknięcia fabryki wisi jednak w powietrzu.
Ograniczam swój budżet do niemożliwych granic, wyrzucam wydatki na zapałki (reperuję starą zapalniczkę), naftę, mięso, chleb, cukier. Słodko mi się robi przy cukrze, podobno w Anglii świnie go jedzą. Jakże muszą się czuć prosięta szczęśliwe. Myślę o naszych dzieciach, lecz to nieprawda, nie wierzę. Z dwoma nałogami nie mogę sobie dać rady i zostawiam ich - machorkę, o tureckim przednim nawet nie marzę - i czytanie gazet.
Dochodzę jednak i w wydatkach na powyższe do pewnej wprawy. andbdquo;Kuriera Zachodniegoandrdquo; czytam codziennie, wywieszonego na tablicy koło filii redakcji i administracji - ul. Trzeciego Maja. Raz w tygodniu kupujemy ze znajomym 1 kg starych gazet. Tytuły są wycięte. Koszt po 10 groszy na jednego. andbdquo;Kurierów Krakowskichandrdquo; wchodzi 6-7. Bierzemy zazwyczaj cztery andbdquo;Kurieryandrdquo;, dwie andbdquo;Polonieandrdquo;, i jaką andbdquo;Warszawskąandrdquo;. Znajomy mój idzie do Łachnika - sprzedawca gazet - i podczas prowadzonej z nim rozmowy stara się wybrać, by każda była z innego dnia. W ten sposób zdobywamy wiadomości tygodniowe.

Maj
Fabryka zostaje zamknięta na czas nieograniczony. Sytuacja na tzw. rynku pracy przedstawia się katastrofalnie. O uzyskaniu pracy jakiejkolwiek w warunkach tych marzyć nie można. Prowadzone są jedynie roboty miejskie lub sejmikowe. Na razie pozostaje 13 tygodni ustawowego zasiłku. Po przeprowadzonej reorganizacji w moim budżecie - dostarczycielem pożywienia w letnich miesiącach staje się las i pole. Włóczę się po lesie, wypatrując ścieżek zajęczych. Worek cienki i sidła noszę za pasem. Gdy upatrzę odpowiednią chwilę i ścieżkę, stawiam oko - w przeciągu dwu dni zazwyczaj leży zając.
Plagą moją są leśni, psy i tacy sami bezrobotni, którzy chcą wykorzystać czyją pracę. Oszukasz leśnego - trzeba się skryć przed idącym bezrobotnym - który ogląda krzaki - na trawie czegoś szuka - wszystkim się zachwyca. Idziesz już na pewnego - tu stoi Curek - macha ogonem, już wie, że w sidle. Gdy taki przyjaciel, klnę po cichu i wyrzynam kij, mój przyjaciel nie czeka na rozmowę, tylko targa oko i w nogi.
Raz spotkała mnie uczta. Spotkałem zająca napastowanego przez jastrzębia. Zapalczywszej walki nie oglądałem nawet w cyrku. Bek, sierść, pierze, krzak, pod który usiłował umknąć zając - wszystko to zdawało się koziołkować. Pospieszyłem z pomocą napastowanemu, dając parę razy w łeb jastrzębiowi, póki się nie uspokoił. Zająca w tym stanie też nie wypadało zostawić samego, zabrałem obydwóch. Jastrząb po urwaniu łba miał 12 funtów, rosół był z niego jak oliwa, zając 14.
Specjalnie lubię chodzić na młode wrony. Stare znają mnie do tego stopnia, iż na mój widok w lesie kraczą jak opętane. Biję kijem w drzewo, na którym są gniazda, a gdy młode się odezwą, włażę po nich. Siedzą w gnieździe jak w klubie dyrektorzy lub ziemianie, miny zuchowate - łeb goły, tylko czaszka świeci, kark pofałdowany, nos orli. Znać rasę i stary ród, brzuch okrągły, nalany tłuszczem - frak i garnitur zawsze ciemny - na nogach lakiery lub boks.
Nigdy ich nie zrzucam, jak to czynią wiejskie chłopcy - lecz ostrożnie znoszę na ziemię, kładę na grzbiet i patykiem naciskam po brzuchu, gdy zaczną wrzeszczeć, to stare latają jak zwariowane - o mało co nie dotykają głowy mojej. Gdy już ledwo zipie - ściskam palcami za szyję, parę kłapnięć powiekami i gotowa, biorę drugą. Zwracam się raz do towarzysza mych wypraw z pytaniem, czego my te ptaki tak męczymy. Odpowiada mi, że istnieje prawo. Człowiek krzywdzony z przyjemnością drugiemu krzywdę wyrządza. Po chwili dodaje: a może zaprawiamy się do wymierzania sprawiedliwości.
Przechodząc koło pól biorę zazwyczaj po kilka marchwi, korpieli czy ziemniaków - z nastaniem jesieni znoszone porcje zaczynam powiększać celem zrobienia zapasów na zimę.  W wycieczkach tych nie jestem sam. Chodzą różni, patrzą na pola obrodzone - często jeden drugiego nie możemy przetrzymać w zachwycie nad urodzajem. Poznajemy się bardzo łatwo i wspólnie przystępujemy do dzieła.
Wracam raz z opisanej wycieczki do domu - zastaję siostrę zapłakaną. Co ci jest - pytam. Krzesła trzy zapisali z magistratu za podatek mieszkaniowy i poborca powiedział, że zabiorą, gdy nie zapłacimy. Idę na drugi dzień do magistratu, komisarz nie przyjmuje, tylko zastępca w tych sprawach. Przedstawiam, jestem bez pracy, zapomoga już na wyczerpaniu, nic nie pomaga, płacić muszę. Dostaję przy tym lekcję o kasie pustej, skarbie, że mieszkam w Polsce, a płacić nie chcę. Rezygnuję z oporu i płacę.
Poszła tygodniowa zapomoga, drugą trzeba zanieść gospodarzowi za mieszkanie. Pozostaję dwa tygodnie bez grosza, gdyż niezapłacenie po sobie trzech następujących rat, bez żadnych komentarzy, czy oskarżony pobiera małą zapomogę, lub pracuje na 1andfrac12;-2 dni - duża rodzina - pozostaje bez pracy - sąd oddala, następuje wyrok, zasądzający płacić, a w razie dalszego niepłacenia - groźba eksmisji w miesiącach letnich. Poznał sąsiad to na swej skórze. Długi czas był bez pracy, żonę miał chorą. Gdy tylko dostał się na roboty publiczne, gospodarz sprawę skierował do sądu, sąd zasądził jednorazowo płacić. Komornik położył mu areszt na rzeczy. Mieszka do marca, wyprowadzi się bez gratów.

Październik i listopad.
Pozostaję bez jakiejkolwiek zapomogi - pożywienie moje zaczyna się składać z samych ziemniaków, dobrze choć, że grzyby są. Piję kawę ze spalonego żyta, z domieszką żołędzi i herbatę z suszonych skórek jabłek. Wszystko to z letnich zapasów. Ostróżyny z ziemniaków sprzedaję na machorkę i proszki z kogutkiem na ból głowy dla matki. Spać kładziemy się o 6-7 celem oszczędzania światła i opału. Poznaje długość nocy zimowych. Sen nie przychodzi, a idą różne myśli. W głowie szum i trzask.
Na nic wszelka oszczędność. Pozostaje artykuł, który pochłonie całoletnie latanie. Ze strachu i szacunku dla niego, piszę dużymi literami: Węgiel. Tego w żaden sposób zastąpić lub oszczędzić nie można. Lato jeszcze możliwe, lecz zima od października do marca lub kwietnia - 5 miesięcy - to znaczy 12 lub 15 metrów - równa się 60-70 zł. Suma nie do zdobycia i zarobienia. Pozostaje wyjście - znowu kraść.
Decyduję się na pójście do Łaz na sortownię. Wychodzimy zazwyczaj o godz. 10 wieczór, jak idzie dobrze powrót 6 rano. Źle, wracamy o 5-6 po południu. Przynoszę od 50 do 40 kg węgla. Po kilku turach klnę na cały świat i siebie. Obchodzić trzeba posterunki policji, przez lasy, karczowiska, strumyki, przychodzę przemarznięty i mokry - idąc niewiadomo co pod nogami, śnieg, pniak czy dół. Jeżeli ktoś upadnie, żaden nie ogląda się na drugiego - do tego to ciągłe nasłuchiwanie: prędko krzykną stać!
Wpaść w ręce policji z Łaz, trzeba odleżeć 2 tygodnie. Biją łeb nie łeb gumami, żadnych argumentów (na kobiety to są jeszcze możliwsi). Słynny przodownik policji Mandhellip; - myślę nieraz, czy służbista taki, czy też co dostał w łapy od Rady Zjazdu Zagłębia Dąbrowskiego. Żyje w Zawierciu 300 do 400 osób z kradzieży węgla, a kradną? Wszyscy robotnicy. Istnieją partie, które mają w swym gronie kobietę, ta oddaje się stróżom, kolejarzom, ci mają naszykowany węgiel lub ustawiony sygnał, że policja jest.
W Zawierciu i okolicy znajdują się pokłady węgla brunatnego, który przed wojną był używany przez biedniejszą ludność na opał, jako dużo tańszy. Dziś wydobywają go Poręba i Hulczyński w ograniczonej ilości. Cena jego jest jednak dosyć wysoką, jak mnie informowano, prawdopodobnie jest podatek nakładany dosyć wysoki, by węgiel ten nie konkurował z kamiennym - czy nie można by przyjść ludności z pomocą przez odpowiednie ustalenie cen.
Konsument i tak zamieniony w złodziei, a premia jaką płacimy, gdzie idzie, na płace dla panów akcjonariuszy, zamieszkałych w Paryżu, Berlinie czy Włoszech. Znowu nie wierzę, by tak mogło istnieć u nas. Z braku funduszów przestaję kupować i na kilogramy stare gazety. Zaczynam chodzić na stację, wyczytuję wszystkie tytuły pism w kiosku andbdquo;Rojuandrdquo;, czasem znajdę andbdquo;Kurieraandrdquo; lub kawałki pism ilustrowanych w koszu na śmieci. Przyzwyczajenia czytania nie mogę się pozbyć. Jednego dnia znajduję cały andbdquo;Kurierandrdquo; zamknięty w koszu. Chowam go prędko do kieszeni.
W domu przy rozwijaniu wylatuje łeb, grzbiet i skóra ze śledzia. Mam ochotę zwrócić się do tych, którzy mogą sobie pozwolić na rzucanie całych andbdquo;Kurierówandrdquo;, by odpadki nie zawijali w gazety. Nie wiem jak to zrobić, lub w tych domach, gdzie są różne tygodniki i miesięczniki, też można by tak dla fantazji zmiąć i wyrzucić, zamiast palić. Myślę o bibliotece. Istnieją u nas Macierzy Szkolnej - zastaw 2 zł, opłata miesięczna 1 zł. Są jeszcze inne lub prywatne. Lecz w żadnej nie wypożyczą książki na legitymację P.U.P.P., ostemplowaną przez całą długość: andbdquo;bez prawa do zasiłkuandrdquo;.
Wędrówki po mieście rozpoczynam od godz. 7 rano. Wlokę się pewnego dnia rano, zalatuje mnie znany zapach - chleb świeży. Przystaję bezwiednie. Ładują na wóz chleb z piekarni. Za chwilę wóz rusza, by stanąć przy następnym sklepie. Idę za zapachem - oglądam się, jest nas już kilku. Piekarz znosi do sklepu pieczywo, gdy zniknął za drzwiami, rzucamy się do chleba.
Słyszę strzał jeden, drugi. Właściciel strzela w górę. Alarm jeszcze większy. Przyciśnięty do wozu, co wyjmę chleb, to mi go wyrwą z ręki. Łapię jeszcze raz bochenek chleba i próbuję uciekać. Znowu mi chcą wyrwać. Kopnąłem porządnie. - O rany boskie, zabił - krzyczy jakaś stara baba. - Puść - wrzeszczę, gdzie tam, pazury wbiła i trzyma jak w kleszczach. Słyszę gwizdek policji. Targam na pół bochenek i uciekam do domu (podaję adresy piekarzy, których to spotkało:andhellip; - można sprawdzić).
Popełniłem błąd nie do darowania przy redukcji. Chory jestem, mam 40 stopni gorączki, febrę i silny kaszel. Szczęściem, po obmywaniu octem wstaję. Wzorem innych bezrobotnych nie poszedłem do lekarza Kasy Chorych po zredukowaniu jako chory i nie powtarzałem tych wizyt co pewien okres czasu. Dziś nie mam lekarza i lekarstwa. Trzy miesiące minęło.
Wizyty u lekarza Kasy Chorych są bardzo łatwe, gdyż wszystko z góry ułożone, naprzód numerek, później czekanie w ogonku u drzwi gabinetu. Gabinet tak urządzony, iż odległość biurka, przy którym urzęduje do drzwi - wymierzona tak dokładnie, by starczyła na opowiedzenie choroby.
Lekarz, gdy ma coś ciekawego za oknem - patrzy w okno, słucha tylko - gdy kończysz mówić co ci jest - wyciąga rękę ku stosowi leżących papierów, wyciąga pasemko papieru - gotową receptę i podaje ze słowami: andbdquo;trzy razy dziennieandrdquo;. Powaga z jaką to czyni, przypomina mi ptaka ładnie upierzonego na katarynce, który wyciąga losy szczęścia dla wszystkich gotowe i każdemu prawdę mówi.
Są to skutki ustaw takich jak: musisz przyjść w ciągu dni 20 od daty zwolnienia; zabrać czas lekarzowi i sobie, lekarstwo wyrzucić na śmietnik, czynność powtórzyć tę parę razy, by w razie rzeczywistej choroby mieć lekarza i lekarstwo. Kto tego nie czyni, pomimo płacenia składek przez lat 5 czy 10 korzystać z lekarza nie może. Również z ambulatoryjnego leczenia, gdyż lekarz bada chorego dopiero w łóżku, gdy leży, lub w szpitalu. Są jeszcze mądrzejsze paragrafy.
Chorobę przewidzianą co rok dla kobiety płaci się pełne 100% i urlop 6-8 tygodni. Suchoty nieprzewidziane u szlifierza w hucie szkła lub robotnika w przędzalni po opłaceniu składek przez lat kilkanaście - leczy Kasa Chorych w przeciągu 3-9 miesięcy, tak samo reumatyzm itp. choroby. Jeżeli się nie wyleczysz, to przychodzisz do lekarza Kasy Chorych, ten podaje ci katalog i wybierz sobie nową chorobę, gdyż na tę samą nie wolno, trzeba ją zmienić. Mając tak świetny sposób leczenia - nie wyzyskuje go nasza propaganda zagraniczna. Ogłośmy w Davos czy Riwierze, a setki kuracjuszy o różnych przewlekłych chorobach, przyjadą do Polski ich się pozbyć w ciągu 9 miesięcy lub zamienić na przyjemniejsze. Złoto popłynie do naszych kas pustych.
Lub też stwórzmy andbdquo;Kasy prawneandrdquo; dla robotników, w których będą urzędować adwokaci - gorsi od lekarzy nie są, tylko jeden z końca języka wszystko wie, drugi ciągnie za język pół godziny, do samego dna oka chce zajrzeć - a nie będziemy mieli pomyłek: iż jeden bezrobotny czy ubezpieczony Kasie Chorych ma lekarza 9 miesięcy, drugi 3, trzeci po miesiącu zwolnienia musi mieć zaświadczenie do lekarza Kasy Chorych z P.U.P.P., czwarty nie ma wcale korzystać - może z Opieki Społecznej, której fundusze są zawsze wyczerpane i lekarstwo trzeba samemu płacić.
Dziś idziemy do p. komisarza Zandhellip; celem rozmówienia się co do otrzymania  pracy lub zasiłków. Po przyjęciu nas udziela nam lekcji o patriotyzmie, za dużym rozbudowaniu ubezpieczeń społecznych w Polsce. Chory - do magistratu, mieszkania nie ma - do magistratu, pracy - do magistratu. To się wszystko musi skończyć, trzeba samemu sobie radę dawać - funduszy nie ma na to. Krzyczy i kłania się - znak, by opuścić gabinet. - Panie komisarzu - wtrącam - może by pan był łaskaw zwolnić nas z podatków, płacimy mieszkaniowy, za który mają nam budować domy, Kasę Chorych, Ubezpieczenie, na artykułach spożywczych. - Ja nie od tego, macie swych posłów, to się do nich zwróćcie. Wychodzimy.
Znowu pytanie, czy może istnieć instytucja prywatna, która by ubezpieczała na wypadek eksmisji i pobierała 3 zł kwartalnie z jednego mieszkania, a zobowiązań nie wykonała. Nie - prokurator, sąd i więzienie. Jeżeli państwu czy samorządom potrzebne są fundusze, niech je ściągają pod nazwą podatku, a żadnych zobowiązań nie robią. Damy ci mieszkanie, tylko zapłać 3 zł kwartalnie. Wyleczymy cię - dasz 2 złote na tydzień, będziesz bez pracy - otrzymasz zapomogę lub pracę, daj jeden złoty na tydzień. Za pięć lat bezrobocia nigdy pracy nie otrzymałem z P.U.P.P. Upływa drugi miesiąc jak pozostaję bez zasiłku. Żaden mi kawałka chleba nie podał.
Na drugi dzień idziemy do pana starosty Kandhellip; Prosimy o zasiłki, pracę, lekarza, inni mówią o butach, odzieży, o dzieciach głodnych. Udziela nam odpowiedzi, nie mówi a rzuca słowami - zdaje się, należy do rodziny lekkoatletów. Najpierw ekonomia, prawo i umowy międzynarodowe. Skutki spadku funta angielskiego, marki niemieckiej, by cieszyć się ze złotego, który mocno stoi.
Za cały ten czas grzeję się przy piecu i zaczyna mnie interesować porzucony niedopałek papierosa, leżący koło spluwaczki. Po kilku ruchach mam go w kieszeni. Nareszcie coś ciekawszego. Powstają obywatelskie komitety w Zawierciu też, na czele którego ma stanąć komisarz miasta, drugi pod patronatem p. starościny - tylko na razie czekać spokojnie, żadnych zgromadzeń, niezadowoleń, gdyż z całą energią to uspokoi. Przypominam sobie krwawy wielki piątek - w 1930 roku. Opuszczamy gmach starostwa. Cieszy mnie ten niedopałek, gdyż na ulicy takiego nie znajdę.
Nareszcie w drugim miesiącu mojego łażenia, otrzymuję 1 metr ziemniaków, są zakupione przez magistrat w  Poznańskiem - na wagonie napis Kościan - najgłówniejsze, są dobre, równocześnie otrzymuję 2 metry węgla na grudzień i styczeń.

Grudzień.
Otrzymuje matka dalsze dwa metry ziemniaków, z których po przywiezieniu do domu, wybieramy 40 kg zupełnie zgniłych, sprzedaję ich po 2 grosze kg dla świń, 1 metr sprzedaję za 3 złote - też dla karmienia bydła, są zmarznięte, gniją bardzo szybko, o trzymaniu dłuższym w piwnicy nie ma mowy. Resztę wycieramy na placki. Ziemniaki te pochodzą z przydziału Obywatelskiego Komitetu i są ofiarowane przez Wielkich Ziemian, na wagonie napis - o ile się nie mylę - Tarnopol. Większa część bezrobotnych nie otrzymała kartofli. Z 120 wagonów, które przydzielił Komitet Obywatelski dla Zawiercia na papierze - połowa przyszła - coś nie bardzo się spieszą Wielcy Ziemianie. Przynoszą nam kwit na żywność. Na miesiąc grudzień 3 osoby otrzymują:
15 kg mąki żytniej    
3 kg mąki pszennej,
1,5kg słoniny,
1 kg kaszy,
1 kg grochu,
1 kg grochu Wiktoria,
0,5 kg mydła, 
- cukru,
wyraźnie: kreskę cukru. Nie znając takiej miary w Polsce idę, lecę do sklepu, tam okazuje się, iż cukru nic. Nie pytam, ale pewnie znowu jaka świnia zjadła (myślę o angielskiej).
Zachodzę często do magistratu. Przy roznoszeniu talonów żywnościowych, wydawaniu kartofli, pracują bezrobotni. Proszę p. Komisarza Landhellip; o pracę. Otrzymuję roznosić talony. Na trzeci dzień przychodzi federacja Obrońców Ojczyzny do Komisarza, celem zatrudniania tylko obrońców. Nazajutrz są wyznaczeni nowi, ja usunięty. Zarobiłem jednak 20 zł, z tych 10 niosę za mieszkanie. Zastanawiają mnie ci obrońcy.
Poszedłem w 1918 roku jako ochotnik do wojska polskiego, zwolniony w 1921 roku. Świadectwo mej służby brzmi:
Spełniał swoje obowiązki wzorowo, był zdolnym i pełnym inicjatywy pracownikiem - a także bardzo uczciwy i sumienny.                                                                                             
Dow. baonu Kajetanowicz.
Za zgodność: Witkowski, ppr. i adiutant.
Nazwiska prawdziwe. Ciekawym, jakie by mi dziś wystawili?
Nie przypominam sobie dnia, w którym szedłbym czy walczył z bolszewikami przeciw Polsce. Jako bezrobotny w 1930 roku chodzę na kursy instruktorów i otrzymuję świadectwo jako instruktor i otrzymuję świadectwo jako instruktor kategorii II O. P. Gaz. z wynikiem zupełnie dobrym. Koszt książek, mapek, ponoszę ze swej kieszeni.
Przyglądam się tym, którzy mają pracę stałą. A to kto? - pytam znajomego. Odpowiada mi szeptem: Fandhellip;, zasłużony przy rozbijaniu domu ludowego w Jaworznie, oraz pracował przy wyborach. A ten drugi Randhellip;, taki sam.
Ja w 1930 roku chodziłem na kursy O.P.Gaz.
Niech mi kto wytłumaczy.
Święta Bożego Narodzenia nadchodzą, kupuję za 1 zł 5 gr samego mięsa. Na rynku, gdzie czynię zakupy, stoją stoły zawalone samymi ryjami, ogonami i nogami świńskimi - towar z rzeźni katowickiej. Podchodzę, każę sobie dać pół kg ryjoszka. Piętkę czy ucho - pyta rzeźnik. Piętkę - odpowiadam. Równocześnie pytam, może mi Sz. Pan powie, skąd tyle ryjów w Polsce. Jak to, to pan nie wie, grzbiety idą do Anglii, do tego nie wolno świni uderzyć, gdyż żaden Anglik nie kupi zbitego grzbietu. Nawet bezrobotny? A coś pan myślał. Płacę 40 groszy i uciekam.
Jak sprytnie działa propaganda bolszewicka - raz cukier, węgiel, teraz te grzbiety. Co robi nasza defensywa? Po drodze biorę śledzionę za 25 groszy i wstępuję do jatki z koniną po kilo mięsa - kosztuje 40 gr. Po wyjściu pluję kilka razy na chodnik, jak to jest przyjęte u kupujących koninę. (Jatka przy ulicy Blanowskiej nr 1). Równocześnie daję przepis na sporządzenie klopsa, dowolnej wielkości, zależnie od objętości garnka lub familii, choć ten zawsze równa się familii. Bierze się śledzionę, obrzynki z ryjoszka, trochę koniny, dla smaku posolić i dodać parę ziarenek pieprzu, zemleć lub usiekać i dodać suchego chleba tartego do należytej wielkości, upiec na słoninie. Kości z ryja użytkować na krupnik.
Wigilia.
Od rana czekam na tradycyjny obiad. O głodzie wałęsam się po mieście. Jutro będzie chleb na śniadanie i klops. Coś we mnie z uciechy mruczy. Gwiazdy jak nie ma, tak nie. Nareszcie widzę jedną. Siadamy do stołu.
Pięć potraw.
1) Opłatek.
2) Zupa grochowa.
3) Kapusta z grzybami.
4) Po całym grzybie smażonym na oleju.
5) Herbata z cukrem.
Coś jednak jest, cały czas nie przemawiamy do siebie ani słowa.
Idę na pasterkę. Gdyż święta i niedzielę wychodzę z domu tylko o zmierzchu ze względu na swoją jesionkę i kamasze. Czuję wszystkie kamienie i gruz przez podeszwy. A wierzch? Są tylko trzy łaty, których w żaden sposób nie mogę doprowadzić do jednego koloru. Jedna z rękawiczki starej - ta zawsze ruda - druga z cholewy, stały kolor mat - dopiero trzeci błyszczy.
Boże Narodzenie.
Radość, słońce, wszystko pobieżało do Betleem. Nad okolicą całą chmury ciężkie, ołowiane, deszcz pada. Spędzam czas w domu i myślę. Jeżeli wytrzymam cudem do marca lub kwietnia, otrzymam pracę na publicznych na trzy dni po 6 godzin. Zarobek mój wyniesie 12 zł na tydzień.
Po 20 tygodniach zwolnienie, gdyż wyrobię na zasiłek. Jak zapłacę zaległe mieszkanie, węgiel, pokryję bieżące wydatki, do tego buty i jesionka - matka też w kaloszach chodzi - choć nic nie mówi, ale widzę trzewików nie ma. Siostra? Zamykam oczy. Cyfry zaczynają przybierać formę liter dużych, czarnych, zaczynam ich sylabizować.
Wyrokiem Sądu Doraźnego został skazany.
Wyrok wykonano dniaandhellip; o godz. andhellip; Datę swej śmierci muszę wpisać sam. Ciężko, bo ciężko, lecz trudno, jeśli to przeznaczenie.
Przesyłam pracę swą w formie pamiętnika i proszę o łaskawe wybaczenie, tak błędów jak i papieru, na którym piszę, lub zbyt otwartych myśli, lecz bezrobotny - to człowiek, który różnie myśli - ukrywanie tego uważam za niewłaściwe i chybiające celu, do którego zamierza przystąpić Instytut.
Na wszystkie przytoczone rozmowy lub fakty, mogę służyć dalszymi szczegółami - są autentyczne.
Robotnik tkacki zamieszkały w Zawierciu (Andrzej Będor)
Zawiercie, dn. 4 stycznia 1932 r.
 

***
andbdquo;Nie wstydzę się własnego życia i dumny jestem, że... pochodzę z Zawiercia...andrdquo;
 
Andrzej Będor pochodzi z Zawiercia. Urodził się w dniu 27.11.1887 r. wraz z siostrą bliźniaczką zamieszkującą stale razem z bratem. Do 1966 r. zajmowali oni w tym mieście małą kuchenkę na poddaszu dawnego robotniczego domku, pozbawioną kanalizacji i wszelkich wygód.
Rodzice byli w końcu XIX w. bezrolnymi wyrobnikami wiejskimi. Do Zawiercia przywędrowali w 1895 r. z majątku ziemskiego Zawady, położonego w najbliższych okolicach Zawiercia (ówcześnie zwanego Małym, przynależnym do gminy Kromołów).

Ojciec Andrzeja pełnił w Zawadach funkcję stelmacha, jego dziadek był w tym samym majątku ogrodnikiem. Rodzice nie uczęszczali do żadnych szkół, byli jednak samoukami z zamiłowania. Chcieli się uczyć i rozumieli znaczenie nauki. Ojciec nauczył się czytać i pisać w wojsku. Matkę nauczyła tego dziedziczka A. Szulcowa z majątku Irządze, sąsiadującego wówczas z Zawadami. W majątku tym matka Andrzeja wychowywała się jako córka fornala, pełniąc już jako 10-letnia dziewczynka funkcję podręcznej w szwalni dworu.
O warunkach życia i pracy w obu majątkach rodzeństwo Będorów mówi niechętnie. Andrzej Będor pytany o szczegóły odpowiada: andbdquo;na co rzucać słowa, które zdzierają zasłonę pamięci i otwierają to co boli? Ojciec pracował tam po 16 godzin i to ciężko pracował. Trudno jest mówić jakim człowiekiem był dziedzic, bo ten człowiek już się skończył. Moi rodzice też już dawno nie żyją. Uważam, że nie godzi się rozpowiadać o tym, co było ich własnością...andrdquo;.
Po przenosinach do Zawiercia ojciec pamiętnikarza już tego samego roku rozpoczął pracę jako stały robotnik w fabryce bawełny. W dwa lata potem przyszły na świat pierwsze bliźnięta, tj. pamiętnikarz i jego siostra Maria. W 1899 r. urodziło się trzecie dziecko - syn, wskutek trudnych warunków rodziny umiera on mając zaledwie dwa lata. W 1902 r. matka powiła martwe bliźnięta.
W 1905 r. nagle zmarł ojciec Andrzeja. Wspomina on ten fakt w sposób następujący: andbdquo;W ten dzień były demonstracje w Zawierciu. Demonstranci zrywali orły rosyjskie zawieszone przy wejściu do urzędów, goniły i łapały ich za to sotnie kozackie na koniach. Kozacy mieli nahajki, tj. długie baty plecione z rzemieni zakończonych kulkami z ołowiu i haczykami, szable i bagnety. Demonstranci uciekali przed kozakami po sieniach i bramach. Kozacy wpadli tam za nimi i kogo znaleźli bili i często zabierali ze sobą.
Jak to się wszystko działo, to wszyscy ci co mieszkali w naszym domu stali w sieni i wyglądali na ulicę, patrząc co się dzieje. W pewnej jednak chwili zaczęli uciekać z sieni do mieszkań.
Myśmy z rodzicami też tam stali i jak inni zaczęli uciekać, to ojciec wyjrzał zobaczyć, dlaczego to robią. Wtedy zobaczył, że kozacy jadą wskok do naszej sieni. Widząc to, ojciec zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz, a potem uciekliśmy do mieszkania. Kozacy zaczęli rąbać po drzwiach, ale ich nie wywalili i polecieli dalej. Wszyscy co mieszkali w naszym domu okropnie się wystraszyli tych kozaków, a ojciec tak się przejął, że... zmarłandrdquo;.
Od tej pory matka utrzymywała i wychowywała oboje dzieci samotnie. Od śmierci ojca wpajała im, że słowo matki jest decydujące w każdej dziedzinie życiowej, ponieważ ona staje im za matkę i ojca razem. Autorytet matki w oczach bliźniaków był istotnie bardzo wysoki. Siostra Andrzeja do dziś przechowuje i ze wzruszeniem pokazuje zapiskę uczynioną w panieńskim pamiętniku z 1917 r. ręką matki: andbdquo;wiara i praca niech cię wzbogaca, a jeśli chcesz być szczęśliwa - bądź zawsze cicha, łagodna, cnotliwa. Nie wierz ułudzie świata, bo ta - cierniowy wieniec uplata...andrdquo;.
Siostra Andrzeja stwierdziła, że te kilka wierszy zdecydowało o jej całym życiu, złożonym w ofierze bardzo kochanej matce i uwielbianemu przez obie bratu. Maria Będor zrezygnowała z tych przyczyn nawet z wyjścia za mąż, aby nie opuścić matki i brata. Gdy pracowali, prowadziła im gospodarstwo, gdy cierpieli - pocieszała, gdy na starość brat uległ paraliżowi, stała się jego pielęgniarką i najczulszą opiekunką.
Powróćmy jednak do 1905 r. Po śmierci męża wdowa starała się o zatrudnienie w tej samej fabryce, w której on pracował. Dyrektorem fabryki był wówczas Edward Strzeszewski, który - zdaniem Andrzeja - raczej wysoko cenił pracę ojca i jego jako człowieka. Szacunek ten przyczynił się do tego, że dyrektor zaproponował matce pamiętnikarza, aby podjęła pracę w domu, co ułatwiłoby jej opiekę nad dziećmi. Praca owa miała polegać na obieraniu papierków i szpulek z resztek bawełny. Matka jednak stanowczo odmówiła tego rodzaju formy zarobkowania.
Domagała się stałego zatrudnienia jej jako robotnicy w fabryce, motywując swoje życzenie pragnieniem przebywania wśród ludzi. Starania wdowy poparł ówczesny proboszcz ks. Zientara. W 1906 r. rozpoczyna więc matka Andrzeja robotę w fabryce bawełny w Zawierciu, w tzw. składalni, zwanej Blichem. Pełniła funkcję andbdquo;obciągaczkiandrdquo;.
Praca na tym stanowisku polegała na wyszukiwaniu plam i dziur w gotowych sztukach i wycinaniu ich oraz zarabianiu. Płacono jej za to 60 kopiejek za ponad 10 godzin pracy dziennie. Pracowała od 6 godziny rano do 6 godziny wieczorem z przerwą półtoragodzinną na obiad w domu. Przerwa trwała od godziny 12 do 13.30.
Pamiętnikarz wspomina, że matka w czasie zatrudnienia w fabryce należała do Związku Chrześcijańskiej Demokracji. W organizacji tej poznała ks. Wajzlera, który przychodził na zebrania Związku oraz uczył w dwuletniej, przyfabrycznej szkole. Do szkoły tej po pewnym czasie dostał się Andrzej. Matka nauczyła go czytać i pisać, wskutek czego przyjęto go na drugi rok nauki. W 1912 r. otrzymał świadectwo ukończenia 5 semestrów owej szkoły, mając wtedy 15 lat.
W fabryce bawełny matka Andrzeja pracowała przez 25 lat. W czasie tym ani razu nie zmieniła działu zatrudnienia. W 1930 r. na skutek masowych zwolnień w czasie kryzysu wraz z innymi starymi ludźmi straciła zajęcie. Mimo wysługi lat miała kłopoty z emeryturą. Przejścia te przyczyniły się do choroby, a złe warunki przyspieszyły jej śmierć.
Historię własnej pracy zawodowej Będor relacjonuje tak: andbdquo;Po ukończeniu szkoły moją pierwszą pracą zarobkową były zakłady przemysłowe w Porębie. Przyjęto mnie do warsztatów mechanicznych za ucznia. Dostać się do zakładów było trudno, ale mama dała majstrowi andraquo;upominekandlaquo; i wówczas mnie przyjęli. Pracowałem w tych warsztatach niestety krótko, bo w 1914 r. wybuchła pierwsza wojna światowa. Przez tę wojnę zwolnili mnie z pracy, kiedy miałem 17 lat.
W tym czasie w Zawierciu porozwieszane były ogłoszenia o zapisach na wyjazd do kopalni węgla na Śląsk. Mówiło się o tym ówcześnie, że to andraquo;wyjazd do Niemiecandlaquo;, bo granice wtedy wynikały z rozbiorów. Zapisałem się na taki wyjazd i z grupą robotników pojechałem do Rydułtowic, w powiecie rybnickim. Zatrudniony zostałem w kopalni andraquo;Heymgrubeandlaquo;. W kopalni byłem pomocnikiem ładowacza i zarabiałem 6 marek za dzień pracy, co wówczas uważano za dobre zarobki.
Zarobione pieniądze wysyłałem matce i siostrze. Wysyłało się owe pieniądze przez takich, co skończyli robotę lub zrezygnowali z niej i wracali do domu. Bywało, żeś dawał sporo grosza takiemu, bo trafiło się jeszcze i w polu dodatkowo komuś pomagać, albo w gospodarce drzewa narąbać czy inne roboty wykonać.
Dawałeś grosz znojny, a on wcale do rodziny nie dojechał, bo ten co pieniądze wiózł rodzinie powiedział, że je andraquo;zgubiłandlaquo;, czyli wiadomo było, że je skradł. Po takiej stracie trzeba było dłużej zostawać w kopalni i znowu zbierać pieniądzeandrdquo;.
W ten sposób pamiętnikarz pracował w powiecie rybnickim przez pełne cztery lata. W 1918 r. zgłosił się do Sosnowca i zaciągnął do wojska polskiego jako ochotnik. Wcielono go do III Pułku Strzelców Podhalańskich. Z pułkiem tym walczył pod Lwowem i pod Równem, brał też udział w bitwie nad Styrem.
Gdy minął czas wojenny, został przez władze wojskowe zatrudniony w biurze III Baonu Pułków Strzelców Podhalańskich jako kancelista i sekretarz. Zwolniono go z wojska w stopniu kaprala. Nie było mu źle w wojsku, toteż do dziś skrzętnie przechowuje pozostałą mu z okresu służby pamiątkę w postaci zaświadczenia o wzorowej pracy w charakterze siły kancelaryjnej w biurze III Baonu.
Po powrocie z wojska do Zawiercia matka starała się koniecznie zatrudnić syna tam, gdzie pracowała sama, to znaczy w fabryce bawełny andbdquo;TAZandrdquo;. Jako stała pracownica fabryki zwraca się z prośbą o przyjęcie syna do dyrektora fabryki, J. Przyborowskiego. Dyrektor jako warunek zatrudnienia Andrzeja postawił zapisanie go do Związku Chrześcijańskiej Demokracji.
Do organizacji tej należała matka, więc z zapisem syna nie było żadnej trudności, zwłaszcza że poparł tę sprawę ks. Wajzler, który uczył Andrzeja w przyfabrycznej szkole. Będor przyjęty został do działu, w którym pracowała matka. Zajmowała się ona wówczas tzw. namierzaniem, syn zaś stemplował i przeglądał gotowy towar, pełniąc funkcję brakarza. Początkowo zarabiał za dzień pracy 6 marek, a potem 5 zł. Matka Andrzeja zarabiała jako kobieta mniej, 4 zł za dzień.
O fabryce z tego okresu Będor mówi następująco: andbdquo;... w Blichu i jego sekcjach pracowało przeszło 400 ludzi, większość kobiet. Samych dziewcząt było ze 200, mężatek było mniej, a starszych kobiet było bardzo mało i nie chcieli ich wcale brać do roboty. Mężczyźni co pracowali byli także tylko młodzi i nie było ich wieluandrdquo;. Zdaniem pamiętnikarza, w andbdquo;TAZandrdquo; pracowało się wesoło, ale było to zajęcie męczące. Praca trwała długo, mało za nią płacono, pracowało się najczęściej stojąc i bardzo krzyczano, żeby robić prędko.
W fabryce andbdquo;TAZandrdquo; został zatrudniony jako stały robotnik. Pierwszy raz zwolniono go w 1925 r. na okres pół roku. Po tym czasie fabryka zatrudniła Andrzeja ponownie w tym samym dziale na półtora roku. Od 1927-1928 r. pracował w andbdquo;TAZandrdquo; tylko doraźnie. Stałej pracy już nie miał. W jej braku imał się różnorodnych robót publicznych prowadzonych na terenie Zawiercia i w jego okolicach. Najdłużej pracował przy budowie kolejowej linii Zawiercie - Tarnowskie Góry oraz Zawiercie - Mrzygłód.
Przy ostatniej budowie przez dwa tygodnie był przypadkowo andbdquo;dozorcąandrdquo; grupy robotników, zastępując znajomego. Po zakończeniu tych budów nie znajduje żadnej pracy i przebywa w domu na utrzymaniu matki. W podobnej sytuacji znajdowała się i jego siostra, której stale odmawiano zatrudnienia tak w andbdquo;TAZandrdquo;, jak i gdzie indziej, podając za powód odmowy pracę matki oraz to, że brat jest zdolny do pracy.
W 1929 r. Andrzej Będor, nie mogąc znaleźć w Zawierciu żadnej pracy, wyjechał na Polesie, gdzie zatrudniony był przy budowie fortyfikacji. Była to praca sezonowa, wobec czego jesienią wrócił do Zawiercia. Po powrocie niemal natychmiast został zatrudniony w andbdquo;TAZandrdquo;, ale tylko na okres trzech tygodni, po czym znów stał się bezrobotnym.
Nie mając żadnego zajęcia chodził wraz z innymi bezrobotnymi na hałdy składów kolejowych, gdzie magazynowano węgiel. Bezrobotni poszukiwali tam węgla na opał, wymieniali go również na ziemniaki, które stanowiły podstawę ich pożywienia. Strącali też węgiel z przejeżdżających przez Zawiercie pociągów towarowych. Praktyki te nie były bezpieczne ani łatwe, ponieważ magazyny i przejazdy pociągów były dozorowane, a strażnicy byli uzbrojeni. Złapanych na gorącym uczynku bili, aresztowali, bywało, że do kradnących strzelali.
O zdobywaniu węgla z pociągów towarowych pamiętnikarz opowiadał tak: andbdquo;... wskakiwało się w biegu na wagony z węglem i co sił zrzucało się węgiel. Trzeba było mieć do tego swoich kamratów co zbierali to, co spadało i w tym czasie jak szedł pociąg, bo on zasłaniał od strażników. Kamraci musieli pozbierać i uciec. Zrzucających węgiel było mniej, a zbierających więcej. Trzeba było mieć takich kamratów, co nazbierali tobie i sobie. Bezpiecznie nie było.
Można było spaść z węgla załadowanego w wagonie - pod pociąg. Mógł się na skaczącego węgiel z wagonu osunąć i strącić go. Można było zlecieć na szyny zeskakując. Można też był zostać postrzelonym przez strażników pociągu lub magazynów. Strażnicy ci strzelali na postrach, ale jak zobaczyli, że wielu kradnie to i strzelali do ludzi, żeby ich złapać. Jak złapali, to takiego bili i aresztowali.
Żeby skakać do pociągu trzeba było mieć mocne ręce i nogi, aby skacząc w biegu - skoczyć tam, gdzie się wymierzyło i gdzie było się za chwycić. Jak nie miało się swoich kamratów, to trzeba było wskoczyć, zrzucić, zobaczyć kto zbiera, zeskoczyć i pozbierać, albo odebrać co się zrzuciło i dopiero uciekać.
Wszystko to trzeba było zrobić tak prędko, jak szedł pociąg, inaczej strażnicy torów, magazynów i pociągów złapali i cały trud był na nic, choć bezrobotni pomagali sobie, jak mogliandhellip;andrdquo;.
W tym czasie na utrzymanie rodziny pracowała głównie matka Andrzeja, zatrudniona stale w andbdquo;TAZandrdquo;.
Pomagała matce wówczas siostra, która chodziła prywatnie haftować bieliznę paniom z miasta. Za dzień pracy zarabiała 50 groszy oraz jeden posiłek dziennie, zwany obiadem. Obiad ten przynosiła do domu i dzieliła między matkę, brata i siebie. Na haft chodziła trzy razy w tygodniu. Bywało, że zamiast wypłaty mówili jej, że co zarobiła to przejadła i gotówki wcale nie dali. Życie wtedy było ogromnie drogie. Za metr węgla chłopi dawali metr ziemniaków, a potem kazali sobie dawać półtora metra węgla za metr ziemniaków.
Będor otrzymywał przez pewien czas zapomogę dla bezrobotnych. Wahała się ona od 5 do 10 zł miesięcznie. Pamiętnikarz utrzymuje, że była ona wyznaczana nie od wysokości ostatniego zarobku, ale od średniego zarobku w ciągu 15 tygodni ostatniego zatrudnienia. Opowiadał on, że andbdquo;bezrobotni byli takim rozdziałem gotówki ciężko pokrzywdzeni, bo zarabiali dorywczo grosze, a zapomogi dostawali jeszcze bardziej marne. Nie można z nich było ani żyć ani umrzećandrdquo;.
Dla poprawienia swojej sytuacji bezrobotni podawali różne miejsca pracy i większe zarobki - byle wyciągnąć większe zasiłek. Jeśli podaną wersję pracy urzędnicy sprawdzili i stwierdzili wprowadzenie w błąd, bezrobotny był surowo karany więzieniem albo karą pieniężną nawet do tysiąca złotych. andbdquo;Kto nie mógł zapłacić, to gnił w więzieniu i często wcale już do domu nie wracałandrdquo;.
Do 1937 r. Andrzej Będor nigdzie stale nie pracował. Zimą tego roku sezonowo został zatrudniony w andbdquo;TAZandrdquo;. Pracował trzy dni tygodniowo, potem dwa dni w tygodniu. Zarabiał za dzień pracy 5 zł i 24 grosze.
O zarobkach tych mówił tak: andbdquo;andhellip;jeśli zarobiłem 81 zł 54 grosze to potrącenia wynosiły 60 zł 59 groszy, a wypłata miesięczna na utrzymanie, światło i ubranie zamykała się w kwocie 20 zł 95 gr. Z kwoty tej trzy dorosłe osoby nie mogły się utrzymać. Wtedy brało się zaliczkę na węgiel, na kaszę i na mąkę i to znowu potrącali i tak było w kółkoandrdquo;.
Według zachowanej książeczki obrachunkowej Andrzeja Będora na potrącenia w 1937 r. w andbdquo;TAZandrdquo; składały się następujące pozycje: podatek 1,80, chorobowe 2,03, emerytura 2,71, fundusz pracy 0,82, fundusz bezrobocia 0,41, Fundusz Obrony Narodowej 2,62, ofiara na kościół, pomoc zimowa 0,10, LOPP 0,10, zaliczka na węgiel i długi 50 zł.
W maju 1938 r. Andrzej Będor został znowu zwolniony z braku pracy i mimo gorączkowych poszukiwań nie mógł znaleźć żadnego zatrudnienia przez blisko rok. Wiosną 1939 r. dostał się do fabryki andbdquo;TAZandrdquo;, lecz tylko na jeden miesiąc. Pracował tam dwa razy tygodniowo. Wczesnym latem zdobył znowu możliwość pracy w andbdquo;TAZandrdquo;. Pracował przez półtora miesiąca dwa razy tygodniowo, po czym został zwolniony raz jeszcze. Pod sam koniec lata przepracował w tym samym miejscu jeszcze jeden tydzień. W sumie w okresie od stycznia do września 1939 r.
Andrzej Będor pracował zarobkowo przez niecałe trzy miesiące, zarabiając po około 40 zł miesięcznie, bez potrąceń. Wybuch II wojny światowej położył kres tej szarpaninie.
W latach drugiej wojny światowej Zawiercie wraz z całym okręgiem znajdowało się w granicach tzw. Reichu. W początkach okupacji, w 1940 r.
Będor dzięki pomocy znajomych został zatrudniony w szamotowni będącej wtedy pod zarządem niemieckim, a znajdującej się w Łazach koło Zawiercia. Pracował tam do dnia wyzwolenia. W szamotowni był niewykwalifikowanym robotnikiem fizycznym, pomagającym przy wyrobie surowej gliny. Zarabiał wówczas po 3 marki na dzień. Do pracy dojeżdżał. Cały czas okupacji niemieckiej był stałym mieszkańcem Zawiercia. Miał kartki żywnościowe dla Polaków i figurował w rejestrach ludności polskiej.
Natychmiast po wyzwoleniu Będor szukał stałej pracy w Zawierciu, rejestrując się w tamtejszym urzędzie zatrudnienia. Przedstawił opinię wiceprezydenta miasta Zawiercia, który stwierdził, że w czasie okupacji przebywał Będor stale w mieście i czuł się Polakiem. O tym samym świadczył ówczesny sekretarz Miejskiego Komitetu Polskiej Partii Robotniczej - Iskierka.
Historię zatrudnienia w Polsce Ludowej autor pamiętnika nr 29 opisuje następująco: andbdquo;Pierwszym zajęciem, jakie dostałem po wyzwoleniu była praca kancelisty w Zarządzie Miejskim.
Wtedy było brak ludzi i mimo, że nie miałem ukończonej szkoły powszechnej wzięto mnie do pracy. Pracowałem na tym stanowisku do maja 1945 r. Na życzenie własne przeniosłem się jesienią tegoż roku do Urzędu Zatrudnienia, gdzie zaangażowany zostałem w charakterze pracownika umysłowego, jako referent branżowy w dziale pośrednictwa pracy.
W ciągu następnych lat awansowałem tam na zastępcę kierownika działu branżowego pośrednictwa pracy. Awans ten przyniósł mi pierwszą w życiu podwyżkę uposażenia w kwocie 3000 zł dodatku służbowego. Pierwszy też raz otrzymałem samodzielne, kierownicze stanowisko służbowe. Pierwszy raz tyle zarabiałem i odtąd nie musiałem się nikomu kłaniać i poczułem się wolnym człowiekiemandrdquo;.
W początkach marca 1950 r. znowu na własną prośbę przeniósł się Będor do Huty andbdquo;Zawiercieandrdquo; na stanowisko referenta socjalnego. We wrześniu tegoż roku dyrekcja Huty andbdquo;Zawiercieandrdquo; wysłała go na trzymiesięczne szkolenie zawodowe dla pracowników socjalnych w Łodzi.
Będor podkreślał znaczenie, jakie przywiązuje do tego kursu on - człowiek o niepełnym podstawowym wykształceniu, który zawsze pragnął się uczyć, a nigdy nie miał możliwości uzupełnienia swej wiedzy. Na kursie pasjonowały go takie zagadnienia, jak nauka o Polsce współczesnej i świecie, polityka społeczna, technika pracy biurowej i metodyka pracy referatu socjalnego.
Po wysłuchaniu wykładów oraz zdaniu końcowego egzaminu z wynikiem bardzo dobrym powrócił do Zawiercia, otrzymał awans na kierownika działu socjalnego w Hucie andbdquo;Zawiercieandrdquo;. Na stanowisku tym pracował bez przerwy przez 11 następnych lat.
Okres zatrudnienia w Hucie andbdquo;Zawiercieandrdquo; pamiętnikarz wspomina z rozrzewnieniem: andbdquo;to najdłuższa moja praca i najszczęśliwszy okres życia. Czułem się potrzebny i pracowałem dla takich, jak ja niegdyś byłem - dla zwykłych robotników. Urzędnik dawniej to był andraquo;panandlaquo;. W Hucie zostałem "panem", ale nie takim, jak dawni "panowieandrdquo;.
Andrzej Będor czuł się niemal odznaczony możliwością pracy na stanowisku kierowniczym. Do dziś uważa się za zobowiązanego wobec dyrekcji Huty i miejscowych organizacji za zatrudnienie go na tym stanowisku.
Przez 11 lat nie opuścił podobno żadnego dnia pracy, a przez blisko 5 lat zrezygnował z własnych urlopów, wszystkie siły poświęcając organizowanemu przez siebie od podstaw działowi. W uznaniu zasług i oddania w pracy, Huta wystąpiła o Srebrny Krzyż Zasługi, który Będor otrzymał 8.V.1959 r.
W 1962 r. wskutek wylewu krwi do mózgu, porażenia mowy i lewej strony ciała pamiętnikarz zmuszony był przerwać pracę i z konieczności przejść na emeryturę. Z uwagi na dawne kierownicze stanowisko otrzymuje stosunkowo wysoką rentę 1280 zł miesięcznie. Przyznano mu także I stopień inwalidztwa.
Od tej pory Andrzej Będor dostaje się pod wyłączną opiekę siostry bliźniaczki - Marii, która spełnia wobec niego funkcje pielęgniarki, fryzjera, lektorki, gospodyni domowej i pośrednika wiążącego inwalidę o ograniczonych ruchach z szerszym światem. Z czasem troskliwa opieka siostry powoduje znaczne zmniejszenie wady wymowy powstałej wskutek wylewu.
Mimo jednak niezwykłego oddania siostry w Andrzeju Będorze narasta rozpacz z powodu nagłej przerwy w pracy i oderwania czynnego człowieka od życia i jego tempa. Narasta poczucie własnej zbędności, wzmaga się poczucie krzywdy i braku oceny jego wkładu pracy. Przyczynia się do owych odczuć odmowa pomocy finansowej na starość dla siostry oraz żądanie, aby stale ją utrzymywał z własnych funduszy emerytalnych.
Huta andbdquo;Zawiercieandrdquo; w swoich późniejszych staraniach o umieszczenie Andrzeja Będora wraz z siostrą w Domu Rencisty tak uzasadniała wnioski na ten temat: andbdquo;pełnił funkcje kierownika Działu Socjalnego. Na stanowisku tym wykazał się niezmiernym oddaniem pracy. Pracę w Dziale Socjalnym rozpoczął organizując go w warunkach bardzo trudnych. Z podejmowanych obowiązków zawsze wywiązywał się bardzo dobrze. Interesował się specjalnie działaniem przedszkoli i świetlicy dziecięcej. Był bardzo sumienny i dokładny w swej robocie, czego wymagał od swych pracowników. Wykazywał duże zainteresowanie dla spraw bytowo-socjalnych, szczególnie w czasie akcji kolonii letnich dla dzieci. Był przez nie bardzo lubiany - nazywały go wujkiemandrdquo;.
Współpracownicy z dawnych lat wspominają go życzliwie, stwierdzając, że o żadnej ważnej sprawie nigdy nie zapomniał. O jego stosunku do pracy współpracownicy opowiadali tak: andbdquo;andhellip;w 1958 r. zachorował raz zimą palacz centralnego ogrzewania, co groziło, że przedszkole i świetlica nie będą miały dopływu ciepła.
Wtedy Andrzej Będor mimo, że był kierownikiem działu, nie mając na razie żadnego zastępcy na miejsce chorego palacza - został w hucie na noc i sam palił pod kotłem, uważając, że dzieci nie mogą mieć zimno dlatego, że on czegoś nie załatwił. Na drugi dzień, mimo nie przespanej nocy podjął normalnie obowiązki, znalazł zastępcę i dopiero po godzinach urzędowych poszedł odpocząć będąc pewnym, że dzieci przebywają w dobrych warunkach.
Innym razem, gdy dzieci powróciły z kolonii i nie zgłosili się po odbiór kilkorga dzieci ich rodzice, Andrzej Będor zmęczony drogą gromadkę zaprowadził do przedszkola, umył, nakarmił i położył spać, a sam nocował przy dzieciach na kocu rozłożonym na ziemi.
Następnego dnia przekazał dzieci wychowawczyniom przedszkola i świetlicy, a sam przypomniał rodzicom drogą urzędową o konieczności odebrania pociech. W 1959 r., gdy zaistniała podobna sytuacja, że rodzice po powrocie z kolonii nie odebrali dzieci - porozwoził je osobiście do domów, a gdy w jednym z mieszkań nie zastał nikogo, wpuszczony przez sąsiadów do wnętrza mieszkania, napalił w piecu, aby dzieci nie zamarzły, nakarmił je, położył spać i poczekał aż wróci ktoś z dorosłychandrdquo;.
Charakterystyka sylwetki Będora nie byłaby pełna, gdyby nie wspomnieć o jego działalności społeczno-politycznej. Rozpoczął ją od 1920 r. wstępując pod wpływem matki oraz występujących w ówczesnym Zawierciu warunków rynku pracy - do Chrześcijańskich Związków Zawodowych. Przynależność do tych Związków dawała największa szansę zatrudnienia. Z czasem wciągnięty został do Chrześcijańskiej Demokracji.
Na przynależność pamiętnikarza do organizacji i zajmowane w niej stanowiska  złożyła się dobra opinia wyniesiona ze służby wojskowej, a głównie sugestie ks. Wajzlera - nauczyciela z przyfabrycznej szkoły i matki.
Czynniki te spowodowały wybór Będora do zarządu związku - gdzie przydzielono mu funkcję sekretarza, potem skarbnika, a wreszcie zwykłego członka. Członkiem owych organizacji Andrzej Będor był około 6 lat. O działalności w wymienionych organizacjach mówił: andbdquo;praca w zarządzie związków i Chadecji nie układała się najlepiej, bo okazało się, że nasze prawdy były różne. Napisałem to w obu moich pamiętnikach.
Przynależność do tych organizacji prześladuje mnie do dziś, mimo, że po zwolnieniu z pracy przestałem być czynnym skarbnikiem i mimo, że nigdy nie agitowałem za tymi związkami ani nie starałem się występować w ich imieniu. Faktycznie jednak w tych organizacjach byłem. Stało się tak, bo ja za młodych lat za mało widać jeszcze wiedziałem, aby prawidłowo orientować się politycznie, podobało mi się co mówił o sprawiedliwości ks. Wajzler, mój nauczyciel ze szkoły, który opiekował się matką i nami, a w ciężkich dniach - pomagałandrdquo;.
Drugi etap zaangażowania społeczno-politycznego Andrzeja Będora przypadał na lata trzydzieste. Czas ten określił on jako andbdquo;drogę do własnego uświadomienia politycznegoandrdquo;, które uzyskuje, jak uważa, dopiero w 1939 r.
Swój sprzeciw wobec sytuacji robotników w okresie bezrobocia, swoją ówczesną postawę polityczną dokumentuje zgłoszeniem protestu, za jaki istotnie uważa napisanie pamiętnika. Napisał go, jak twierdzi, andbdquo;ze złościandrdquo;. O apelu IGS usłyszał od kolegów. Apel ten wydawał mu się drwiną z sytuacji bezrobotnych, co jeszcze dziś wspomina z emocją: andbdquo;o mało mnie szlag nie trafił, że w takiej sytuacji, w takim nieszczęściu proponują bawienie się w pisanie, jakby papier mógł coś dopomóc.
Wydawało mi się, że kpią z nas tak samo, jak zakpił sobie raz z naszej akcji w "TAZ" dyrektor fabryki w latach trzydziestych. Wtedy Zygmunt Wróbel, pracownik tej fabryki i mój kolega, zorganizował nas, młodszych robotników, i poszliśmy grupą do dyrektora prosząc, aby nie zwalniał wysłużonych starszych ludzi, bo ci nierzadko szli wprost na ulicę i nie mieli zupełnie za co żyć.
Zaproponowaliśmy, że jeśli musi być koniecznie określona ilość ludzi zwolniona, to raczej niech zwolnią nas, a starszych niech zostawią. Sądziliśmy, że nam młodym będzie lżej poradzić sobie jakoś, niż starym, których nikt nie chciał brać do roboty.
Dyrektor przyznał nam rację, nawet pochwalił i zwolnił około 20 młodych, ale we dwa tygodnie zwolnił też i 20 starych, między innymi moją matkę, która z wrażenia i żalu rozchorowała się i w niedługim czasie potem zmarła. To była straszna ironia, bo on skorzystał z naszej ofiary i za jednym zamachem bez kłopotu zwolnił 40 osób. Wtedy usłyszałem o pamiętniku i odpisałem na apel uważając, że i tak tego nie wydrukują.
Wtedy należałem jeszcze do organizacji, czasy nie były bezpieczne, więc o swoim pisaniu nikomu oczywiście nie opowiadałem, przynajmniej tak zdawało mi się. W domu nikt nie wiedział, matka zapłakałaby się, siostra też i tak potem bały się nawet czytaćandrdquo;.
Napisanie pamiętnika miało dla jego autora ważne i dosyć istotne skutki różnorodnej natury. Przyniosło mu poważną pomoc finansową, zetknęło z szerszym światem, pobudziło do myślenia, rozbudziło politycznie. Dzięki pamiętnikowi nawiązały się nowe znajomości, a nawet przyjaźnie. Na skutek napisania pamiętnika spotkał się też Będor z niezadowoleniem miejscowych władz administracyjnych i z rezerwą dawnych kolegów ze Związków Chrześcijańskich i Chadecji.
Druk pamiętników spowodował też zmianę stosunku najbliższego otoczenia do Andrzeja Będora, podniósł  jego wiarę w siebie i własne możliwości. O reakcjach na wiadomość o przyznanej nagrodzie opowiadał szczegółowo: andbdquo;W marcu 1932 r. otrzymałem niespodziewanie list z Instytutu Gospodarstwa Społecznego w Warszawie. List ten był pierwszym, jaki dostałem od obcych ze świata. Nikt nie wie, jak to jest w takiej chwili, jaką był wtedy mój moment w życiu. Nikt teraz nie wie co czuje człowiek w nędzy, gdy musi się sam ze wszystkim borykać i nagle mu mówią, że oto przyznają mu w nagrodę całe sto złotych. Sto złotych wtedy to było prawie jak cud. Zupełnie tak jakbyś zlodowaciałemu topielcowi podał rękę w chwili, gdy on wie, że musi utonąć i musi umierać, a tu nagle łapie ciepłą, mocną rękę i wie, że ta ręka jest żywa i chce pomagaćandrdquo;.
Druk pamiętnika przyniósł Andrzejowi Będorowi II nagrodę i honorarium autorskie w kwocie 60 zł. Wysłano mu też podziękowanie na piśmie i zaproszono  do współpracy w charakterze ankietera w badaniach naukowych prowadzonych przez Instytut Gospodarstwa Społecznego.
Zdolności obserwacyjne  Andrzeja Będora spowodowały również propozycję Instytutu, aby prowadził on stały notatnik, w którym mógłby zapisywać zaobserwowane fakty i zdarzenia z życia własnego i swego najbliższego otoczenia. Według informacji pamiętnikarza notatki takie przesyłał on do Instytutu kilkakrotnie, co spowodowało korespondencję jego z dr. Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, który zachęcał go do kontynuowania  owych zapisków, dodatnio oceniając przesyłany materiał.
Rok 1932 prócz radości z nagrody, pomocy i nowych kontaktów przyniósł niemniej mocne przeżycia, jakim stał się lęk przed aresztowaniem z powodu wydrukowania odpowiedzi na apel Instytutu. Wydanie drukiem pamiętników nie dało się długo ukryć. Poczęto dociekać, kto pisał w Zawierciu. Być może, że o autorstwie Będora wspomniał ktoś ze znajomych, może o pamiętniku rozmawiał proboszcz z rodziną Będora - dość, że pewnego dnia Będor został wezwany do wytłumaczenia się z owego autorstwa przed samym starostą Langertem.
W tym celu został doprowadzony do starostwa przez granatowego policjanta. O całej tej sprawie wspomina on jeszcze dziś żywo: andbdquo;Do dziś nie wiem, skąd dowiedział się starosta o moim pamiętniku. Może od księdza Wajzlera, który go czytał, a najpewniej z ludzkiego gadania. Jak się dowiedział, to mi do domu przysłał tajniaka.
Mnie jak raz w domu nie było, była tylko siostra, a on jak przyszedł i zobaczył, że mnie nie ma, to siadł czekał. Ja latałem jak raz za pracą. Jak on tak siedział to ciągle wypytywał siostrę: a co to ja pisałem, a kto mi kazał pisać, a czy byłem w starostwie zapytać o pozwolenie na pisanie itp.? A siostra na wszystkie pytania odpowiadała jedno: andraquo;ja nic nie wiemandlaquo; i okropnie się bała. Jak przyszedłem do domu to on najprzód mnie skrzyczał. Groził karą i mówił, że są różne nagrody i różne pamiętniki. A potem zaraz spytał, o czym to ja pisałem? Pytał, który to mój pamiętnik z tych drukowanych, że aż nagrodę dostałem? Pytał, czy byłem w starostwie pytać o pozwolenie pisania?
Odpowiedziałem mu, że nie wiedziałem o tym nic, że jest zakaz w Polsce pisania pamiętników i powiedziałem, że nikt mi nic nie kazał uzgadniać ze starostwem. Powiedziałem też, że napiszę do Warszawy z pretensją, że mnie źle poinformowali i że ja mam za to teraz przykrości.
Wtedy policjant się wprost wściekł, zaczął wrzeszczeć, mówił żem sandhellip;syn i kazał mi się natychmiast zbierać do starostwa, bo tam na mnie czekają. Siostra w płacz, bo była przekonana, że mnie zaaresztują i że mnie już nie zobaczy. Ubrałem się i poszliśmy naprawdę do starostwa. Policjant zameldował i weszliśmy do gabinetu.
U starosty siedział jak raz komisarz Kapuścik z policji. Z jakiej racji tam był, nie wiem, ale jak weszliśmy to był i o czymś ze starostą rozmawiał. Starosta zaraz groźnie na mnie powstał, co to ja sobie pozwoliłem powypisywać. Zanim zdążyłem westchnąć już zapytał komisarza czy on zna to "komunistyczne nasienie" - niby, że to mnie.
Ja się nic nie odzywałem, tylko sobie pomyślałem, że do domu to już na pewno nie wrócę. A komisarz przyjrzał mi się i nagle powiedział: To twoja matka przychodziła do ks. Wajzlera i pracowała w "TAZ".
Odpowiedziałem, że moja. Na to komisarz do starosty: ona pobożna, nie słyszałem, żeby łaziła za komunistami, syn w związku, w zarządzie, nie słyszałem, żeby się źle prowadził, sprawdzimy.
Wtedy starosta nic nie powiedział, tylko tak dziwnie brzydko na mnie popatrzał, aż mi się zro
